Tak się marnotrawi pieniądze w służbie zdrowia

A.U.
02.12.2009 12:19
A A A
Cieszę się, że zorganizowaliście Państwo taką akcję. Chciałabym podzielić się swoją opinią jako rodziny osoby chorej na temat standardów leczenia pacjentów (a w zasadzie często ich braku) we Wrocławiu.

Jak potraktowano Ciebie lub Twoich bliskich? ''Po ludzku'' czy raczej jak przedmiot? Czekamy na Wasze listy. Napisz: leczyc@wyborcza.pl

Moja mama trafiła na ostry dyżur szpitala na ul. Kamieńskiego z objawami kolki żółciowej. Tam wstępnie ją zbadano, podano kroplówkę, pobrano krew na badania i wysłano na usg. Badania wykazały zmiany zapalne w trzustce i żółtaczkę, co oznaczało, ze trzeba ją hospitalizować.

Lekarz dyżurny poinformował ją jednak, że nie przyjmą ja na oddział w tym szpitalu, bo to nie ten rejon, na oddziale brakuje miejsc, a te, które są, czekają na rannych z wypadku. Z obecną wiedzą "po" mama pewnie zażądałaby odmowy przyjęcia na piśmie, ale w tamtym momencie czuła się na tyle źle, że poprosiła mojego męża o odwiezienie się do najbliższego szpitala, w którym na pewno są miejsca, czyli do Szpitala Kolejowego na ul. Wiśniowej, który za czasów jej pracy zawodowej cieszył się bardzo dobrą opinią. Tam rzeczywiście ją przyjęto na oddział chirurgii i onkologii, ale sposób diagnozowania i leczenia stosowany tam w przypadku jej choroby był taki, że cała nasza rodzina na pewno będzie omijać tę placówkę szerokim łukiem.

Lekarze po przejrzeniu dokumentacji ze szpitala na Kamieńskiego nie zlecili żadnych badań na potwierdzenie diagnozy. Stwierdzili, że przyczyną problemów jest zaczopowanie przewodu żółciowego przez kamień i że konieczna jest operacja taj szybko, jak możliwe. Mama zgodziła się, bo planowała poddanie się temu zabiegowi już wcześniej.

W czasie odwiedzin zapytałam się, jak mogę zdobyć informację o jej stanie zdrowia (nie mogłam zwolnić się z pracy) bezpośrednio po operacji. Podano mi telefon do dyżurki lekarskiej i polecono zadzwonić nazajutrz. Operacja była zaplanowana na godz. 10.00, więc po 12.00 dzwonię do dyżurki, przedstawiam się i proszę o połączenie z lekarzem prowadzącym. "Nie ma go, operuje"- usłyszałam odpowiedz. "To może inny lekarz jest mi w stanie udzielić informacji". "Nie, bo nikt inny nie jest do tego upoważniony". W tle słyszę jednak jakieś szepty w tle, z których wynika, że operacja się nie odbyła, więc drążę temat, ale nikt nie chce udzielić mi informacji.

Pełna złych przeczuć zwalniam się z pracy i jadę do szpitala, gdzie zastaję mamę usiłującą dodzwonić się do mnie z automatu - przełożono jej zabieg na jutro, bo byli inni pilni pacjenci. Tylko dlaczego nikt nie chciał mnie, czyli najbliższą rodzinę chorej, o tym poinformować, na to nikt nie potrafi mi odpowiedzieć.

Nazajutrz też nie mogę zwolnić się z pracy na czas zabiegu, dlatego proszę moją ciocię, żeby poszła do szpitala zorientować się w sytuacji. Dzwoni do mnie po kilku godzinach z informacją, że operacja była, ale nie usunięto woreczka żółciowego, ponieważ lekarz operujący B. stwierdził olbrzymi guz w jamie brzusznej i wziął tylko próbkę tkanki do badania histopatologicznego.

B. rozmawiał z moją ciocią jedynie zdawkowo na korytarzu przed gabinetem lekarskim, na cały głos, mimo tego, że sala, w której leżała mama, była tuż obok.

To rak, trzeba czekać na wynik badania histopatologicznego, a on nie ma nam więcej nic do powiedzenia. Ja niestety nie zastaję go już pracy, a lekarz dyżurny twierdzi, ze nie zna sprawy i odsyła mnie na następny dzień.

Mama, która wybudziła się z narkozy, skarży się na zachowanie B., który przyszedł zbadać ją przed zabiegiem. Komentował w przykry sposób, jaki to ma gruby brzuch. "Czy wie pani, że może to być guz trzustki? To naprawdę poważna operacja."

Kolejnego dnia rozmawiam się tym doktorem osobiście. Podzielam opinie mojej cioci - rozmawia ze mną w drzwiach dyżurki z pozycji tego, co wie lepiej, nie odpowiada na moje pytania odnośnie potwierdzenia tej diagnozy dokładniejszymi badaniami. Każe tylko czekać na wyniki badania histopatologicznego. Gdy nie daję się zbyć, mówi, że się spieszy, odwraca się na pięcie i odchodzi.

Mamie nie powiedziano nic konkretnego - tylko to, że nie można było przeprowadzić operacji, bo był za duży stan zapalny, i że musi czekać na wyniki.

W pierwszej chwili mam ochotę rozpłakać się i załamać ręce (nie dość, ze taka diagnoza, to jeszcze fatalne podejście lekarza do sprawy), ale po przyjściu do domu dzwonię do kolegi-lekarza rodzinnego i wujka mojego męża-lekarza internisty i zbieram informacje. Ten drugi stwierdza szczerze, że mama trafiła do najgorszej placówki w mieście - niedofinansowanej, gdzie oszczędza się pieniądze na wszystkim, nawet na diagnostyce. Radzi, żeby często przychodzić do szpitala i pytać się o stan zdrowia mamy, poza tym obiecuje pomoc w ew. przeniesieniu do innego szpitala, jak tylko stan mamy się polepszy.

Trzy kolejne dni po operacji mama czuje się lepiej. Na czwarty dzień dostaje wysokiej gorączki. To niedziela, więc lekarz dyżurny zleca środek obniżający gorączkę. Gorączka spada, po czym po kilku godzinach znowu skacze w gorę. Mama czuje się coraz gorzej i zgłasza to ponownie lekarzowi i pielęgniarce z prośbą o dokładne zbadanie. Znowu dostaje polopirynę i ma czekać do poniedziałku.

W poniedziałek rano lekarz prowadzący na obchodzie stwierdza, że dzisiaj wypisują ją do domu. Informację o pogorszeniu stanu zdrowia i gorączce, a także sugestię dokładniejszego zbadania pozostawia bez komentarza. Mama zdenerwowana zwleka się z łóżka i idzie do gabinetu ordynatora K. - ten stwierdza, że musi skonsultować się z lekarzem prowadzącym i zaraz przyjdzie.

Nie pojawia się w ciągu 2 godzin. Ale przychodzę ja. Idziemy raz do ordynatora i nie dajemy się zbyć. Rozmowa jest nieprzyjemna: on pyta, o co chodzi i dlaczego przychodzimy z tym do niego, a nie do lekarza prowadzącego. Mówię, że mama jest szykowana do wypisu, a czuje się coraz gorzej i wygląda na to, ze pojawiły się jakieś komplikacje, które lekarz prowadzący wyraźnie lekceważy.

K. zirytowany odpowiada, że jak to jest możliwe, ze pacjent wie lepiej od lekarza, co mu jest. Nie wytrzymuję i wygarniam mu, że nie podoba mi się ani sposób diagnozy, ani traktowania pacjenta i jego rodziny, tym bardziej że mama jest emerytowaną pielęgniarką dyplomowaną z ponad 30-letnim doświadczeniem zawodowym, czyli nie wymyśla sobie chorób i zasługuje na należne traktowanie. Żądam zbadania dokładnego jej prze internistę i tomografii komputerowej celem potwierdzenia diagnozy i grożę skargą do NFZ w przypadku zlekceważenia problemu.

K. jest zdenerwowany i wyprasza nas z gabinetu, ale coś się zaczyna "ruszać". Mamę zabierają na rtg płuc, przychodzi internista, stwierdza początek zmian zapalnych w oskrzelach i zleca antybiotyk. Następnego dnia zostaje wykonana tomografia - dzień później ordynator K. osobiście przychodzi z informacją , że to ostre zapalenia trzustki, a nie zmiany nowotworowe. Tłumaczy swoje wcześniejsze zachowanie stresem spowodowanym tym, co zobaczyli lekarze w trakcie operacji, tzn. podejrzeniem nowotworu i problemem z przekazaniem tej wiedzy. Mama czuje się lepiej i po kilku dniach wychodzi ze szpitala. Odebrany po dwóch tygodniach wynik ujawnia, że próbkę pobrano niefachowo - nie z tkanki trzustki, ale z tkanki tłuszczowej, czyli nie jest miarodajna. W każdym razie brak cech zmian nowotworach.

Po kilku tygodniach mama idzie na prywatną konsultację do dobrego gastroenterologa. Ten ogląda wyniki , robi ugs kontrolne i dziwi się, że lekarze przy braku należytej diagnozy zdecydowali się na operację, która w przypadku mojej mamy, osoby od lat leczącej nadciśnienie tętnicze, jest zagrożeniem dla zdrowia. Jego zdaniem to była błędna decyzja. Zdanie to potwierdza na kolejnych wizytach, po wykonaniu szeregu dodatkowych badań.

Zastanawiam się nad złożeniem skargi na ordynatora i lekarza prowadzącego oddziału. Nie dlatego, że diagnoza była błędna, na szczęście zresztą, bo to był skomplikowany przypadek i można było się pomylić.

Mama powinna zostać należycie zdiagnozowana przed podjęciem decyzji o operacji. Jeśli szpital rejonowy nie miał dostatecznych funduszy na diagnostykę, powinien odesłać pacjenta do ośrodka wyspecjalizowanego i dofinansowanego przynajmniej na konsultacje, jeśli nie na całe leczenie.

Nie rozumiem, jak swoimi problemami finansowymi szpital może obciążać pacjenta i narażać go na ryzyko niepotrzebnego zabiegu, którego przeprowadzenie też przecież sporo kosztuje.

Kolejna sprawa to sposób potraktowania pacjenta: niedopuszczalne uwagi sugerujące domaganie się przez lekarza łapówki (bo jak inaczej rozumieć obrażanie pacjentki z powodu jej tuszy i straszenie pacjentki tuż przed operacją tym, że może być to bardzo ciężki zabieg?), lekceważące podejście i brak należytej informacji w stosunku do samej chorej i najbliższej rodziny chorego.

Szczególnie boli to, że w ramach oszczędności zaniechano dalszego leczenia pacjentki ze względu na podejrzenie choroby nowotworowej, mimo wyraźnych komplikacji po zabiegu. Widać pacjent z podejrzeniem choroby nowotworowej nie jest zdaniem lekarzy tego szpitala i oddziału wart leczenia - bo przecież i tak pewnie umrze. Boli to szczególnie dlatego, że dotyczy osoby, która sama przepracowała w służbie zdrowia ponad 30 lat, i mimo niskiej pensji potrafiła pracować z zaangażowaniem i poszanowaniem praw pacjenta. Takie postępowanie kilku lekarzy, których nie wiem, jak nazwać- może ignorantami? - niweczy dobrą opinię innych lekarzy, których jest zdecydowana większość, a którzy podchodzą do swojej pracy tak jak należy i rzeczywiście pomagają swoim pacjentom.

Szpital Kolejowy miał w nowym roku zostać zlikwidowany - nie będzie. Dla mnie i dla potencjalnych swoich pacjentów niestety nie - bo dalej będzie leczył pacjentów w sposób daleko odbiegający od jakichkolwiek standardów medycznych. Szkoda, że NFZ, który i tak serwuje placówkom medycznym zbyt mało pieniędzy jak na ich potrzeby, marnotrawi fundusze na utrzymanie takiej placówki, zamiast przeznaczyć ją na dofinansowanie innego szpitala, rzeczywiście dbającego o należytą jakość świadczonych usług medycznych.