Bóg otworzył mi okno

Dominika Wantuch, Kraków
07.09.2010 15:27
A A A
- Od 16 lat choruję na raka jądra. Na szpitalnych korytarzach spotkałem inteligentnych facetów z jądrami wielkości arbuza, którzy wciąż twierdzili, że są zdrowi. To właśnie znaczy chorować po męsku

Prosimy o listy. Spróbujmy wspólnie ułożyć antyrakowy poradnik dla zdrowych i chorych - najprawdziwszy, bo osobisty: leczyc@wyborcza.pl



Na oddziale było ich wtedy dziewięciu. Wszyscy młodzi, pełni życia i planów. Wszyscy chorzy na raka jądra. Siedem lat później spośród nich żyje tylko Jacek.

- Ilu znasz mężczyzn chorych na raka jądra? - pyta mnie.

Jedyny, który przychodzi mi do głowy, to kolarz Lance Armstrong.

- Takich mężczyzn są w Polsce tysiące. Ale prawie nikt się nie przyzna. Ci, którzy zostali wyleczeni, nie chcą o chorobie rozmawiać. Ci, którzy są chorzy, nie wiedzą, co robić. Bo rak jądra to tabu. Tabu i niewiedza, które zabijają. A w Polsce chorować po męsku to milczeć - mówi.

Jacek na raka jądra choruje od 15 lat. I chce o tym mówić głośno.

Pierwszy wyrok

Zaczęło się od bólu kręgosłupa. Jacek zrobił rentgen. Wyniki bez zarzutu. Kręgosłup nieco skrzywiony, więc wyjaśnienie bólu jak na zamówienie. Ale ból się nasilał. Trafił na USG brzucha, a z wynikami prosto na salę operacyjną.

- Nikt mi nic nie wyjaśniał, nie tłumaczył, 1,5 godziny później byłem po usunięciu prawego jądra.

Rak! To brzmiało wówczas egzotycznie. Nikt nie mówił o nim głośno. Lekarz nie proponował żadnego leczenia, nie dał nadziei na życie. Wydał tylko wyrok: rak jądra z przerzutami do płuc i wątroby, i powiedział do mojej mamy: "Niech pani się modli".

Jacek trafił do Centrum Onkologii w Krakowie. Dostał 13 serii chemii. - Za każdym razem, idąc na kolejną, dostawałem furii, że muszę patrzeć, jak każda kropla płynu zabija mnie po to, żebym mógł żyć.

Ale raka jądra pokonał. Pierwszy raz w czerwcu 1996 r. - Znów zobaczyłem słońce - wspomina.

Wrócił do domu. Zapomniał o chorobie: - Była tylko radość. Nawet przez moment nie wątpiłem, że jestem zdrowy i szpitalna rzeczywistość to przeszłość.

Poznał Anię.

Ania: - Wiedziałam, że Jacek miał raka. Ale to było abstrakcyjne. Co przeszedł, zrozumiałam, gdy przeglądałam historię jego choroby. Przypadkiem. Jechaliśmy samochodem. Czytałam ją i cierpłam. Pierwszy raz pomyślałam, że przecież może mieć nawrót, ale szybko te myśli wyparłam.

Mężczyzn zabija wstyd

Jacek podczas konsultacji w przychodni zostawił ulotki z informacjami o raku jąder, jego objawach, badaniach. - Na drugi dzień dostałem telefon od kierowniczki, że mam zabrać z przychodni pornografię! - opowiada.

- Brak wiedzy o raku jąder wiąże się z tabu seksualności. Bo w Polsce męska sfera płciowa jest wyklęta - uważa dr Wojciech Rogowski z Kliniki Urologii i Urologii Onkologicznej Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA w Warszawie.

O raku jąder milczy się dziś tak, jak milczano kilka lat temu o raku piersi czy szyjki macicy. Tabu przełamały Amazonki. O chorobie mówiły znane aktorki, profesorki, artystki. - Z mężczyznami jest trudniej, bo oni się wstydzą - twierdzi dr Rogowski.

We Francji o raku prostaty zaczęto rozmawiać, gdy zachorował prezydent Mitterrand. W Polsce nie ma autorytetu, który chciałby opowiedzieć o raku jąder. Rak płuc? Proszę bardzo. Rak jelita? Nie ma sprawy. Ale rak jąder?

Rzadką odwagą wykazał się Romuald Wicza-Pokojski, dramaturg, który o swojej chorobie opowiedział w "Gazecie" w listopadzie ub.r.

- Żeby raka jądra leczyć, trzeba go zdiagnozować. A żeby go zdiagnozować, trzeba wpajać wiedzę o nim dzieciom od najmłodszych lat. Stawiamy na edukację. I mam tu na myśli także edukację wśród lekarzy pierwszego kontaktu - przekonuje dr Rogowski.

Bo lekarze rodzinni, choć powinni, nie badają młodych chłopców w kierunku raka jąder. Nie mówią o chorobie, o objawach, nie sugerują samobadania. A raka jądra wykryć można bardzo łatwo.

Rocznie w Polsce choruje na to ok. tysiąca mężczyzn. I choć jest to najczęstszy nowotwór złośliwy wśród mężczyzn między 20. a 24. rokiem życia, to jest też jednym z najlepiej leczonych. Nawet późno wykryty jest w pełni wyleczalny u 70 proc. pacjentów. Jacek znalazł się wśród tych pozostałych 30 proc.

Wyciąć muchę z pajęczyny

Mówi się, że jeśli człowiek zwycięży raka i nie ma nawrotów przez pięć lat, to jest zdrowy. Jacek nawrotów nie miał przez lat osiem. Pojawiły się dwa lata po ślubie z Anią.

Październik 2003. Jacek wychodzi z gabinetu lekarskiego. - Mam nawrót raka - mówi do Ani. Dla niej to pierwsze spotkanie z chorobą. Myśli plączą się po głowie: dlaczego my? Dlaczego teraz? Dlaczego los nas tak doświadcza?

Tego samego dnia Jacek dostaje dawkę chemii. Potem przez pół roku jeszcze pięć. I przypomina sobie to wszystko, o czym udało mu się zapomnieć przez ostatnie lata. Wraca wspomnieniami do 1996 r. Na oddziale było ich wtedy dziewięciu. Wszyscy młodzi, pełni życia i planów. Wszyscy chorzy na raka jądra. Siedem lat później spośród nich żyje tylko Jacek.

Ma przerzuty do otrzewnej. Kolejne serie chemii. Zero rezultatów. Operacja. Nieudana.

Wtedy słyszy od lekarza: nasze możliwości leczenia się skończyły. Nie możemy nic więcej zrobić.

- To był drugi wyrok śmierci.

W warszawskim Centrum Onkologii w ciągu czterech lat Jacek przechodzi sześć operacji.

I znów na przemian: strach, rezygnacja, nadzieja, wiara. - I natrętne myśli o dziecku, którego tak bardzo pragnęliśmy, a którego nie mogliśmy mieć - mówi Jacek.

- Pewnego dnia lekarz opisał mi, na czym polega kolejna operacja. "To tak, jakby wyciągać muchę z sieci pająka i tej sieci nie uszkodzić". Pomyślałem: to niemożliwe.

Chemia, operacje, badania... Korytarz warszawskiego Centrum Onkologii, sala operacyjna, gabinet lekarski - drugi dom.

Ania: - Strach, poczucie bezsilności, ból, złość. Znów szpital, kolejna operacja. Znów nieudana.

Dopiero w październiku 2008 r., podczas ósmej operacji, udało się tę zmianę nowotworową wyciąć.

Dzieci, o których lekarze kazali zapomnieć

Najpiękniejsza chwila w życiu Jacka: 9 lipca 2008 r. Na świat przychodzą Ola i Szymon, bliźniaki. Dzieci, o których lekarze kazali im zapomnieć.

W klinice niepłodności cztery lata wcześniej też nie zostawili żadnych złudzeń: "Jacek ma azoospermię, czyli całkowity zanik plemników. Nie macie państwo szansy na dziecko, bo po tej ilości chemii, którą pan wziął, nasienie nigdy się nie odbuduje".

Ania: - Długo trwało, nim się z tym pogodziliśmy. Ale to nie była rezygnacja.

W Dzień Dziecka trzy lata później Ania wysyła Jacka na badania nasienia jeszcze raz. Razem jadą po wyniki.

Lekarz: - Ma pan trochę zdrowych plemników. Zdarzył się cud.

Jacek: - Poczułem, jakbym przez moment dotknął Boga.

Wraca nadzieja

Gdy wydaje się, że Jacek jest już zdrowy, rak zaczyna gwałtownie odrastać. Narodowy Fundusz Zdrowia odmawia refundacji niestandardowej chemioterapii. Ania pierwszy raz myśli, że trzeba znaleźć sposób na codzienność bez Jacka, oswoić się z tym, że odejdzie. Jacek myśli o szybkiej spłacie długów, żeby rodzina nie miała kłopotów, kiedy go zabraknie.

Ale rezygnacja trwa krótko. Znajdują klinikę w Nowym Jorku. Zbierają pieniądze w kościołach i pod centrami handlowymi. Organizują aukcję, przyjaciele wpłacają pieniądze na specjalne konto. Jacek leci do Nowego Jorku. Dostaje dwie serie chemii.

- W czasie, gdy ja czekałem na kolejną chemię, Ania nocami siedziała w internecie, szukając nowych metod leczenia i wertując książki. Nową nadzieję znaleźli w Gdańsku. Jedyny ośrodek w Polsce, który wykonuje zabieg chemioterapii dootrzewnowej w hipertermii (z ang. HIPEC). Do tej pory HIPEC stosowano tylko przy przerzutach raka jelita grubego i żołądka do otrzewnej. Jacek jest pierwszym pacjentem z rakiem jądra z przerzutami do otrzewnej, które pojawiły się po wycięciu nerki.

- Po raz kolejny, gdy wydawało się, że nasze drzwi zostały zamknięte, Bóg otworzył okno. Zdarzył się kolejny cud - mówi Ania.

Jacek: - To jeszcze nie koniec, ale od dawna nie miałem takich dobrych wyników badań. Odzyskałem na nowo nadzieję. Chcę żyć.

ZOBACZ TAKŻE