Leczenie przez nieinformowanie - list

Zuzanna S.
02.04.2010 15:14
A A A
Dlaczego lekarze nie rozumieją, że pacjent poinformowany jest "łatwiejszy w obsłudze"? Dlaczego o zabiegu informuje mnie salowa, odmawiając mi obiadu?

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Szpital w P., ósma rano. W 11. tygodniu ciąży trafiam na izbę przyjęć z krwawieniem. Rejestratorka sadza mnie w gabinecie ginekologicznym, gdzie czekam na lekarza, ale ten się nie zjawia. Po półgodzinie stwierdza, że skoro i tak przyjmują mnie na oddział (dla niej to oczywiste, dla mnie nie, bo skąd?), to mam się przebrać i wjechać windą na górę.

Tam młody lekarz bierze formularz z izby przyjęć i każe czekać. Po kwadransie wręcza mi skierowanie na EKG i badanie krwi. Robię wycieczkę po całym szpitalu w poszukiwaniu laboratorium, trochę mi słabo, od rana nic nie jadłam.

Po dobrych trzech kwadransach (w laboratorium jest kolejka i nie ma oddzielnej dla ludzi ze szpitala) wracam na oddział z wydrukiem, na okładce którego widnieje napis: "Wynik EKG jest własnością pacjenta i nie można mu go zabierać nawet celem włączenia do akt". Pierwsze, co robi lekarz, to zabiera mi wydruk...

Pielęgniarka (pielęgniarki były w porządku) prowadzi mnie do sali i daje mi do wypełnienia druk dla anestezjologa. Wypisuję więc wszystkie choroby, leki itd., a na drugiej stronie mam podpisać, że anestezjolog omówił ze mną szczegóły znieczulenia i poinformował o ryzyku. Dobry żart, gdyż następnego dnia, tuż przed podaniem narkozy, pytam anestezjolożki, jak długo będzie trwała - a ona odwarkuje: "Tyle, ile będzie trzeba".

Wszystko wie salowa

Tymczasem pielęgniarka zwołuje "wszystkie panie dzisiaj przyjęte" na badanie. Mamy stanąć w kolejce przed gabinetem (zero krzeseł, a zapewne nie tylko mnie jest słabo) i zdjąć majtki (nie podporządkowuję się, wtedy krew ciekłaby mi po nogach).

W gabinecie zabiegowym cała armia lekarzy (kiedyś by mi to przeszkadzało, teraz jest mi już wszystko jedno). Dowiaduję się, że będę czekać, bo "może się samo rozkręci". Na żadne pytania nie ma czasu, zresztą w sali obok jest remont i wiercenie zagłusza własne myśli, a co dopiero słowa.

Wyruszam na poszukiwanie czegoś do picia. Wracam na salę i mimo wszystko czuję ulgę, bo będę ronić naturalnie. Moja "idylla" nie trwa długo, bo oto wchodzi salowa z obiadem i oznajmia, że ja go nie dostanę, bo mam dzisiaj zabieg!

Szukam jakiegoś lekarza, żeby to wyjaśnić. Naoglądałam się tych amerykańskich seriali, gdzie lekarz w szpitalu rozmawia z pacjentem, to mi się w głowie poprzewracało...

Akurat przechodzi lekarz, który mnie badał, ale mówi, że nie ma czasu rozmawiać. Pukam do dyżurki lekarzy i czekam dłuższą chwilę. W końcu drzwi się otwierają, wyjaśniam, o co chodzi. Lekarz, który mi robił USG, zawołany przez kolegę słowami: "Jakaś pani do ciebie z ginekologii", odpowiada sugestywnym "Oooo" (obrzydliwość tego dotrze do mnie dopiero po chwili), po czym wychodzi na korytarz. Potwierdza, że tak, u mnie zabieg jest konieczny, i wchodzi z powrotem do dyżurki. W ostatniej chwili zdążę jeszcze spytać, czy zabieg jest w narkozie, i dowiaduję się, że tak.

Nie wiem, dlaczego nikt mi nie powiedział, że będę miała zabieg, i to jeszcze tego samego dnia, w związku z czym nie mogę jeść ani pić. Nie mam obowiązku rozumieć rzucanych naprędce skrótów myślowych ginekologów. Potem od pielęgniarki dowiaduję się, że zabieg będę miała albo dzisiaj, albo jutro, to zależy... Teraz już wiem, że po informację tylko do pielęgniarek, bo one przynajmniej rozmawiają z pacjentami.

I kolejne błędne założenie - że decyzja zależy od jakiegoś popołudniowego badania lekarskiego, którego wcale nie ma. O tym, że jednak tego dnia nie będę miała zabiegu, dowiaduję się znów od salowej, bo dostaję kolację.

O zabiegu nic się nie dowiem

Wieczorem wreszcie promyk cywilizacji - młoda i miła lekarka mówi mi, że zapadła decyzja, że dostanę dopochwowe czopki na przyspieszenie poronienia. Jest zdziwiona, że o tym nie wiedziałam - a skąd miałam wiedzieć, że zapadła decyzja, skoro nie byłam o niczym informowana?

Odpowiada na moje pytania i wyjaśnia, dlaczego jest takie ważne, żeby rozwarła się szyjka macicy (to moja pierwsza ciąża i rozwieranie szyjki na siłę może powodować kłopoty z donoszeniem kolejnej ciąży).

W nocy pojawiają się skurcze i wydalam pęcherz płodowy, ale pani doktor stwierdza przy badaniu, że zabiegu nie można wykonać, bo nie rozwarła się szyjka. O szóstej rano inny lekarz ponawia badanie, ale nie jest skłonny udzielić mi żadnych informacji, a na moje pytanie, czy rozwarła się szyjka macicy, odburkuje: "Nie". Pytam, co dalej, a on, że "zapadnie decyzja". Ach, te zapadające decyzje...

Pięć minut później mówi do pielęgniarki (nie do mnie, chociaż stoję pół metra dalej), że mam się "wysiusiać i przygotować do zabiegu". Znów pytam, choć widzę, że to niemile widziane, czy nie czekamy, aż się rozewrze szyjka macicy, a lekarz odpowiada, że "jest wystarczająco rozwarta".

Tak więc mam zabieg, nie wiem, czy w dobrym momencie, czy w złym, i nigdy tego nie będę wiedzieć (chyba że w kolejnej ciąży okaże się, że mam niewydolną szyjkę macicy).

Wychodzę do domu jeszcze tego samego dnia, więc zakładam, że podczas samego zabiegu nie stało się nic złego. Pielęgniarka chętnie udziela mi informacji co do dalszego postępowania (jakie objawy mają mnie niepokoić itp.), ale dopiero na moją prośbę. Gdybym o to nie spytała, nie dowiedziałabym się NIC.

Na świstku pt. "Świadoma zgoda na zabieg łyżeczkowania macicy" musiałam podpisać, że poinformowano mnie o przebiegu zabiegu, ryzyku i alternatywnych metodach leczenia. Ha, ha, ha. Pomijając cały psychiczny ból, jaki wiąże się z poronieniem, w szpitalu cały czas czułam się, jakby wszystko działo się ponad moją głową.

Nie wiem, dlaczego lekarze nie rozumieją, że pacjent poinformowany jest "łatwiejszy w obsłudze" i że rozmowa naprawdę się opłaca. Nie mówiąc o pomocy psychologa (znów te hollywoodzkie sny!), która bardzo przydałaby się ciężarnej kobiecie, która dowiaduje się, że nie będzie miała dziecka. Mam nadzieję, że akcja "Leczyć po ludzku" przyczyni się do tego, że kiedyś pacjentki oddziału ginekologii nie będą traktowane jak rząd macic do wyłyżeczkowania.

Zobacz także