Rozbić taflę szkła

Wysłuchał Jacek Kowalski
17.05.2011 09:54
A A A
Katarzyna Groniec

Katarzyna Groniec (Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta)

- Czułam się jak w szklanym tunelu, do którego nikt nie może się dostać, a i ja nie mogłam się przebić na drugą stronę. Jedyne, co mogą zrobić bliscy osoby chorej na depresję, to przy niej trwać - mówi piosenkarka Katarzyna Groniec*

- Chyba nadużywamy słowa "depresja". Przecież naturalne jest, że miewa się chandry albo obniżone nastroje, że dopadają nas czasem melancholie. Ale tego wszystkiego nie można nazywać depresją. Trzeba wyraźnie rozgraniczać stan, z którym można sobie pomóc samemu, i stan, w którym może nam pomóc tylko lekarz i farmakologia. O ile nie zapadniemy się w siebie i narzucimy sobie pewną dyscyplinę życia, z większości chandr możemy wyjść sami. Jeśli nie - wtedy dopiero, jak sądzę, możemy mówić o depresji.

Ja z całą pewnością mogę powiedzieć, że w 1993 r., po urodzeniu córki, dopadła mnie na rok depresja poporodowa. Myślę, jak to się stało, że zachorowałam... Miałam 21 lat. Oboje z ojcem dziecka byliśmy młodzi - tak naprawdę niegotowi nie tylko na przyjęcie nowego człowieka, lecz także niegotowi na siebie nawzajem, jak się wkrótce okazało.

Poza tym szybko stało się jasne, że będę wychowywała Manię sama. Jestem człowiekiem odpowiedzialnym, przewidującym konsekwencje. Myśl, że będę się borykała z wychowaniem dziecka w pojedynkę, z pewnością miała wpływ na pojawienie się mojej depresji. Wszystko razem - sytuacja między nami, nowy człowiek, natłok obowiązków, które nagle się przede mną spiętrzyły - przytłoczyło mnie.

Ale niedobrze zaczęło się już dziać na sali porodowej. W 1993 r., gdy leżałam na porodówce, nikt jeszcze nie słyszał o akcji "Rodzić po ludzku". Realia były więc takie, że rodziłam za przepierzeniem, a z drugiej strony panie pielęgniarki piły kawę. Poród odbywał się w pozycji horyzontalnej - od tej reguły nie było żadnych wyjątków. Nie mogłam chodzić, skulić się. Jednym słowem - nie miałam jakiejkolwiek możliwości przetworzenia tego bólu na jakąś inną energię. A do tego doszło to wielkie zdziwienie, że rzeczywiście dziecko to jest osobny człowiek, że naprawdę trzeba być odpowiedzialnym w dwójnasób...

Pyta pan, czy to było powolne zapadanie się w sobie, czy jeden moment. Jeszcze przez jakiś czas po porodzie działałam jak maszyna. A motorkiem tej maszyny było dziecko - trzeba było je przecież nakarmić, przewinąć. Wtedy nie mogłam sobie pozwolić na to, żeby nie wstać z łóżka. Czy miałam takie pokusy? Nie pamiętam.

Ważny szczegół z tamtego okresu: to był początek pieluch typu pampers. Ludzie trochę się ich bali. Uległam namowom swoich babć, żeby używać pieluch tetrowych. No więc tamten okres kojarzy mi się jako nieprzerwane pasmo prania i prasowania tetry. To był czas, kiedy pielucha to była moja codzienność. Mieszkanie było nimi zawieszone - 45 pieluch na dobę. I ja w tym wszystkim funkcjonowałam jak automat. Nie, nie miałam takiego dnia ani nawet godziny, kiedy usiadłam, załamałam ręce i pozwoliłam sobie na płacz. Moja depresja objawiała się tym, że cały czas działałam, ale jakby automatycznie, mając przemożne poczucie, że to wszystko mnie przerasta. I dzieje się gdzieś obok, nie dotyczy mnie. Jakbym wpadła w wewnętrzną katatonię. Jak gdyby to wszystko - pieluchy, dziecko, samotność - zupełnie mnie nie dotyczyło. Miałam poczucie, że nie podołam temu wszystkiemu, że zwariuję.

Na szczęście miałam pomoc - najpierw od swoich rodziców, potem od babci z drugiej strony. Przychodziły też nianie, bo dość wcześnie wróciłam do pracy. Na czym polegała pomoc rodziny? Wystarczyło, że byli koło mnie. Nic nie musieli robić.

To, co się działo we mnie, manifestowałam w tamtym czasie strojem. Ubierałam się całkowicie na czarno. Bardzo lubię czerń - jest sceniczna. Ale wtedy miała ona inną funkcję. Włosy obcięłam niemal na zero. No i strasznie schudłam - w najgorszym momencie ważyłam 44 kilo.

Nie miałam do kogo z tym wszystkim pójść, więc ostatecznie poszłam do lekarza. I tam, w gabinecie - katastrofa. Popełniłam błąd, bo plastycznie opisałam mu, co się ze mną dzieje. Opowiedziałam, że czuję się, jakbym była w tunelu, który jest całkowicie przeszklony. Ja idę tym tunelem i idę - wszędzie wokół są ludzie, których dostrzegam, ale nie mogę przejść na tamtą stronę. Na ich stronę. W związku z tym mam poczucie odosobnienia i ogromnego osamotnienia. Lekarz zupełnie mnie nie zrozumiał. Spytał: "Czy pani jara trawę?". Mówię: "Nie". "A coś pani bierze?". "Nie". "Dobra, dobra, wszyscy jaramy" - podsumował. Chyba trafiłam na wczesną wersję doktora House'a ("wszyscy kłamią, wszyscy ćpają"). Skończyło się na niczym. W gabinecie lekarskim nie uzyskałam żadnej pomocy. Po wyjściu od lekarza miałam poczucie, że pozwalam sobie na jakąś fanaberię, której nie rozumie nawet specjalista. Nie szukałam już więcej pomocy w gabinetach lekarskich. Czułam się fatalnie.

Czy odbijało się to na mojej pracy? Nie. Pracowałam wówczas w Teatrze Buffo. Byłam jedną z wielu artystek Teatru. Nie musiałam robić niczego wielkiego oprócz tego, że na trzy minuty wystawiali mnie na scenę - na czas, gdy śpiewałam swoją piosenkę. Więc po prostu przyjeżdżałam na spektakl (lub uczestniczyłam w tworzeniu kolejnego) jako część zespołu. To mnie na szczęście zwalniało z myślenia. I bardzo mi to wtedy odpowiadało. Po prostu wymagano czegoś ode mnie i te wymagania egzekwowano. To pomagało trzymać się w ryzach.

Zwrot o 180 stopni nastąpił w sposób niespodziewany i momentalny. Dokładnie potrafię wskazać chwilę, w której wszystko się zmieniło. Leżałam w wannie, zastanawiałam się nad swoją sytuacją i nagle zrozumiałam, co jest najważniejsze - że bardzo kocham to dziecko. Ta świadomość spłynęła na mnie nagle i pomogła mi zobaczyć wszystko w innym świetle. Wielka, natychmiastowa ulga - tak to zapamiętałam. Nie wiem skąd, nie wiem jakim sposobem - jakiś rodzaj łaski.

Napisałam wtedy swoją pierwszą piosenkę - bardzo naiwny, ale fajny tekst: "Jesteś dla mnie jak diament". Ta piosenka doczekała się różnych wykonań i choć dzisiaj już jej nie śpiewam, wciąż piszą do mnie ludzie, którzy ją zapamiętali. Po latach napisałam inną piosenkę dla Mani - "Będę z tobą". To rodzaj deklaracji rodzicielskiej. Cokolwiek przytrafiłoby się mojej córce, będę obok. Choć zdaję sobie sprawę z tego, jak niewdzięczna bywa rola kogoś, kto po prostu jest. Trzeba wykazać się niesamowitą cierpliwością. Pamięta pan ten oszklony tunel? No właśnie. W takim przypadku nie chodzi o działanie - chodzi o obecność. Ważne, żeby człowiek nie został sam w takim stanie.

O czym powinny pamiętać młode mamy? Że depresja poporodowa minie. Burza hormonów, problemy i niepokoje związane z nowym człowiekiem - jak karmić, przewijać, wychować. Strasznie się nie chce popełniać błędów, ale z drugiej strony nie da się ich uniknąć. Ważne: dać sobie margines na popełnianie błędów!

Dzisiaj, kiedy ludzie mają świadomość tego, że po urodzeniu dziecka coś takiego może się zdarzyć, są w innej sytuacji. Kobiety są na to przygotowane, a wiedza o tym w pewien sposób ułatwia przetrwać trudne momenty bez poczucia winy. Ja miałam straszne.

Byłam przekonana, że gdy dziecko pojawi się na świecie, momentalnie stanę się krainą miłości, łagodności, cierpliwości i wspaniałych uczuć. Tymczasem nic takiego się nie stało. Zamiast kolorowych wrażeń były ból, uciążliwość. Wygrało to, co działo się z moją głową.

A przecież trzeba pamiętać, że gdy na świecie pojawia się człowiek, nie od razu szalejemy na jego punkcie. Przynajmniej ja nie od razu tak miałam. Musiałam sobie dać czas na tę miłość.

*Katarzyna Groniec - urodziła się w Zabrzu. Śpiewa - jak twierdzi na swojej stronie internetowej - od najwcześniejszego dzieciństwa. Na scenie pokazała się dopiero w 1988 r., kiedy w duecie z Piotrem Hajdukiem wygrała Festiwal Młodych Talentów w Poznaniu. W 1991 r. zaśpiewała w "Metrze" m. in. znaną piosenkę "Szyba" - i śpiewać w nim miała przez następnych dziewięć lat. Po odejściu z Buffo występowała na różnych scenach w Polsce. Nagrała dziewięć autorskich płyt. Prywatnie - rozwiedziona z Olafem Lubaszenką, ojcem Marianny.

ZOBACZ TAKŻE