Rewolucja robotnicza

Katarzyna Wężyk
04.07.2015 01:00
A A A
Ten artykuł nie został napisany przez robota. Jeszcze.

Na początku lat 50. Henry Ford II - wnuk tego Henry'ego Forda, który przesadził Amerykanów z bryczek do samochodów i płacił pracownikom podwójną stawkę, by było ich stać na produkowane przez siebie auta - oprowadzał po nowej, bardzo jak na owe czasy zautomatyzowanej fabryce wpływowego związkowego lidera Waltera Reuthera.

Ford, bardzo z siebie zadowolony, zapytał związkowca: - Walter, jak zamierzasz skłonić roboty, żeby płaciły wam składki związkowe?

Reuther nawet nie mrugnął. - Henry, a jak ty zamierzasz skłonić je do tego, żeby kupowały twoje samochody?

Choć przez ponad pół wieku, które minęło od tej wymiany zdań, automatyzacja poczyniła gigantyczne postępy, to dylemat pozostał bez zmian. Roboty, choć są idealnymi pracownikami - nie chorują, nie potrzebują wakacji, ubezpieczenia zdrowotnego ani emerytury, nie przychodzą skacowane do pracy, nie marnują czasu na Facebooku, nie domagają się podwyżki i na pewno nie pozwą szefa za wypadek przy pracy - konsumować jednak nie mogą. A ten fakt ma daleko idące konsekwencje.

Taka czeka nas przyszłość? Ludzie bez roboty przez roboty?

***

- Nie było gorszych czasów, by być pracownikiem o wyłącznie "zwykłych" umiejętnościami i zdolnościach, bo komputery, roboty i inne cyfrowe technologie nabywają owych umiejętności i zdolności w niezwykłym tempie - ostrzegają Erik Brynjolfsson i Andrew McAfee, autorzy "The Second Machine Age" (Drugiego wieku maszyn).

I przekonują, że czeka nas wyjątkowy w naszej historii okres kreatywnej destrukcji.

To, że postęp technologiczny rewolucjonizuje rynek pracy, nie jest niczym nowym. W XIX wieku mechanizacja rolnictwa zmusiła do migracji do miast i szukania zatrudnienia w fabrykach miliony robotników rolnych. W drugiej połowie XX wieku automatyzacja i mechanizacja wyludniły z kolei fabryki, przynajmniej te w bogatych państwach Zachodu, a robotnicy przenieśli się do sektora usług. Znikaniu starego sposobu produkcji nieodmiennie przy tym towarzyszyło tworzenie nowego, który zasysał siłę roboczą i czynił z niej trybiki we własnej machinie.

Dlaczego więc, jak straszą Brynjolfsson i McAfee czy Robert Ford, autor "Rise of the Robots: Technology and the Threat of a Jobless Future" (Powstanie robotów: Technologia i groźba przyszłości bez pracy), teraz ma być inaczej?

Bo dziś nie ma już jak uciekać do przodu.

Technologia w postaci robotów albo oprogramowania zastępuje ludzi w korporacjach i małych firmach, w fabrykach, szkołach, szpitalach, NGO-sach i w wojsku. Zwalnia niewykwalifikowanych robotników i tych z wyższym wykształceniem. Nie powstają nowe miejsca pracy, w których ludzie mogliby skutecznie konkurować z maszynami - a przynajmniej nie tyle, by zastąpić te znikające. Tym razem zmiana ma być totalna. I prędzej czy później, mniej lub bardziej bezpośrednio, ma dotknąć nas wszystkich.

***

Produkcja samochodów jest już zautomatyzowana w 80 proc. Amazon inwestuje w roboty Kiva, które zastępują ludzi w magazynach, i w drony, które miałyby dostarczać przesyłki. CEO Nike o maszynach mówi wprost: ich celem jest pozbycie się z produktu elementu ludzkiej pracy.

Z iPadem w nowe średniowiecze. Nadciągają zbędni ludzie

 

Usługi także automatyzują się na wyścigi. Ford daje przykład start-upu Momentum Machines, który stworzył robota do produkcji hamburgerów; maszyna potrafi ich zrobić do 360 na godzinę, i to ze świeżo mielonego mięsa, nie z mrożonki. - Nasze urządzenie nie ma sprawić, że pracownicy będą bardziej wydajni. Ma ich kompletnie wyeliminować - mówi właściciel firmy.

McDonald's zatrudnia dziś 1,8 mln pracowników w 34 tys. restauracji na świecie - ilu ich zostanie, jeśli firma postawi na hamburgerowe roboty? Japońska sieć Kura Sushi już to zrobiła: zamiast kucharzy ma roboty, a zamiast kelnerów - dotykowe panele i pas transmisyjny.

Maszyny zastępują też sprzedawców: powszechne są automaty nie tylko z colą i batonami, ale również ze sprzętem elektronicznym. Supermarkety inwestują w kasy samoobsługowe.

Następnym krokiem ma być automatyzacja transportu. Samojezdne auta, nad którymi Google pracuje od sześciu lat, zdążyły już przejechać prawie 3 mln km i zaliczyć w tym czasie tylko 11 wypadków - wszystkie, jak zapewnia firma, spowodowane przez ludzki błąd.

Tego czynnika nie da się całkowicie wyeliminować, ale jeśli samochody Google'a ostatecznie trafią do masowej dystrybucji i przekroczą masę krytyczną - a kilka stanów już zmieniło przepisy tak, by wpuścić je na publiczne drogi - zrewolucjonizują nie tylko transport.

Przede wszystkim dlatego, że prawdopodobnie korzystalibyśmy z nich na zasadzie nie własności, tylko dostępu. Po co bowiem trzymać samochód, którego używamy dwa razy dziennie po 40 minut, skoro można wysłać SMS-a, wsiąść do auta, przejechać z punktu A do B i oddać je do użytku następnej osobie, która akurat jest w pobliżu i go potrzebuje. Koniec z parkingami w centrum, emisja spalin spada, korki praktycznie nie istnieją, ekolodzy i projektanci przestrzeni miejskiej są przeszczęśliwi.

Jednocześnie jednak bankrutują producenci samochodów oraz właściciele warsztatów, myjni i stacji benzynowych. Ich pracownicy - a przy okazji taksówkarze czy kierowcy autobusów, pociągów i tramwajów - lądują na bruku.

***

"Białe kołnierzyki" też nie powinny spać przesadnie spokojnie. Roboty już potrafią dużo więcej, niż tylko przekładać paczki w magazynie. Programy komputerowe są w stanie skomponować muzykę, i to na takim poziomie, że wykonuje ją Londyńska Orkiestra Symfoniczna.

Potrafią też zastąpić dziennikarza. Jeśli zastanawiałeś się kiedyś, czy tego tekstu o meczu Bayernu z Juventusem nie napisała przypadkiem maszyna, możesz mieć rację - zwłaszcza jeśli czytasz go na Associated Press czy w "Forbesie". Używany przez nie program Quill całkiem dobrze radzi sobie z tworzeniem informacji giełdowych i sportowych, potrafi z suchych danych o liczbie bramek czy akcjach zawodników stworzyć spójny tekst.

Kiedy "Wired" zapytał producenta Quill, jaka jego zdaniem część newsów będzie za 15 lat pisana przez algorytmy, usłyszał: "90 proc.".

Maszyny są wykorzystywane w służbie zdrowia: robot potrafi dokładniej i z mniejszym ryzykiem błędu dawkować leki czy interpretować zdjęcia radiologiczne. Superkomputer Watson, który w 2011 r. wygrał z ludźmi w "Jeopardy!", amerykańskim pierwowzorze naszego "Va banque", jest używany do diagnozowania raka płuc i ma rację w 90 proc. przypadków.

Ludzka średnia to połowa.

Watson jest lepszy, bo ma dostęp nie tylko do wiedzy z podręczników, ale też do ciągle uzupełnianej bazy danych z setek czasopism medycznych, w których lekarze opisują ciekawe przypadki i nowatorskie terapie. Jak doktor House potrafi połączyć pozornie niezwiązane symptomy i postawić diagnozę, tyle że nie dzięki fotograficznej pamięci i genialnej intuicji, ale dzięki Big Data (Watson przegląda 60 mln stron tekstu na sekundę) i rewolucyjnej idei, że aby skutecznie przewidywać - czy to zachowania konsumenta, czy postępy choroby - wystarczy sama korelacja, nie trzeba koniecznie rozumieć przyczyn zjawiska.

Technooptymiści uważają, że to dopiero początek przełomu w medycynie. - W końcu roboty będą samodzielnie przeprowadzały operacje - przewiduje dr Peter Diamandis, twórca Singularity Univeristy. - Wyobrażam sobie, że w przyszłości pacjent, który będzie potrzebować operacji serca, powie w szpitalu coś takiego: "O nie, nie chcę, żeby dotykał mnie człowiek. Wolę robota, którzy przeprowadził taką operację idealnie tysiące razy".

Komputery przejęły już także Wall Street. Zautomatyzowane algorytmy, według najbardziej śmiałych szacunków, odpowiadają dziś za aż do 70 proc. giełdowych transakcji.

Magazyn "Nature" uznał wręcz, że transakcje dokonywane przez roboty stanowią tak rozbudowany system, iż nie są go w stanie kontrolować nawet jego projektanci. A gdy zysk zależy od szybkości rzędu milionowych części sekundy, ludzie nie mają z maszynami szans. W efekcie w 2013 roku sektor finansowy zatrudniał w Nowym Jorku 100 tys. osób - o 50 tys. mniej niż 13 lat wcześniej. Zarówno liczba transakcji, jak i zyski firm w tym czasie wyraźnie wzrosły.

Naukowcy z Oksfordu Carl Benedikt Frey i Michael A. Osborne ogłosili w 2013 roku, że najdalej w ciągu 20 lat prawie połowa amerykańskich zawodów zostanie zautomatyzowana.

Podobną listę ogłosiło niedawno CNN. Wynika z niej, że kasjerzy, robotnicy, marketingowcy, obsługa klienta, researcherzy, bibliotekarze i tłumacze, ale także prawnicy i dziennikarze nie mają przyszłości. Odetchną, przynajmniej na razie, strażacy, dentyści, osoby opiekujące się osobami starszymi i chorymi psychicznie, spece od zarządzania kryzysowego i mechanicy.

"Zawody, które wymagają wyjątkowo wysokiego poziomu elastyczności, kreatywności lub empatii, mogą wciąż być domeną ludzi - do czasu. Ale większość prac biurowych ostatecznie podzieli los dodo" - konkluduje "The Economist".

A ekonomista Tyler Cowen lapidarnie podsumował los globalnej gospodarki w tytule swojej książki: "Average is Over" - koniec przeciętniaków.

***

Technologia umożliwia osiąganie większych zysków przy coraz mniejszym zatrudnieniu. W 1979 roku General Motors zarobił 11 mld dol. (w dzisiejszych dolarach), zatrudniając 840 tys. pracowników. W 2012 roku Google zarobił 14 mld, wypłacając jednocześnie pensje tylko 38 tys. osób. Ale to nic w porównaniu z Instagramem: gdy Facebook kupował go za miliard dolarów, firma zatrudniała... 13 pracowników.

Super, jeśli jesteś jednym z tych 13, ale co, jeśli to twoje miejsce pracy zostało zautomatyzowane? I jeśli ten sam los będzie spotykał coraz więcej osób? Co robić z tą armią bezrobotnych?

Jeśli dalej będziemy się trzymali obecnego kursu, w którym mała grupka bogaczy, górny 1 proc., staje się coraz bogatsza, reszta świata w najlepszym razie stoi w miejscu, a w najgorszym masowo traci pracę na rzecz maszyn, czeka nas dość ponura przyszłość, uważa autor "Rise of the Robots". Konkretnie - technologiczny feudalizm, w którym pieniądze będą mieć wyłącznie właściciele maszyn oraz patentów na nie.

Świat jak z filmu "Elysium", w którym elita stworzyła sztuczny raj na ziemskiej orbicie, a na zdewastowanej, pełnej przemocy Ziemi ludzie cofnęli się do hobbesowskiego stanu natury.

Rentierzy rządzą. I niszczą świat

 

Ale nawet jeśli najbogatsi zamkną się w złotych klatkach, gdzie, chronieni przed głodnymi prolami przez armię dronów i militarnych robotów, będą się raczyć kawiorem i obserwować, jak puchną im konta, to wcale nie oznacza, że zarówno im, jak i gospodarce będzie od tego lepiej.

Dron polski

 

Bo zbyt wybujałe dochodowe nierówności są szkodliwe dla całego systemu. I nie jest to wymysł rozpieszczonych lewaków, którzy nie zaznali na własnej skórze realnego socjalizmu i teraz się wymądrzają - chyba że zaliczyć do nich szefową FED, ekspertów Międzynarodowego Funduszu Walutowego ("Byłoby błędem koncentrować się na wzroście PKB i pozostawić nierówności samym sobie. Nie tylko dlatego, że byłoby to niezbyt etyczne, ale także dlatego, że w ten sposób wzrost PKB mógłby być niższy i mniej trwały", luty 2014 r.), Bank Światowy czy OECD.

Nawet w Davos był w tym roku panel o nierównościach.

Lagarde. Sumienie kapitalizmu

 

Problem z przesadnymi nierównościami polega na tym, że bogaci zwyczajnie nie są w stanie konsumować dostatecznie dużo, by nakręcić gospodarkę. Bill Gates nie kupi sobie kilku milionów smartfonów. Warren Buffett nie będzie jeździł kilkoma tysiącami samochodów. Carlos Slim Hel , choćby codziennie latał na hot dogi do Nowego Jorku, nie zastąpi setek pasażerów.

Gdy miejsce pracowników zajmą maszyny, nie będzie komu kupować wyprodukowanych przez nie towarów. Bo kto nie pracuje, nie tylko nie je, ale też nie kupuje - nawet jeśli automatyzacja obniżyła ceny towarów i usług. Gdy nie ma popytu, staje produkcja. Gdy staje produkcja, nie ma zysków. I nawet najbogatsi ostatecznie dostają po kieszeni. "Ekstremalna koncentracja dochodów przez malutką część potencjalnych konsumentów ostatecznie zagrozi istnieniu rynków, które wspierają produkcję i usługi" - pisze Ford.

Wyjściem z tego impasu, przekonuje, byłby dochód podstawowy: stała suma przekazywana co miesiąc każdemu dorosłemu, niezależnie od posiadanych przez niego środków. To nic nowego: pisali o tym pomyśle rewolucjonista Thomas Paine czy Martin Luther King, popiera go np. teoretyk prekariatu Guy Standing czy Charles Murray z konserwatywnego American Enterprise Institute.

Skąd wziąć na to pieniądze? Po pierwsze, z oszczędności powstałych po likwidacji zbiurokratyzowanego systemu opieki społecznej: koniec skomplikowanych ulg, zasiłków i subsydiów, zamiast tego maksymalna prostota comiesięcznej publicznej "pensji", nieco wyższej dla tych, którym chciało się zdobyć wykształcenie.

Dalej - z podniesienia podatków, zwłaszcza ludziom najbogatszym. Dziś w USA na przykład identyczny procent od dochodów płaci osoba, która zarabia rocznie 500 tys., 5 mln i 50 mln dol. Można by - przekonują zwolennicy dochodu podstawowego - te stawki zdywersyfikować. I dorzucić jeszcze wyższy podatek spadkowy, od dochodów kapitałowych, zanieczyszczeń, nieruchomości czy własności intelektualnej.

Tyle że podniesienie podatków to zawsze polityczny samobój. Jest jeszcze bariera psychologiczna: jak to - ludzie mieliby dostawać pieniądze za nic? To niemoralne i niesprawiedliwe!

Należy jednak pamiętać, że dochód podstawowy ma wystarczyć do przeżycia, ale już nie na ekstrawagancje. Jednostka ambitna i pragnąca polepszyć standard życia poszuka sobie dodatkowej pracy, a jeśli chodzi o gapowiczów i leni, to ich procent w społeczeństwie zapewne niewiele się zmieni w stosunku do stanu obecnego.

Lewica nie będzie miała zapewne problemu z propozycją obniżającą globalne nierówności, ale i prawica może znaleźć coś dla siebie.

Wszak do dochodu podstawowego przekonywał Friedrich von Hayek, guru libertarianizmu, kapłan wolności gospodarczej i wróg etatyzmu. Państwo - pisał - powinno zapewnić "każdemu pewien minimalny dochód, swego rodzaju poziom, poniżej którego nikt nie powinien spaść, nawet jeśli nie jest w stanie na siebie zarobić".

Hayek popierał dochód podstawowy właśnie dlatego, że był to dla niego instrument pozwalający jednostce realizować swoją wolność. Daje on bowiem wybór: zostać na obecnym stanowisku czy odejść, zainwestować w szkolenie czy wziąć wolne i naładować akumulatory. Bez bata nad głową. Bez wymuszonego desperacją godzenia się na podłe warunki. Pozwalając ludziom realizować własne cele i spełniać marzenia.

Co więcej, może się okazać, że dochód podstawowy wcale nie tłamsi przedsiębiorczości, tylko wręcz zachęca do eksperymentów. Przynajmniej jeśli wierzyć w tak zwany efekt Peltzmana. Ekonomiści z Chicago przestudiowali wypadki drogowe i doszli do wniosku, że po wprowadzeniu obowiązku zapinania pasów wcale dramatycznie nie zmalała liczba przypadków śmierci za kółkiem, bo ludzie kompensują sobie większe poczucie bezpieczeństwa większą skłonnością do ryzyka. Łatwiej więc założyć własną firmę, jeśli wiesz, że nie zostaniesz bez środków do życia, gdy ci nie wyjdzie.

Dalej - jak już ustaliliśmy, kto nie pracuje, ten nie kupuje. Dochód podstawowy sprawi, że ludzie nie tylko będą mieli pieniądze, ale też będą mogli je wydać zgodnie z własnymi preferencjami. Bo obecne formy pomocy społecznej określają warunki przyznania pomocy, czy to w postaci obowiązku pracy (workfare), czy ograniczeń konsumpcji. W USA na przykład obecnie trwa debata, czy nie ograniczyć listy rzeczy, które można kupić za bony żywnościowe; na cenzurowanym znalazły się ciastka, chipsy, napoje gazowane i energetyczne, owoce morza i steki.

Niektórzy, jak Guy Standing czy Nicole Sallak Anderson z Institute for Ethics and Emerging Technology, uważają, że to obecny system opieki społecznej jest niemoralny, bo "oparty jest na pragnieniu posiadających, by panować nad nieposiadającymi" i "dziecinnym przekonaniu, że jedni są lepsi, a inni gorsi".

Ale, argumenty etyczne odstawiając na bok, czy z czysto biznesowego punktu widzenia dochód podstawowy, który człowiek może wydać, na co mu się żywnie podoba, bez biurokraty patrzącego mu na ręce, nie byłby korzystniejszy także dla producentów coca-coli czy krewetek?

Powszechna miesięczna "pensja" nie oznacza końca kapitalizmu i wymuszonej urawniłowki. Każdy - przekonują jego zwolennicy - może zarabiać więcej, jeśli znajdzie własną niszę na rynku i popyt na swoje produkty czy usługi. "Pragniesz posiadać więcej - wydaj te pieniądze na studia, zostań informatykiem, lekarzem, finansistą. Bądź drugim Elonem Muskiem, jeśli chcesz. Nikt cię nie powstrzymuje. A gdy wszyscy są nakarmieni i mają dach nad głową, popyt na twój produkt jest większy" - przekonuje Anderson.

W dalszej perspektywie, jeśli, jak chcą entuzjaści - oraz Kasandry - postępu, roboty faktycznie wyeliminują większość dostępnych ludziom prac, może się okazać, że dochód podstawowy będzie dla wielu głównym, jeśli nie jedynym, źródłem utrzymania.

Na razie, choć pilotażowe wersje dochodu podstawowego przetestowano w Kanadzie, Namibii, Indiach i - w formie stypendium dla rodzin Bolsa Familia - w Brazylii, a Szwajcarzy chcą nad nim głosować w referendum, politycy nie palą się do wprowadzenia go na większą skalę.

Dać biednym wędkę czy rybę? W Afryce powiódł się eksperyment pomocy finansowej bez zobowiązań

***

Być może, jak chcą krytycy, jest to tylko ładna utopia. Być może Ford i jemu podobni technopesymiści się mylą: roboty nie będą w stanie całkowicie zastąpić ludzi - w końcu wciąż mają problemy z percepcją przestrzeni, z radzeniem sobie w nieoczekiwanych sytuacjach, z adaptacją do zmiennego środowiska, z abstrakcjami i generalizacjami. Nie myślą kreatywnie i nie rozumieją ironii i sarkazmu.

A sztuczna inteligencja - choć są technooptymiści, jak Ray Kurzweil z Google'a, który przewiduje, że roboty będą mądrzejsze od nas już w 2029 roku - to pieśń odległej przyszłości.

Być może wreszcie nowa naukowa rewolucja rozwiąże problem bezrobocia. Ale jeśli naprawdę czeka nas albo technologiczny feudalizm, albo bunt inteligentnych maszyn i świat rodem z "Terminatora" - no cóż, zawsze zostaje nam jeszcze sarkazm. Póki, oczywiście, nie powstanie nań odpowiedni algorytm.

Magazyn Świąteczny to coś więcej - więcej wyjątkowych tematów, niezwykłych ludzi, najważniejszych wydarzeń, ciekawych komentarzy i smacznych wątków. Co weekend poznasz ciekawy przepis, zasłuchasz się w interpretacji wiersza i przyznasz, że jest cudem, dowiesz się, co w trawie piszczy - w polityce, kulturze, nauce.

Oglądaj wideo Magazynu Świątecznego

W Magazynie Świątecznym :

 

Wojciech Pszoniak: I tak pani nie zdąży

 

Wielu Polaków chciałoby coś mieć, ale bez własnego udziału. Jeśli komuś się nie udaje, to znaczy, że inny mu nie dał. A w życiu nie ma tak, że ktoś nam coś da. Rozmowa Donaty Subbotko

Jak Arabowie wariują od religii

 

Nie da się nigdzie wprowadzić jednolitego etnicznie i religijnie państwa. Nie zrobi tego ani Izrael, ani Państwo Islamskie. My, Arabowie, przeżywamy straszny moment w naszej historii

Ameryka wychodzi z szafy

 

Tydzień temu Sąd Najwyższy zadecydował: od tej pory geje i lesbijki mogą legalnie brać śluby w całych Stanach. Tęczowa rewolucja zaczęła się od infekcji ucha na Hawajach

Andrzej Wajda o Objazdowym Muzeum Historii Polski: Nie ma jednej wersji historii

 

Kiedy ruszysz w Polskę, zrozumiesz to. Nie dostajesz odpowiedzi na tacy, jak w dużym muzeum z jedną narracją. Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz zapraszają z "Wyborczą" do akcji Objazdowego Muzeum Historii Polski

Grexit, przekleństwo Europy

 

Długi trzeba egzekwować, ale nie tak, by spychać społeczeństwa w rozpacz i czynić je nieobliczalnymi. Z wielkim ryzykiem dla całej Unii

Wielka Polska patrzy na Pacyfik

 

Jedno z najważniejszych państw kontynentu nie może udawać, że chińska ekspansja w Azji to nie jego sprawa

Rewolucja robotnicza

 

Ten artykuł nie został napisany przez robota. Jeszcze

Tato, to ty umiesz zrobić prawdziwy łuk?

 

- Miałem dużo szczęścia. Dzieciństwo spędziłem na wolnym wybiegu. Wspinałem się po drzewach, budowałem igloo, strzelałem z własnoręcznie zrobionego łuku. Takie samo dzieciństwo staram się zapewnić ośmioletniemu synowi

Projekt: Praca

Gospodarka potrzebuje pracowników z fachem w ręku jak kania dżdżu. Powstają nowe miejsca prayc, ale brakuje odpowiednio wykwalifikowanych młodych Polaków, którzy mogliby je zająć. Brakuje zawodowców.

Uważamy, że warto mieć konkretny zawód i do zdobycia go będziemy namawiać młodych w tej edycji akcji społecznej "Gazety Wyborczej" - "Projekt: Praca".