Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Między sobą Romana i Mariusz Tokarzowie mówią o pensjonariuszach "dziadki", ale do nich zwracają się pan, pani. Po kolejnym wspólnym obiedzie trudno zachować tę zasadę, zwłaszcza córkom Tokarzów - Oli i Marioli, które są dla "dziadków" jak wnuczki. Jak się przyjdzie do domu Tokarzów bez zapowiedzi w porze przedobiedniej, trzeba czekać, bo wszyscy są w kuchni, gdzie gra radio. Pani Małgosia obiera ziemniaki, Ola piecze ciasto, pan Rudolf z Mariuszem piją kawę. Wreszcie do drzwi dobiega Romana.

- Jesteście w kuchni? Ale jak to, wszyscy?! - dopytują zaskoczeni goście.

Pani Trudzia, punkt honoru

Gdy na horyzoncie pojawia się biały piętrowy dom kryty spadzistym czerwonym dachem, zaczynam się zastanawiać, ile kosztuje tu pobyt. Wilkowice pod Tarnowskimi Górami, wokół łąki, las. Wejście bez progów i szerokie drzwi, można wjechać wózkiem. Obszerny hol umeblowany antykami po prababci Romany mieści jadalnię oraz sofy przed telewizorem. W kredensie ciastka, na stole napoje i jabłka, w lodówce jogurty na przekąskę. Trzy tysiące złotych? Więcej? Wąski korytarz prowadzi do dwuosobowych pokojów z łazienką - jasnych, kolorowych, urządzonych pod klucz. U pana Rudolfa na stoliczku nocnym zdjęcia wnuków, u pani Małgosi - robótki ręczne, kaktus na parapecie niedawno zakwitł, na komodzie stoją Pan Jezus z Matką Boską, a ten portret papieża został po pani Trudzi.

Tokarzowie: - Pani Trudzia miała 740 zł emerytury. Całe życie pracowała w przychodni kolejowej, w pralni i prasowalni. Ani razu na chorobowym. Nie miała męża, dzieci, opiekowała się obłożnie chorą siostrą. W wieku 88 lat doznała rozległego zawału i przywieźli ją ze szpitala do nas. Była pierwszą pensjonariuszką. Czemu się tak o mnie troszczycie - pytała - po co, nie trzeba. Zadbana, elegancka, wstyd jej było wyciągać przy nas zęby. Przyjęliśmy za punkt honoru, że będziemy pracować dla takich ludzi - uczciwych, skromnych, których nigdy nie byłoby stać na prywatny dom seniora.

Dom dla ludzi starszych Tokarzowie prowadzą od roku na umowę z Miejskim Ośrodkiem Pomocy Społecznej (MOPS) w Tarnowskich Górach. Ma się on trochę tak do publicznego DPS jak rodzina zastępcza do domu dziecka - finansowo dla miasta i pensjonariusza niczym się nie różni.

Czy ten dom nie będzie smutny?

Mariusz Tokarz, kelner z wykształcenia, z nastaniem demokracji rzuca dobrze płatną posadę w hotelu Orbis w Katowicach i zakłada własną działalność w rodzinnych Tarnowskich Górach. Interesy: taksówka bagażowa, pierwsze w mieście prywatne autobusy, wypożyczalnia aut osobowych, wreszcie dyskoteka w szesnastowiecznych podziemiach ze stołem didżejskim na masce Rolls-Royce'a - po kolei padają. Trzy razy ociera się o śmierć: w wypadku samochodowym, przy pracy w kamieniołomach, odpalając w sylwestra petardę. Chce spokoju.

Romana Tokarz, fizjoterapeutka, córka i wnuczka nauczycieli, wychowuje się z kluczem na szyi. Zazdrości koleżankom babć robiących konfitury. Potem pracuje jako wolontariuszka w domu pomocy społecznej, a tam 120 pensjonariuszy, których przestrzeń ograniczona jest do własnego pokoju. Życie płynie od śniadania do obiadu, od obiadu do kolacji.

Pomysłowi stworzenia rodzinnego domu pomocy Tokarzowie przyglądają się dziesięć lat - odwiedzają podobne placówki w Niemczech, szkolą się na własną rękę. Chcą na ten cel przeznaczyć własny dom. Mówią o tym córkom. Mają nadzieję, że córki same się zaangażują. Dziewczyny chodzą do szkoły integracyjnej, są wolontariuszkami przy dzieciach niepełnosprawnych, często odwiedzają prababcię Moniczkę.

Jest rok 2001. Ola, rocznik '87, przyszła studentka terapii pedagogicznej z oligofrenią (upośledzenie umysłowe), jest w szoku. Nie będzie mogła słuchać głośno muzyki?! A jeśli będzie chciała urządzić urodziny, to co, wyśle dziadków w kosmos? Boi się, że ich dom będzie smutny.

W 2010 roku Mariola pisze esej pod tytułem "Mam 21 lat, wracam do domu starców". Studiuje w Opolu kulturoznawstwo. Z eseju: "Od drzwi słyszę powitanie: cieszymy się, że w końcu do nas przyjechałaś! No właśnie - do was. Nie do siebie. Każdy ma swoje miejsce, ale nie ja. Bywam tu góra raz w miesiącu, a stół jest zbyt mały, żeby trzymać przy nim puste krzesła, dlatego siadam na dostawionym". W nocy Mariola zastanawia się, czy do rana ktoś nie umrze.

Halo, co jest do roboty?

Pierwsza wstaje pani Małgosia, o piątej rano. Krząta się cicho, by nikogo nie zbudzić. Czasem szurnie krzesłem, bo nie widzi. Straciła wzrok w wieku 14 lat. Człowiek do wyrzucenia, płakała nad sobą. Koleżanki z sąsiedztwa wyciągały ją z domu, a to pograć w piłkę, a to do kościoła, na cmentarz - grób mamy nie może zostać bez opieki. Babcia, która jej zastępowała matkę, zwykła mawiać: przy Małgosi zrobić coś można tylko po kryjomu. Ubierze się sama, ugotuje, posprząta. Nauczyła się pisać brajlem, szyć, robić na drutach. U Tokarzów mieszka od października 2010 roku.

Gdy pięć lat temu zmarł ojciec pani Małgosi i zostawił jej górniczą rentę, wynajęła dom obcym w zamian za opiekę. Naciągnęli ją na pożyczki, które do dziś spłaca, i tyle z tego było. Zaczęła chorować, tracić równowagę i skończyła się samodzielność. Potem szpital, publiczny dom pomocy.

- Siedziałam na łóżku, nie wolno mi było nawet robić na drutach - wspomina. - Zresztą byłam ospała. Dawali mi pięć tabletek rano i pięć wieczorem, jakie - nie wiem. Żeby wyjść do ubikacji, musiałam wołać opiekuna, jakbym była jakaś nienormalna. Koleżanki mnie stamtąd zabrały.

U Tokarzów panuje zasada, że woła się "halo", gdy trzeba pomocy. - Halo - woła pani Małgosia, gdy o 6 rano Romana, Mariusz i Ola schodzą szykować śniadanie. - Co jest dzisiaj do roboty?

Ma 53 lata, chciałaby nie bać się już aut, wychodzić sama na ulicę, rozpoznawać dotykiem kolory. Prowadzi w domu wszystkie modlitwy, a jak co zginie, ze świętym Antonim się rozmówi.

O 8 jest oficjalna pobudka. - Jeszcze pięć minut - marudzi pan Rudolf. Będzie dwa lata, jak żona pana Rudolfa zmarła. Sąsiadka nosiła mu obiady, ale jak chłop starej daty (rocznik '38) sobie poradzi? Ogolić się - to już wyzwanie. Straszyli go, że w domu pomocy będzie jak w więzieniu, i przez trzy pierwsze noce nie spał. Telewizor, spacer, papieros - tak mu mija dzień u Tokarzów. Partyjka remika z Olą - czasem da wygrać, żeby nie zniechęcić. Pokosi, pozamiata. Chce kurnik zbudować, jak za dawnych czasów. Kiedyś miał też króliki - darmozjady, rok trzeba takiego karmić, żeby raz na obiad zjeść. A kury wystarczy ogrodzić, żeby z jajkiem nie uciekły.

Obiad o 13. Na początku przy stole siadywali jeszcze panowie Leon i Ryszard. Pan Leon rozpił się po śmierci żony, stracił dach nad głową, groziła mu amputacja kończyn, ale u Tokarzów stanął na nogi i wrócił na swoje. Pana Ryszarda przeniesiono do DPS dla psychicznie chorych. Drobna zmiana w otoczeniu wytrącała go z równowagi, siedział z kalendarzem i nie mógł się połapać, jaki jest dzień. Pani Małgosia zdążyła go nauczyć, że przy stole się nie kaszle i nie smarka. - Odejdź na bok, Rysiu - powtarzała - Nic ci z talerza nie zginie. Ja przypilnuję.

Po obiedzie spacer. - Halo - woła pani Małgosia i pan Rudolf podbiega, żeby ją poprowadzić. Śmieją się, że zazdrosny. Gdy do pani Małgosi zaczął przyjeżdżać na rowerze sąsiad Henio z bombonierkami i kawą i ktoś puścił plotkę, że będzie się oświadczać, pan Rudolf krzyknął: - Małgola jest moja!

Wieczorem długo siedzi przed telewizorem, czeka na Olę. Jego obie córki z wnukami wyjechały do Niemiec. Nie odwiedzają go. U Tokarzów odzyskał z nimi kontakt.

"To mój dom" - pisze Mariola na końcu eseju. Więcej tu życia niż w akademiku. Nikt się nie spieszy, ale też nie marnuje czasu, każdą chwilę poświęca na rozmowę.

Najgorsza jest niechęć urzędników

Za pobyt w domu pomocy społecznej - czy to placówka publiczna, czy rodzinna - płaci miasto. Wcześniej pobiera od pensjonariusza 70 proc. jego dochodów. Koszt utrzymania wynosi u Tokarzów 2,6 tys. zł za osobę - mniej więcej tyle, co w placówce publicznej. Ale tylko przy założeniu, że będą mieli ośmioro podopiecznych - czyli maksymalną ilość przewidzianą w ustawie. Pieniądze płacone przez miasto za panią Małgosię i pana Rudolfa nie pokryją nawet kosztów ogrzewania domu.

W kolejce na miejsce w DPS w Tarnowskich Górach czeka 35 osób. Czas oczekiwania - najmniej trzy lata. Pytam zastępczynię miejscowego OPS, dlaczego nie kieruje czekających do Tokarzów. - Są przewlekle chorzy, a w rodzinnym domu pomocy umieszcza się ludzi niewymagających całodobowej opieki lekarskiej - mówi Urszula Krasińska. Pociesza jednak, że Tokarzowie mogą podpisać umowę z innymi gminami, nawet spoza województwa.

Do Tokarzów dzwonią rodziny, pytają, co zrobić, by oddać do ich domu bliskich. Niestety - muszą przejść przez MOPS, taka jest procedura. Tokarzowie zastanawiają się, czy nie przekształcić się w dom prywatny, bo gdyby nie wypożyczalnia samochodów pana Mariusza, nie mieliby dziś za co żyć.

Rodzinny dom starości to w Polsce rzadkość. Pierwszy w Poznaniu założyła Danuta Tyma, potem powstały w Krakowie, Gdańsku, Kielcach, pod Olsztynem, Tokarzów i na tym koniec, chociaż zostały usankcjonowane już sześć lat temu. Prowadzenie takiego domu wymaga poświęcenia, stworzenia warunków architektonicznych i gotowości do pracy 24 godziny na dobę.

Danuta Tyma twierdzi, że najgorsza jest niechęć urzędników. - Nie informują, że takie domy istnieją - mówi. - Ludzie mylą je z prywatnymi, które cieszą się złą sławą i są drogie. A potem muszą się borykać z biurokracją przez kilka miesięcy. Zdarzyło się, że kobieta, czekając na przyjęcie do mnie, zmarła. Już było dla niej przygotowane miejsce, trzeba było tylko podpisać papiery.

Tyma martwi się o Tokarzów. - Ja się reklamowałam w szpitalach i dzisiaj mam dom obsadzony. Trzeba walczyć!

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.