Zoperować chorą na HIV narkomankę? Bezcenne

Wysłuchała Agnieszka Domanowska
11.12.2009
A A A
Chcemy znaleźć i nagrodzić lekarzy, którzy leczą człowieka, nie tylko chorobę. Trzeba o nich zacząć wreszcie mówić! Wyciągnąć z ostatnich rzędów! - mówi Ewa Kanigowska-Gedroyć, fundatorka Nagrody im. dr. Krzysztofa Kanigowskiego.

Jak potraktowano Ciebie lub Twoich bliskich? ''Po ludzku'' czy raczej jak przedmiot? Czekamy na Wasze listy. Napisz: leczyc@wyborcza.pl



- To trudne i wciąż bardzo bolesne. Umarł rok temu - 10 listopada. Pojechał do Warszawy na kolejną operację - miał poważne problemy naczyniowe. Wiedzieliśmy wszyscy, że sytuacja jest niełatwa, ale nikt nie pomyślał nawet przez chwilę, że to się tak skończy. Nastąpiły powikłania pooperacyjne i tata już się nie obudził. Musiałam się z nim pożegnać nagle i nie byłam na to gotowa. Nigdy nie jesteśmy gotowi na rozstanie z kochającymi rodzicami.

Był chirurgiem, miał fioła na punkcie pomagania ludziom i leczenia. Jako lekarz był osobą niezwykle charyzmatyczną, choć nie dbał o to, jak jest postrzegany. Jego postawa w dużej mierze wynikała ze skromności i z przekonania, że są rzeczy ważniejsze i mniej ważne. Te najważniejsze to dobro pacjenta, dobro ludzi rozumiane jako wyzdrowienie oraz ulżenie w cierpieniu. Traktował pacjentów z szacunkiem, uważał, że poszanowanie godności i taktowne zachowanie się są elementarnymi cechami obyczaju i efektywnymi aspektami terapii medycznej.

To, jakim był człowiekiem, w dużej mierze wyniósł z rodzinnego domu. Jego ojciec też był lekarzem, niezwykle szanowanym profesorem neurologii. Obaj moi dziadkowie, ten ze strony ojca i ten ze strony mamy, pochodzili z Kresów, a konkretnie z Wilna. Ojciec mamy to znany chirurg Adam Dowgird. Moja mama - zresztą - też była lekarzem, chirurgiem dziecięcym.

Dziadkowie trafili do Białegostoku po zmianie granic Polski i musieli zaczynać wszystko od początku. W domu dziadków wszyscy hołdowali wartościom niepodważalnym, podstawowym. Uczciwość czy pomoc drugiemu człowiekowi były oczywiste i bezdyskusyjne. Ja jako dziecko nie miałam łatwego życia. Nie było skrótów i kompromisów. Ojciec rzeczy nazywał po imieniu. Łapówka to łapówka, a kłamstwo to kłamstwo.

Był ordynatorem Oddziału Chirurgii Szpitala Wojewódzkiego w Białymstoku. Był też przeszczęśliwy, że w Polsce skończył się komunizm. Wszystko, co było potem, było łatwiejsze i lżejsze, niż przed rokiem 89. I, jak potrafił, starał się swój oddział zmieniać na lepsze.

Musiał, niestety, przejść na wcześniejszą emeryturę, bo w swojej pracy zaraził się wszystkim, czym można było się zarazić. Nie miał tylko HIV. Pamiętam taką historię z początków pojawienia się AIDS w Polsce. Na oddział trafiła pacjentka, której nikt nie chciał operować - narkomanka w ciąży z zapaleniem wyrostka robaczkowego. Odsyłano ją z miejsca na miejsce, jeden lekarz się bał, inny nie mógł. Ojciec nie zastanawiał się nawet sekundy - założył podwójne rękawiczki, gogle, i zoperował.

Zaraził się żółtaczką typu B, gruźlicą. Leki, które brał przeciw gruźlicy, spowodowały ogromne wyniszczenie nerek, na domiar wszystkiego chorował na reumatoidalne zapalenie stawów. To bardzo przeszkadzało mu operować. Nie pomagały gigantyczne ilości leków, musiał zrezygnować ze skalpela i ze stołu operacyjnego, ze swojej ukochanej chirurgii.

To, że przeszedł na emeryturę, nie oznaczało, że zrezygnował z pracy. Robił rzeczy, o których ani ja, ani najbliżsi nie mieliśmy pojęcia. Na przykład udzielał się w hospicjum. Nigdy nam o tym nie mówił.

Co roku dostawał bilion kartek na święta. Od wdzięcznych pacjentów. Na jego pogrzeb przyszły tłumy ludzi, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Przypuszczam, że w większości byli to jego pacjenci.

Gdy odszedł - najpierw strasznie się zezłościłam. Po pierwszym szoku doszliśmy do wniosku, że trzeba zrobić coś, aby żal i rozpacz przekuć w coś pozytywnego. Odszedł człowiek, ale nie mogliśmy pozwolić, aby to, co zrobił, zniknęło ze świata, żeby przepadło. Powołaliśmy nagrodę jego imienia. I od razu otrzymaliśmy wsparcie od wielu ludzi, w tym od fundacji Nie biorę, Chcę Normalnie Zarabiać, która stanęła na głowie, żeby nam pomóc. Pragnę im wszystkim bardzo podziękować.

W tej chwili wizerunek lekarza i jego reputacja są zrujnowane. Doszło do dewaluacji zawodu, a w wielu konkretnych sytuacjach do kompromitujących, szkodliwych i karalnych zachowań. Potrzebne są więc działania naprawcze! Tak działałby mój ojciec. Naprawiał ciała, a poprzez to życie ludzi.

Mój ojciec nie był jedyny - znam wielu wspaniałych lekarzy, o których niewiele wiadomo, którzy działają, żyją i leczą, tak jak mój ojciec. Trzeba o nich zacząć wreszcie mówić! Wyciągnąć z ostatnich rzędów!

"Chcemy znaleźć i nagrodzić lekarzy, którzy leczą człowieka, nie tylko chorobę" - piszemy w Liście Założycielskim o ustanowieniu nagrody. Jestem przekonana, że w chorym świecie naszej służby zdrowia są jeszcze "takie moje taty".



Dr Krzysztof Kanigowski (1942-2008) w latach 2001-06 kierował Oddziałem Chirurgii Szpitala Wojewódzkiego im. J. Śniadeckiego w Białymstoku

Do Nagrody im. Krzysztofa Kanigowskiego można zgłaszać lekarzy pracujących na terenie Podlasia. Pisemne zgłoszenia kandydatów można składać do 31 stycznia 2010 roku.

Więcej informacji, jak również formularz zgłoszeniowy, można znaleźć na stronie internetowej www.doktorkanigowski.pl