Jaka przyszłość "zawodowców"

BARTOSZ SENDROWICZ
25.05.2016 11:16
A A A
Młodzi już wybierają zawodówki i technika chętniej niż licea. Ale wiele jest jeszcze do zrobienia, byśmy kształcili "zawodowców" tak sprawnie jak Niemcy czy Austriacy.
----------

ROZMOWA Z ARTUREM DZIGAŃSKIM

ekspertem ds. szkolnictwa zawodowego, byłym małopolskim kuratorem oświaty

----------

Bartosz Sendrowicz: Wizerunek szkolnictwa zawodowego ciągle trzeba ocieplać?

Artur Dzigański: Trzeba, choć uważam, że w tej kwestii dużo zostało już zrobione. Taki był cel akcji informacyjno-promocyjnej "Rok szkoły zawodowców" prowadzonej przez MEN w 2015 r. Mierzalne efekty są takie, że po raz pierwszy od wielkiej reformy oświaty, czyli od roku 1999, więcej uczniów wybiera technika i zasadnicze szkoły zawodowe niż licea ogólnokształcące. Można więc powiedzieć, że ten efekt promocyjny został osiągnięty. W samym kształceniu "zawodowców" jednak jest jeszcze sporo do zrobienia.

Co konkretnie należy poprawić?

- Trzeba zadbać o to, by szkoły miały ofertę edukacyjną odpowiadającą realnym potrzebom rynku pracy. Czyli kształciły młodych w zawodach, na które faktycznie będzie zapotrzebowanie, gdy oni skończą szkołę, a nie w tych, które są dla szkoły wygodne. Żeby tak się jednak stało, dyrektorzy muszą bardzo dobrze znać specyfikę regionalnego rynku pracy, potrzeby pracodawców.

Prognozowanie zawodowe w Polsce leży. Skąd dyrektor ma wiedzieć, ilu ślusarzy będzie potrzebnych w jego regionie?

- Są przecież przygotowywane co roku przez resort rodziny, pracy i polityki społecznej listy zawodów deficytowych i nadwyżkowych. Dosyć dokładnie pokazują, jakich pracowników szukali pracodawcy, i to z rozbiciem na regiony.

Do tego dodać należy badania i analizy wojewódzkich obserwatoriów rynku pracy oraz informacje zebrane od pracodawców, z którymi dyrektorzy powinni współpracować.

Oczywiście, że dokładne prognozowanie jest niemal niewykonalne, ale łącząc te trzy źródła informacji, można już wyczytać pewne rynkowe tendencje.

Brzmi łatwo, ale na tym chyba nie koniec?

- Zdecydowanie nie. Szkoły muszą też ściślej współpracować z pracodawcami. Dyrektor powinien wiedzieć, jakich pracowników oczekuje firma, a firma - kogo kształcą lokalne szkoły zawodowe i technika.

Na razie stan tej współpracy pozostawia wiele do życzenia. Obie strony często sobie nie ufają, a bez ich współpracy nigdy nie uda się dobrze prowadzić kształcenia dualnego [cześć teoretyczna jest realizowana w szkole, a praktyczna u pracodawcy]. Taki model sprawdził się w Niemczech, Austrii czy Szwajcarii - krajach podawanych za wzór kształcenia "zawodowców".

Tam za naukę praktycznej części zawodu prawie w całości odpowiadają firmy. Oczywiście wymaga to odpowiedniego przygotowania z ich strony. Muszą np. oddelegować do pracy z uczniami własnych pracowników. Ale w konsekwencji dostają nowych, mających aktualne i potrzebne umiejętności. Kształcenie dualne skutecznie zmniejsza problem niedopasowania kompetencyjnego, akurat dość powszechny w naszym kraju.

W Polsce takie kształcenie ma przecież silną tradycję. Nagle przestało to działać?

-Rzeczywiście przez lata funkcjonowały u nas szkoły przy dużych zakładach produkcyjnych i szkolenie dualne szło pełną parą. Na to, że od niego częściowo odeszliśmy, złożyły się m.in. kryzys szkolnictwa zawodowego i dużego przemysłu. Ogólna niechęć do zawodówek, traktowanie ich jako opcji ostatniego wyboru to najgorszy z możliwych skutków ubocznych reformy oświaty.

Na szczęście po latach kształcenia młodych w niepotrzebnych zawodach doszliśmy do wniosku, że kształcenie dualne jednak działa. I jest korzystniejsze dla uczniów i całej gospodarki.

Rząd też doszedł do tych wniosków. Zapowiada wielką reformę szkolnictwa zawodowego, w tym wsparcie kształcenia dualnego.

- I to dobry kierunek, choć do konkretnych planów rządu łatwiej będzie się odnieść po 27 czerwca, kiedy zostaną oficjalnie zaprezentowane. Na razie wiemy, że obszar szkolnictwa zawodowego będzie dla resortu edukacji priorytetem.

Same regulacje prawne dotyczące kształcenia dualnego są niezłe. Niestety, w tworzenie podstaw programowych, które są fundamentem kształcenia, ciągle nie są zaangażowani pracodawcy. I to musi się zmienić.

Dziś cała droga legislacyjna wygląda tak: o wprowadzenie nowej profesji do klasyfikacji zawodów wnioskuje konkretny minister, jeśli np. chodzi o zawód z branży rolniczej, to szef resortu rolnictwa kieruje propozycje do ministra edukacji narodowej. Ten z kolei rozpatruje wniosek i szykuje podstawę programową. Przedsiębiorcy przez zrzeszenia pracodawców czy organizacje i związki branżowe powinni brać w tym procesie udział.

Za granicą pracodawcy współtworzą podstawy programowe?

- Tak, i są dzięki temu znacznie bliżej problemu. Dokładnie wiedzą, czego mogą oczekiwać od uczniów, ale jest też jasne, jakie mają wobec nich obowiązki. To naturalne w sytuacji, gdy za kształcenie zawodowe odpowiadają dwa podmioty - szkoła i pracodawca. I jeden, i drugi powinny mieć realny wpływ na to, jakie treści znajdą się w dokumencie opisującym efekty kształcenia w zawodzie.

Jaką jeszcze rolę powinni odgrywać przedsiębiorcy w kształceniu "zawodowców"?

- Bardzo ważne, żeby włączyć ich także w doradztwo edukacyjno-zawodowe. W tym przypadku też mamy niezłe prawo i... nie najlepsze wykonanie.

Zgodnie z treścią rozporządzenia o pomocy psychologiczno-pedagogicznej doradztwo powinno być prowadzone od gimnazjum. Niestety, nie jest to normą, podobnie jak angażowanie w nie rodziców i pracodawców.

Ostatecznie to doradca decyduje, w jakich formach doradztwo jest prowadzone [lekcje albo konsultacje dla uczniów] i w jakim zakresie skorzysta z pomocy czynników zewnętrznych.

Doradcy powinni więc nie tylko znać potrzeby rynku pracy, ale też mieć kontakty z lokalnymi pracodawcami. Właśnie po to, by włączać ich w proces podpowiadania młodym, jaką ścieżkę kariery wybrać.

I wcale nie chodzi o czasochłonne angażowanie tych firm. Wystarczy, że zakład pracy zorganizuje wycieczkę dla uczniów albo jego przedstawiciel pojawi się w szkole i opowie, na czym polega zawód, jakie są wymagania wobec kandydatów i jakie są perspektywy rozwoju.

A dyrektorzy szkół? Jaka jest ich rola w poprawie jakości kształcenia?

- Ogromna! Dyrektor powinien być dobrym menedżerem, widzieć swoją szkołę w otoczeniu społeczno-gospodarczym. Musi też umieć inicjować pewne działania. Tymczasem zdarza się, że dyrektorzy nie współpracują z pracodawcami, bo... żaden się do nich nie zgłosił.

A przecież nie da się stworzyć dobrej szkoły w oderwaniu od całego regionu i jego gospodarki. Jeśli szkoła nie znajdzie się w tym systemie, to nie uda się jej przygotować odpowiedniej oferty edukacyjnej i wykształcić pracowników potrzebnych lokalnemu biznesowi. Co sprawi, że młodzi nie będą nią w ogóle zainteresowani.

Bardzo ważna jest też aktywność dyrektorów w pozyskiwaniu środków unijnych. W latach 2014-20 na kształcenie zawodowe Unia przeznaczyła aż miliard euro. Ponad 900 milionów z tej kwoty jest u marszałków, czyli w regionach. Dyrektorzy muszą wiedzieć, jak po nie sięgnąć, bo to ogromna szansa rozwojowa. Pieniądze mogą zostać przeznaczone na doposażenie pracowni czy rozwój omawianego już kształcenia dualnego, ale też - po raz pierwszy w historii - na doskonalenie zawodowe nauczycieli, np. kursy u pracodawców.

Zdarza się bowiem, że nauczyciele znają zawód sprzed dziesięciu lat. Przy dzisiejszym tempie zmian technologicznych i rynkowych to szmat czasu.

Choć głównym problemem, którego niestety pieniądze unijne nie rozwiążą, pozostają niskie pensje. Nauczyciel przedmiotów zawodowych ze swoimi kompetencjami znacznie więcej zarobi na wolnym rynku...

Zobacz także

Projekt: Praca

Gospodarka potrzebuje pracowników z fachem w ręku jak kania dżdżu. Powstają nowe miejsca prayc, ale brakuje odpowiednio wykwalifikowanych młodych Polaków, którzy mogliby je zająć. Brakuje zawodowców.

Uważamy, że warto mieć konkretny zawód i do zdobycia go będziemy namawiać młodych w tej edycji akcji społecznej "Gazety Wyborczej" - "Projekt: Praca".