Lekarz w pozycji silniejszego

dr Michał Kwast
02.12.2009 12:44
A A A
Osoba naprawdę chora, a nie symulant czy pieniacz, wymaga szczególnej opieki i nie przychodzi do lekarza czy apteki dla własnej przyjemności, ani też po to, żeby nam dokuczyć.

Jak potraktowano Ciebie lub Twoich bliskich? ''Po ludzku'' czy raczej jak przedmiot? Czekamy na Wasze listy. Napisz: leczyc@wyborcza.pl

Z pewnym zdziwieniem przeczytałem list lekarki "Winicie nas za wszystko..." . Zawsze sądziłem (i uważam tak do dziś), że w relacjach pomiędzy pacjentem i lekarzem ten pierwszy ma z reguły dużo słabszą pozycję, wynikającą już choćby z tego, że jest chory, a jego zdrowie zależy od kompetencji i wiedzy lekarza.

Podawanie konkretnych przykładów, świadczących o tym, jacy to okropni bywają pacjenci, nie jest miarodajne - są to w końcu zawsze jednostkowe lub nieliczne w ramach całego kraju przypadki i uogólnianie na ich podstawie może prowadzić do błędnych wniosków.

Mamy jednak skłonność do generalizowania, stąd opinia autorki w rodzaju "Pacjenci notorycznie kłamią". Nie jest to prawdą, tak jak nie jest prawdą, że lekarze notorycznie spóźniają się do pracy (chociaż sam doświadczyłem tego wielokrotnie) albo że biorą łapówki (chociaż i to się zdarza).

W każdym środowisku są "dobrzy" i "źli", są więc mądrzy i głupi, uczciwi i nieuczciwi lekarze tak jak są czyści i brudni pacjenci. I lekarze i pacjenci mają swoje racje, ale jestem zdania, że "lekarka" grubo przesadziła.

W końcu to, że pacjenci nie dbają o profilaktykę czy kochają samoleczenie lub boją się szczepionek w żaden sposób lekarzom nie uwłacza. Często to właśnie lekarze zmieniają sposób leczenia, nie pytając pacjenta o stosowane dotychczas leki. W rezultacie zapisują medykamenty o innej nazwie, ale tym samym składzie i działaniu, co ewidentnie grozi przedawkowaniem.

Dla pacjenta może to być groźne, tymczasem nawet lekki smrodek bijący od chorego groźnym dla lekarza nie jest (co oczywiście nie znaczy, że pochwalam brak higieny).

Lekarze nadmiernie często ulegają namowom "domokrążców", czyli przedstawicieli firm farmaceutycznych. Efekt: nagłe pojawianie się recept z nowym preparatem, dotychczas nie ordynowanym i niekoniecznie lepszym niż dotychczasowy, za to z reguły droższym.

Będąc w wieku mocno dojrzałym spędziłem "parę" godzin w poczekalniach, ale nigdy nie widziałem "gotujących się ze złości" pacjentów i nie wierzę, że "dziesiąty chory zachowuje się agresywnie". Owszem, może się tak zachować, ale raczej tylko wtedy, gdy lekarz, zamiast o 17.00, przychodzi o 18.00 i bez słowa "przepraszam" znika w gabinecie.

Za to w aptece, którą prowadzimy razem z żoną, widywałem pacjentów, którzy kilka razy musieli wracać do gabinetu lekarskiego (i to nierzadko z duszą na ramieniu, bojąc się reakcji "pana doktora"), gdyż tenże "pan doktor" nie był w stanie zrozumieć, jakie są przepisy dotyczące poprawnego wystawiania recept.

I to raczej my, aptekarze, znacznie częściej spotykamy się z agresją pacjentów, gdy na przykład nie potrafimy odczytać nabazgranej niechlujnie recepty ("Czytać pani nie umie?") albo bezczelnie żądamy zapłaty za lekarstwo i słyszymy: "Co? Tak drogo? Ależ wy tu się bogacicie naszym kosztem!".

To u nas rozkwita prawdziwa, nieskrępowana krytyka limitów i cen leków. Jednym słowem sprawdza się zasada, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. A rację, do pewnego oczywiście stopnia, ma każda ze stron. Zamiast jednak wieszać psy na pacjentach - a "List lekarki" jest mocno przejaskrawioną krytyką ludzi w końcu chorych, zestresowanych, zmęczonych wieloletnimi zaniedbaniami - powinniśmy okazać sobie nawzajem trochę więcej wyrozumiałości, pamiętając o tym, że osoba naprawdę chora, a nie symulant czy pieniacz, wymaga szczególnej opieki i nie przychodzi do gabinetu lub apteki dla własnej przyjemności, ani też po to, żeby nam dokuczyć.

Zobacz także