Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W lutym 2006 r. zadzwoniła do mnie do Stanów Ewa [Pacuła, była żona Salety], mówiąc, że nasza 12-letnia córka Nicole ma problem z nerką i jest dializowana. Jak to wyszło? Od kiedy pamiętam, córka piła bardzo dużo wody; sporo też spała - w pewnym okresie podejrzewaliśmy u niej anemię. Robiliśmy badania w tym kierunku, ale anemia się nie potwierdziła.

Na początku 2006 r. córka właściwie już spała na okrągło. Trzeba było działać. Siostra Ewy, pracująca w laboratorium, zrobiła jej badania. Były tak złe, że od razu karetka zabrała Nikę do szpitala w Lublinie na pierwsze dializy. Okazało się, że powodem senności było to, iż nerki ledwo pracowały. Dziecko miało tak zatruty organizm, że gdyby się tak struła z dnia na dzień, a nie stopniowo, to pewnie by nie przeżyła, ale ponieważ było to rozłożone w czasie, nerki zwalniały obroty stopniowo i organizm się przyzwyczajał. Trochę jak ze stopniowym podgrzewaniem wody, w której siedzą żaby. Jak podnosisz temperaturę o stopień, możesz ugotować je żywcem, bo nawet nie poczują, jak się robi cieplej.

Nie wiadomo, czemu nerki Nicole przestały pracować. To jest narząd, który - niestety - nie boli. Wskutek tego może "psuć się" latami, np. po niedoleczonym przeziębieniu, a człowiek nawet tego nie wie, dlatego tak ważne są badania. Właściwie po każdym większym przeziębieniu powinno się badać nerki.

Podejrzewam, że u Niki nerki siadały stopniowo od kilku lat. Pamiętam, że do skończenia ośmiu lat była jedną z wyższych osób w grupie przedszkolnej, a potem w klasie. Po ósmym roku życia ten wzrost zatrzymał się. Teraz podejrzewam, że jedno z drugim się wiązało - rośnięcie z chorobą nerek. Tylko wtedy nikt tego nie podejrzewał. W rodzinie Ewy nie było żadnych chorób nerek, u mnie też nie. Kiedy robiliśmy badania w kierunku anemii też nic nie wychodziło, a trzeba było wtedy zbadać mocz.

Pomidorówka Niki

Pewnego dnia dzwoni Ewa i mówi, że mała jest chora. Z racji zawodu, jaki wykonuję, nie panikuję. Raczej skupiam się na tym, jak rozwiązać problem. Nie powaliła mnie ta wiadomość, ale wkurzyła, że jestem bezsilny. Niewiele mogłem zrobić poza kontrolowaniem sytuacji przez telefon.

Ponieważ nerki funkcjonowały ledwo, ledwo, więc od raz potrzebne były trzy dializy tygodniowo. Pierwsze, jak już mówiłem, w Lublinie. Później - w Warszawie. To bardzo męczące. Trzy godziny dializowania, do tego dojazdy - w sumie pięć godzin wyjęte z życiorysu. 15 godzin w tygodniu. Oczywiście: przysługuje karetka, która dziecko przywozi i odwozi, ale to pozwala zaoszczędzić niewiele czasu. Do tego dochodzi jeszcze szkoła - kolejnych kilka godzin - i ogólnie rzecz biorąc, rozwala to wszystkie plany rodzinne.

Kiedy Nika zaczęła być dializowana sporadycznie - jak wpadałem do Polski - woziłem ją do szpitala. Tyle mogłem pomóc. Już jednak było dla nas jasne, że trzeba myśleć o przeszczepie. W końcu dializa nie tylko marnuje czas, ale wyniszcza organizm dziecka: wypłukuje składniki mineralne itp. No i ta dieta - nie można pić za dużo ani np. jeść niczego z pomidorami, bo pomidory mają potas, a ten zatrzymuje wodę w organizmie. I tak dalej. Dieta męczyła małą bardzo. Jak już przeszła przeszczep, przez pierwszy tydzień trzy razy dziennie jadła pomidorową, więc dla niej zmiana jakości życia po przeszczepie to na przykład ta pomidorowa, którą wprost uwielbia.

Zdecydowaliśmy, że nerkę odda małej ktoś z rodziny Ewy. Operacja miała być w czerwcu, ale tydzień przed nią wykryto u dawcy jaskrę i złogi w nerkach. Lekarze bali się, że ta choroba zaatakuje przeszczepiony organ. W grudniu zdecydowano, że to jednak nic groźnego i przeszczep może dojść do skutku. Równolegle pojawił się pomysł lekarzy: zróbmy przeszczep od dawcy zmarłego. Ale i to upadło. A dotychczasowy dawca ostatecznie wycofał się. Naturalnym dla mnie było, że teraz moja kolej.

Gdybym dał jej nerkę szybciej...

Ewa? Jej nerkę zostawiliśmy w odwodzie. Ona jest młodsza; młodszą nerkę lepiej trzymać w zapasie, do chwili gdy na przykład okaże się, że moja się nie przyjęła. Teraz wiem, że jeśli dałbym Nicole nerkę szybciej, nie byłoby tego momentu, kiedy życie córki miało tak radykalnie obniżony standard. Nie byłoby tych wielogodzinnych dializ, całych dni wyrwanych z życiorysu, a potem nie byłoby tego zachłyśnięcia normalnością. Mogłem jej tych wahnięć emocji zaoszczędzić...

Decyzja była łatwa, ale bałem się badań. Ściślej rzecz biorąc - tego, że ich nie przejdę. Uprawianie sportu wyczynowego to nie jest samo zdrowie. To maksymalne nadwerężanie organizmu. No i drakońskie diety. Bywały okresy, kiedy np. musiałem być na diecie wysokoproteinowej. Przyjmowałem wtedy po 600 gr białka dziennie - a to też obciąża nerki. Krótko mówiąc, obawiałem się, że się na dawcę nie nadaję.

Gdybym się nie nadawał, no to... Pamiętam, że w tamtym okresie spotykałem ojca koleżanki Niki z dializ. On też chciał oddać córce nerkę, ale nie przeszedł badań. Skończyło się ciężkim załamaniem nerwowym i rozpadem małżeństwa. Bo to jest jednak potężny stres - chcesz pomóc dziecku, a nie możesz. Bałem się, że i ja nie będę mógł pomóc Nicole.

Kluczowe jest podejście

Kariera? Nie zastanawiałem się, czy przeszczep mi ją zakończy. To nie miało żadnego znaczenia. Wprawdzie nie wyobrażam sobie życia bez sportu, ale gdyby mi lekarze powiedzieli: albo oddajesz nerkę, albo uprawiasz sport - nie wahałbym się. Oczywiście: pytałem lekarzy, jaki to będzie miało wpływ na moją aktywność sportową. Usłyszałem, że mi w niej nie przeszkodzi.

Kluczowe jest podejście. Ja miałem takie jak w trakcie przygotowania do walki. Na co dzień mam tak, że coś muszę poświęcić, żeby gdzieś dojść. Ustalam dietę: odmawiam sobie pączka, bo liczy się cel. Normalka. Więc to nie był dla mnie problem. Decyzja była na tyle łatwa, że w ogóle nie pamiętam momentu jej podjęcia. Pamiętam za to, że gdy już zapadła, mama Niki często do mnie dzwoniła i pytała, czy wiem, co robię. Ona była bardziej zestresowana niż ja.

Badania wyszły w porządku. Wyznaczono nam termin na 5 grudnia [2007 r.]. Tydzień wcześniej pojechałem jeszcze na krótkie wakacje - wróciłem 3 grudnia. 5 zameldowałem się karnie w szpitalu. Aha, jeszcze coś. Brałem wtedy udział w programie "Gwiazdy tańczą na lodzie". Dwa tygodnie przed operacją wycofałem się z niego, żeby nie złapać kataru. Ani dawca, ani biorca nie mogą mieć żadnej infekcji w momencie przeszczepu, a wiadomo, jak jest na lodowisku. Złapać coś nie problem.

Mądrość organizmu

To była środa. Pojawiłem się w szpitalu na Lindleya i od razu poszedłem pod nóż. I znowu stres. Nie, nie operacja - tym się nie przejmowałem. Martwiły mnie - nazwijmy to tak - kwestie logistyczne. Otóż ja kładłem się na salę na ulicy Lindleya, a Nicole miała mieć przeszczep tego samego dnia w Centrum Zdrowia Dziecka w Międzylesiu. W związku z tym nerka musiała przejechać w krótkim czasie przez całą Warszawę. Po drodze mogą się zdarzyć różne dziwne rzeczy, prawda? Karetka może mieć wypadek czy coś. I nerka nie dojedzie. Na szczęście jednak nic się nie wydarzyło.

Kiedy się obudziłem, zapytałem, czy z Niką wszystko jest w porządku. A że chwilę wcześniej - tak się złożyło - nerka zaczęła pracować, więc odpowiedź była twierdząca. Zresztą z nerkami to też jest ciekawa sprawa. Ta, która mi została po operacji, powiększyła się, podejmując funkcje dwu, a nerka Nicole z kolei skurczyła się. Mniej roboty do wykonania w mniejszym człowieku, więc wiesz. Mądrość organizmu.

A potem? Potem nic już nie pamiętam, szczerze mówiąc. Po fakcie okazało się, że miałem krwotok - po kropelce wykrwawiałem się do wewnątrz, bo puściło zabezpieczenie żyły. W czwartek jeszcze czułem się dobrze, w piątek funkcjonowałem już chyba trochę mniej normalnie. Akurat było zakończenie programu "Gwiazdy tańczą na lodzie". Podobno dzwoniono do mnie na żywo, podobno rozmawiałem - ale nic nie pamiętam (śmiech). W sobotę stwierdzono, że trzeba zrobić jeszcze jedną operację, bo się wykrwawiam. Po tej drugiej operacji obudziłem się dopiero w czwartek. Córka była jeszcze w szpitalu; wyszliśmy mniej więcej w tym samym czasie. I mimo że Ewa nic nie powiedziała jej o moim stanie, coś musiało do niej docierać, bo gdy byłem w śpiączce, strasznie jej skakało ciśnienie. Uspokoiło się dopiero, gdy i u mnie się unormowało.

Więc przez cały ten czas - operacja, po operacji - nie widzieliśmy się z Niką w ogóle. Zobaczyliśmy się dopiero w Wigilię, w domu Ewy, 19 dni od operacji. Emocje? Mnóstwo, z obu stron. Nika nie jest dzieckiem, które na co dzień chętnie i łatwo je okazuje. Jednak całą tamtą Wigilię przesiedziała mi na kolanach. Jeszcze taki drobiazg - pamiętam, jak zadzwoniłem do niej przed Wigilią. Zapytałem, czy nerka wystarczy jej jako prezent pod choinkę, czy kupić jej coś jeszcze. Odpowiedziała "nie wystarczy". I musiałem dokupić MP4.

Każdy ojciec by to zrobił

Jasno stawiajmy sprawy. Nigdy nie traktowałem ani nie traktuję oddania nerki dziecku jako jakąś wielką sprawę. Trzeba było pomóc, to pomogłem. Każdy ojciec by to zrobił. Nie chciałbym też, żeby Nicole czuła jakiś dług wdzięczności, czy coś. Czasem robi się to, co trzeba zrobić, i tyle.

Nasze relacje się zmieniły, to znaczy nie z mojej strony, raczej ze strony córki. Od trzeciego roku życia nie mieszkaliśmy razem - byłem ciągle poza domem. Nie było tak, że widywaliśmy się co tydzień. To mogło u niej powodować różnego rodzaju rozchwiania emocjonalne. Natomiast teraz, jak mi się wydaje, Nika zyskała poczucie, że może liczyć na rodziców w każdej sytuacji.

Życie córki się zmieniło na lepsze - moje nie zmieniło się wcale. Nie mamy żadnej diety, żadnych zakazów. Wskazany jest oczywiście zdrowy rozsądek, butelki wódki naraz nie wypijesz, natomiast jakość życia osoby, która dostaje nerkę, zmienia się nieprawdopodobnie. To najlepszy dowód na to, że przeszczep jest niegroźny.

Rodzinny przeszczep ma jeszcze tę przewagę nad "normalnym", że robi się go szybko, a ryzyko takiej operacji jest właściwie żadne. Ja, co prawda, miałem komplikacje, ale to zdarza się raz na kilkadziesiąt tysięcy zabiegów. Bywa. Przecież podczas zwykłej wizyty u dentysty też ryzykujemy powikłania.

Niektórzy lekarze mówią, że wycięcie nerki to "okaleczenie zdrowego człowieka". To bzdura. Ja nie czuję się okaleczony. Wręcz przeciwnie - czuję się bogatszy.

A Ty zgodziłbyś się oddać nerkę bliskim? Miałbyś obiekcje? Jakie? A może sam zostałeś dawcą lub biorcą nerki, szpiku lub innego narządu. Czy to zmieniło Wasze relacje rodzinne? Napisz do nas: leczyc@wyborcza.pl

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.