Wolę śmierć niż takie życie

Marian Leśniewski
13.03.2010 16:52
A A A
Już trzy lata tułam się po zakładach opiekuńczo-leczniczych i dobrze poznałem życie w nich. Mam niesprawne ciało, ale sprawny umysł, widzę, słyszę i czuję. Jeśli mam zachować szacunek dla samego siebie, to wolę śmierć niż takie życie

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Mam 65 lat, jestem inwalidą po wypadku złamania kręgosłupa i od 40 lat poruszam się na wózku inwalidzkim. Do marca 2007 r. mieszkałem w domu sam i radziłem sobie z niewielką pomocą opiekunki z opieki społecznej. W marcu 2007 r. utworzył mi się ropień okołoodbytniczy. Lekarz pierwszego kontaktu leczył mnie bezskutecznie antybiotykami, twierdząc, że to stan zapalny. Trwało to około dwóch tygodni. Sprawny człowiek nie usiadłby na tak opuchniętym i bolącym tyłku. Ja musiałem, bo musiałem normalnie żyć. Jeśli lekarz wiedział, że to ropień, powinien skierować mnie do szpitala, jeśli nie wiedział, powinien skierować do specjalisty. Nie skierował.

Byłem osłabiony wysoką temperaturą i antybiotykami i przesiadając się na wózek, zerwałem mięsień w prawym barku. W tej sytuacji nie mogłem dłużej żyć sam w domu i dopiero wtedy lekarz zdecydował się wysłać mnie do szpitala.

Gdyby lekarz pierwszego kontaktu postąpił jak trzeba, koszt mojego leczenia byłby znikomy w porównaniu z tym, ile dotąd kosztowałem NFZ i ile będę nadal kosztował, jeśli ktoś nie ruszy głową i nie zaczną mnie leczyć!



W szpitalu MSW przy ul. Wołoskiej w Warszawie, kiedy nie mogłem sam położyć się na leżance (miałem sprawną tylko jedną rękę), lekarz pokpiwał: "Panie Marianie, ropień w tyłku, zerwany mięsień i pewnie jeszcze paznokieć wrasta". Oczyścił ranę, założył sączek i odesłał do domu.

"Leczenie" w domach opieki

W domu leżałem osiem dni, zanim opieka społeczna znalazła mi miejsce w Domu Seniora "Kaśmin" w Drożdżówce. Liczyłem, że po kilku tygodniach leczenia ropnia i mięśnia w barku będę mógł wrócić do domu.

Niestety, żadnego leczenia nie było. Ropień wyleczono dopiero w lutym 2008 r., w szpitalu na Solcu, kiedy okazało się, że trzeba zrobić przetokę do odleżyny, której nabawiłem się w Drożdżówce. Mięsień w barku do dziś jest niesprawny.

W Drożdżówce dorobiłem się dwu odleżyn, prawdopodobnie przeszedłem zapalenie trzustki i rozregulowano mi przewód pokarmowy. Po dwu i pół roku pobytu w Drożdżówce przeniosłem się do ośrodka MEDI-system "Konstancja" w Konstancinie-Jeziornie, licząc, że tu, bliżej ośrodków medycznych, uda mi się odzyskać sprawność i wrócić do domu.

Pomyliłem się. Ani tu, ani w Drożdżówce nikomu nie zależy na tym, aby ludzi leczyć. Wystarczy, że człowiek zajmuje miejsce, płaci za pobyt, Narodowy Fundusz Zdrowia dopłaca, ile trzeba. Zysk jest pewny, a leczenie przecież kosztuje.

Ponieważ w MEDI-systemie odmówiono mi konsultacji u lekarzy specjalistów: ortopedy, okulisty (na prawe oko nie widzę końca własnej ręki), gastrologa, napisałem skargę do Narodowego Funduszu Zdrowia. NFZ przesłał kopię mojej skargi do dyrektora ośrodka z prośbą o ustosunkowanie się do zarzutów.

Dyrektor odpisał NFZ, że miałem konsultacje zlecone przez lekarza ośrodka, a mianowicie - u lekarza specjalisty chorób wewnętrznych i nefrologa. Najzabawniejsze jest to, że lekarz zatrudniony w ośrodku, specjalista chorób wewnętrznych i nefrolog, to jedna i ta sama osoba. Nigdy nie miałem problemów z nerkami, więc po co mi konsultacja u nefrologa?

Był jeden skutek mojej skargi, dyrektor zaproponował mi opuszczenie ośrodka, skoro mi się tu nie podoba i nie akceptuję metod i obowiązujących standardów. Sugerował też, abym leczył się prywatnie.

Korespondencję z NFZ pokazałem jednak lekarzowi ośrodka z propozycją, aby zażądał od dyrektora potrójnej pensji, skoro pracuje na trzech etatach. Trochę się wkurzył, a może też i trochę przestraszył, w każdym razie zlecił mi badania krwi i moczu, a także skierował do STOCERA na konsultacje u ortopedy.

W sanitarce pojechała ze mną, też na konsultacje, pewna starsza pani. Sanitariusze poszli załatwiać formalności. Po chwili wrócili i oświadczyli, że pani nie będzie przyjęta, bo była już leczona gdzie indziej, a mnie zapytali, kiedy zaczęły się moje problemy z barkiem. Odpowiedziałem, że 35 miesięcy temu. Na to powiedzieli: odpada, zdarzenie musi być świeże, miesiąc, najdalej dwa miesiące temu, inaczej wracamy. Ponieważ zależało mi na leczeniu, zgodziłem się na kłamstwo. Lekarzowi powiedziałem, że zerwałem mięsień miesiąc temu, a on nawet nie kazał mi się rozebrać. Obmacał bark przez polarową bluzę i zimową kurtkę, kazał założyć rękę za głowę i po badaniu. Stwierdził, że rentgen nie jest potrzebny, poprosiłem o USG, to też nie było potrzebne, a jak chcę, to mogę zrobić prywatnie. Lekarz zapisał leki przeciwzapalne i zalecił ćwiczenia. Kontrola za dwa miesiące.

Rzecz w tym, że ja tę rękę ćwiczę sam, codziennie, od 35 miesięcy, i praktycznie bez rezultatów.

Chcę wrócić do domu!

NFZ brakuje pieniędzy na wszystko, ale płaci lekarzom za wizyty, a nie za leczenie. Dopłaca też do mojego pobytu w ośrodkach, ok. 2000 zł miesięcznie. Przez 35 miesięcy dopłacił kilkadziesiąt tysięcy złotych. Gdyby lekarz pierwszego kontaktu postąpił jak powinien, nie zerwałbym mięśnia w barku i koszt leczenia byłby znikomy w porównaniu z tym, ile dotąd kosztowałem NFZ i ile będę nadal kosztował, o ile ktoś nie ruszy głową i nie zaczną mnie leczyć!

Teoretycznie mogę żyć jeszcze nawet 20 lat, ale jeśli szybko nie uda mi się odzyskać sprawności i wrócić do domu, to z upływem czasu powrót stanie się niemożliwy. A wtedy dalsze życie też nie.

Już blisko trzy lata tułam się po zakładach opiekuńczo-leczniczych i dobrze poznałem życie w nich. Mam niesprawne ciało, ale sprawny umysł, widzę, słyszę i czuję. Jeśli mam zachować szacunek dla samego siebie, to wolę śmierć niż życie na warunkach, jakie narzucają te instytucje.

Mógłbym o moich doświadczeniach napisać książkę, ale wolę ten czas przeznaczyć na ćwiczenie i utrzymywanie ciała w takiej sprawności, która daje szansę na wyjście z tej sytuacji. Ta wiedza każe mi też często myśleć o eutanazji jako alternatywie dla tych, którzy nie chcą na starość dać się odczłowieczyć, ubezwłasnowolnić i sprowadzić do roli dostarczyciela pewnych, stałych dochodów właścicielom zakładów opiekuńczo-leczniczych. Tylko czy Polskę stać na takie uczciwe rozwiązanie?

Zobacz także