Felieton na piątek. Rura

Dariusz Kiełczewski, profesor Uniwersytetu w Białymstoku
15.04.2016 13:00
A A A
Zatkała mi się rura pod zlewem. Świadomy faktu, że użycie wiertarki jest dla mnie abstrakcją, zajrzałem do wujka Google i oczom moim ukazała się superprofesjonalna strona z usługami hydraulicznymi. Skorzystałem z niej i już następnego dnia przybył sympatyczny pan w stroju fana Nirvany, który wysiadł z efektownego vana, zajrzał pod zlew, wyjął jak colta elektryczną sprężynę i z miejsca zaczął czyścić.
Pofurczało, sprężyna uległa nieodwracalnemu uszkodzeniu, rura dalej była zatkana.

Trochę zdziwiony, ale niezrażony tym fachowiec otworzył skrzyneczkę, wyjął z niej dwa plastikowe pojemniki i powiedział "to są amerykańskie środki do przepychania rur, strasznie drogie, bo tam używają ich do udrażniania rur w hotelach i restauracjach, jak to nie pomoże, to już nic".

Wsypał do rury z większego, potem z mniejszego, zalał wszystko wrzątkiem. Z rury buchnęło parą. Fachowiec odskoczył, poprosił o otwarcie okna i spojrzał z zakłopotaniem na lewe przedramię, na którym pojawił się czerwony pęcherz, na szczęście niewielki.

Moja rura okazała się odporniejsza niż amerykańskie środki.

I wtedy powiedziałem, że warto sprawdzić, którędy biegną rury do kanalizacji. Fachowiec zmarszczył brwi, jakby pomyślał "że też na to nie wpadłem", poszliśmy do piwnicy, oczom naszym ukazała się plątanina rur. Fachowiec spojrzał na to ze strachem i... lekką ironią

- Ale ktoś to panu spartolił - stwierdził. I dodał, że tu potrzeba przemysłowego sprzętu, a w ogóle to trzeba przerobić całą instalację, ponieważ ciągle będzie się zatykać. Pokazał, jak ta instalacja ma wyglądać, oszacował ją na coś ze dwa tysiące, powiedział, żebym się śpieszył z decyzją, ponieważ on prawie nie ma wolnych terminów, więc mogę czekać nawet miesiąc, zainkasował dwieście złotych i zostawił mnie z zatkaną rurą. Oraz przekonaniem, że mój dom projektował jakiś partacz, oraz perspektywą kosztownego remontu z atrakcjami typu przebijanie się przez ściany.

***

Kiedy ochłonąłem, pomyślałem, że coś tu nie gra. Ów sympatyczny pan zastosował wobec mnie wszystkie najprostsze marketingowe sztuczki. Porządna witryna w internecie, porządne auto ("stać mnie, więc dobrze zarabiam, co znaczy, że się znam na swojej pracy"), efektowny sprzęt i czary mary w postaci cudownego proszku, sugestia deficytu usług na zasadzie "łap pan okazję, póki jeszcze można" oraz dwie stówy właściwie za nic. Poszedłem więc do sąsiada i zapytałem, czy zna dobrego hydraulika. Znał.

Nazajutrz przyjechał standardowym dostawczakiem starszy pan w niemodnych okularach ubrany w przybrudzony roboczy kombinezon. Dokładnie obejrzał moje splątane rury, niczemu się nie dziwił, potem sprawdził, czy da się przepchnąć je sprężyną (nie dało się), potem porozłączał wszystkie rurki, każdą dokładnie wyczyścił, do tego, czego nie dało się odłączyć, podłączył wąż z wodą, przepłukał, wymienił kilka części, zmontował wszystko, sprawdził, czy odpływ działa. Działał, więc starszy pan zainkasował sto pięćdziesiąt złotych i zanim wyszedł, stwierdził " niech czyści syfon, bo to podstawa. I przepraszam za słowa na k, ale już tak mam". Byłem w szoku. Gdzie przemysłowy sprzęt i kucie ścian?

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Przecież zatkane rury w moim domu to nie jest temat na felieton. Otóż w ten sposób życie nauczyło mnie, że absolutnym priorytetem w naszym kraju powinien być rozwój szkolnictwa zawodowego. Nie mam pretensji do tego młodego fachowca, który zna się na marketingu, ale odrobina komplikacji w wykonywaniu zawodu hydraulika uczyniła go prawie bezradnym. Prawie, ponieważ rozwiązanie znalazł tyle, że bardzo kosztowne. Lecz przecież o wiele łatwiej jest u nas nauczyć się zawodu marketingowca niż hydraulika.

***

Szkół zawodowych jest jak na lekarstwo, a te, które są rodzice i szanujący się nauczyciele omijają jak zarazę. Nawet przez chwilę zatęskniłem za starym socjalistycznym systemem nauczania, w którym studia były dla elit, a mniej zdolni trafiali do zawodówek, a czasem też technikum. Może nie wiedzieli, co to jest średniówka albo prawa Gossena, ale wiedzieli, jak poradzić sobie z zatkanymi rurami.

Obawiam się, że mój młody fachowiec zapewne nauczył się prawie wszystkiego, co umie, w praktyce, ciężko pracując za oceanem, gdzie rzeczywiście zwykle, gdy nie da się czegoś naprawić z użyciem dostępnego sprzętu, trzeba przerobić na koszt klienta, co przysporzy zresztą więcej zarobku. Wystarczy przekonać klienta, że nie ma innej opcji. Tego pewnie też go na studiach uczyli.

Starszy pan zapewne nie ma pojęcia o marketingu, witryny internetowe, a może i sam internet to dla niego abstrakcja, ale pewnie ukończył staromodną zawodówkę ewentualnie technikum i wie, że nie ma takiej rury na świecie, której się nie da odetkać.

I że trzeba po prostu być profesjonalistą zamiast robić wokół siebie atmosferę profesjonalizmu.

Zobacz także

Projekt: Praca

Gospodarka potrzebuje pracowników z fachem w ręku jak kania dżdżu. Powstają nowe miejsca prayc, ale brakuje odpowiednio wykwalifikowanych młodych Polaków, którzy mogliby je zająć. Brakuje zawodowców.

Uważamy, że warto mieć konkretny zawód i do zdobycia go będziemy namawiać młodych w tej edycji akcji społecznej "Gazety Wyborczej" - "Projekt: Praca".