Komputer, nie młotek

Michał Frąk
30.03.2016 11:08
A A A
Młodzi pracownicy polskiego oddziału francuskiej firmy Veolia. Godzinowe koszty pracy we Francji to ponad 35 euro. W Polsce to tylko 8,6 euro.

Młodzi pracownicy polskiego oddziału francuskiej firmy Veolia. Godzinowe koszty pracy we Francji to ponad 35 euro. W Polsce to tylko 8,6 euro. (MARCIN STĘPIEŃ)

Po szkole zawodowej łatwiej o pracę i dobre zarobki. Zmieniła się też sama praca. Mechaników umorusanych po łokcie w smarze zastąpili specjaliści obsługujący komputery
Sala gimnastyczna Gimnazjum nr 17 w Łodzi przy ul. Traktorowej powoli wypełnia się rodzicami. Zaprosiła ich dyrektor szkoły. Przed każdym trudne zadanie. Za chwilę ich dzieci przyjdą po radę: jaką wybrać szkołę? Zdecydowana większość kończących gimnazja kieruje się właśnie podpowiedziami rodziców. Tak mówi doradca zawodowy zaproszony przez dyrekcję.

Wybór nie jest łatwy. Na korytarzu minitargi edukacyjne. W niżu demograficznym szkoły muszą się nieźle nagimnastykować, by przyciągnąć wystarczającą liczbę chętnych. Próbują ich zachęcić na różne sposoby. Otwierają klasy np. mundurowe czy dziennikarskie - to licea. Technika i zasadnicze szkoły zawodowe przyciągają dobrym wyposażeniem w pracowniach i bliską współpracą z pracodawcami.

Doradca, kończąc wystąpienie przed rodzicami, mówi: - Proszę dokładnie sprawdzić, czy szkoła kończy się egzaminem zawodowym. Tylko on daje potem uprawnienia do wykonywania fachu. Po jego wypowiedzi mikrofon wędruje do przedstawicielki firmy Veolia, która wytwarza i dostarcza ciepło, z którego korzysta około 60 proc. łodzian.



- Zatrudniamy w Łodzi ponad tysiąc pracowników. W ciągu najbliższych pięciu lat wielu z nich przejdzie na emerytury. Potrzebujemy młodych, zdolnych ludzi - zachęca Małgorzata Kamińska z łódzkiej Veolii.

Z takim komunikatem do młodych firmy występują w wielu miastach. I efekty już widać, bo trzeci rok z rzędu ponad połowa gimnazjalistów postanowiła kontynuować naukę w technikum lub szkole zawodowej.

Tak dziś wygląda nauka w technikum



Chcę tu pracować

Małgorzata Kamińska nie mówi długo. Pozwala, żeby o swojej drodze opowiedzieli ci, którzy już ją przeszli, czyli absolwenci technikum pracujący w zakładzie. Przed zgromadzonymi staje trzech młodych mężczyzn. Uśmiechnięci, pewni siebie, elokwentni. Najlepsza reklama szkolnictwa dla zawodowców.

Wojciech Jaśkiewicz, Mateusz Żułtowski i Kamil Kacprzak siedem lat temu byli w tej samej sytuacji co dzieci osób zgromadzonych na sali. Wybrali technikum i klasę z profilem elektryk o specjalności technik elektroenergetyk w Zespole Szkół Ponadgimnazjalnych nr 9 w Łodzi.

- Szukałem szkoły, która współpracuje z jakąś firmą. Teraz praktycznie wszystkie mają klasy patronackie, ale wtedy w Łodzi były tylko trzy - wspomina Mateusz.



Wtedy, czyli niemal dekadę temu, ZSP nr 9 Veolia (wtedy jeszcze Dalkia) zafundowała dwie sale dydaktyczne z nowoczesnym sprzętem wykorzystywanym przez firmę. Nauka w technikum trwa cztery lata. Na początku pierwszej klasy wszyscy uczniowie pojechali na wycieczkę do największej elektrociepłowni w Łodzi - EC4. Zobaczyli, jak produkowane są ciepło i prąd.

- Wtedy zrozumiałem, że chcę tu pracować - przyznaje Wojtek. Od drugiej klasy uczniowie mają kontakt z przedmiotami zawodowymi. Pojawiają się mierniki, oscyloskopy i inna aparatura pomiarowa.

- Dla nas to wszystko bardzo ciekawe i nowoczesne - dodaje Kamil.

W drugiej klasie chłopcy w każdą środę w ramach zajęć odwiedzali elektrociepłownię. Mieli okazję dokładniej przyjrzeć się przyszłemu pracodawcy. Zwiedzili każdy blok, poznali ciekawostki dotyczące firmy.

Wnuczek

Veolia zafundowała uczniom również pakiet kursów, z których większość kończyła się uzyskaniem certyfikatów.

- Mało kto kończy szkołę z całą teczką zdobytych uprawnień - opowiadają młodzi energetycy.

Ponadto uczniom osiągającym odpowiednie wyniki w nauce firma funduje 500 zł stypendium miesięcznie. - Aby je dostać, po prostu trzeba się dobrze uczyć - zapewniają chórem nasi rozmówcy.

Cała trójka zaraz po skończeniu szkoły dostała pracę w Veolii. I tak naprawdę wtedy zaczęła się nauka. Doświadczeni pracownicy zakładu chętnie dzielą się wiedzą z młodszymi kolegami.

- Trafiłem pod opiekę do "pana Jureczka". Dzisiaj jest już na emeryturze. Wszystkiego mnie nauczył. Traktował jak członka rodziny. Do dzisiaj niektórzy pracownicy na zakładzie EC-3 mówią na mnie "Wnuczek". Na koniec, gdy odchodził, przekazał mi swoją szafkę i notatki. To było dla mnie wielkie wyróżnienie - mówi Wojtek.



Przez trzy lata Wojtek, Mateusz i Kamil pracowali jako dyżurni elektromechanicy. W zakładzie jest mnóstwo różnego rodzaju mierników. Na jednym tylko kotle zamontowanych jest ich 7 tys. A kotłów w EC4 jest pięć. Ich zadaniem jest opiekowanie się tą aparaturą i reagowanie, gdy coś się popsuje. Niedawno awansowali na starszych dyżurnych elektromechaników.

- To większa odpowiedzialność. Do naszych obowiązków należy również dopuszczanie ludzi do pracy np. w związku z usuwaniem awarii lub przeglądami rocznymi urządzeń - mówi Mateusz.

Wszyscy studiują na Politechnice Łódzkiej. Firma pokrywa im 75 proc. kosztów i daje wolne, kiedy zajęcia wypadają w trakcie zmiany. Nie chcą powiedzieć, ile zarabiają. Mówią tylko, że są zadowoleni z warunków pracy.

Żałuję, że nie od razu

Olaf Szmejda pracuje na stanowisku specjalisty ds. zaopatrzenia w dziale utrzymania ruchu w fabryce sprzętu AGD Indesit w Łodzi, wchodzącej w skład Grupy Whirlpool. Zajmuje się zamówieniami, fakturami, przyjmowaniem i obsługą dostaw. Gdyby nie jego praca, linie montażowe miałyby duże problemy z ciągłością produkcji.

Olaf dwa lata temu skończył technikum administracyjne. Wcześniej uczył się w liceum ogólnokształcącym. Również je ukończył, ale niewiele mu to dało. Po ogólniaku nie mógł znaleźć satysfakcjonującej go pracy.

- Żałuję, że od razu nie poszedłem do technikum. Liceum plus technikum trwają pięć lat. Samo technikum cztery, a wiedza, z jaką się wychodzi, jest taka sama - opowiada.



Chłopak w technikum uczył się wszystkiego tego, czego wymaga pracodawca od zatrudnionego w biurze. Czyli pracy z komputerem, tworzenia prezentacji czy obsługi arkuszy kalkulacyjnych. Poznawał tajniki robienia analiz, uczył się podstaw prawa.

- Dobrze przygotowali mnie to tego, co teraz robię - mówi Olaf.

Jedno, czego nie dała mu szkoła, to wiedza techniczna dotycząca funkcjonowania zakładu. Tego musiał nauczyć się już po przyjęciu do pracy. Zajęło to około sześciu miesięcy. Teraz Olaf planuje dalszą naukę. Zamierza rozpocząć zaoczne studia.

- Jeszcze nie wiem, kiedy się na to zdecyduję. Upatrzyłem sobie kilka kierunków. Wszystkie dotyczą utrzymania ruchu w fabryce, czyli tego, czym się teraz zajmuję - dodaje Olaf.

Bez smaru po łokcie

W Łódzkiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej powstało do tej pory ponad 30 tys. miejsc pracy. Firmy ciągle tworzą nowe, ale narzekają, że trudno im znaleźć odpowiednich kandydatów. Jak to możliwe w regionie z ponad 10-proc. bezrobociem?

- W Europie Zachodniej zdecydowana większość młodych ludzi wybiera szkoły zawodowe. Nieliczni idą do liceów ogólnokształcących. W Polsce proporcje te przez lata były odwrócone. To miało i ciągle ma wpływ na gospodarkę. Firmy nie mogą znaleźć ludzi do pracy, bo większość młodych jest po ogólniaku. A one chcą tych, którzy mają w ręku już jakiś fach - mówi Bartosz Rzętkiewicz, dyrektor w ŁSSE odpowiedzialny m.in. za wspieranie szkolnictwa zawodowego w regionie.

Jego zdaniem, wybierając szkołę średnią, młody człowiek powinien sprawdzić, z jakimi firmami ona współpracuje. Dobrze dowiedzieć się, czy i gdzie organizowane są praktyki.

Jak mądrze wybrać ścieżkę edukacyjną?



- Trzeba odczarować szkolnictwo zawodowe. Cały czas panuje mit, że na przykład mechanik po łokcie ubrudzony jest w smarze. Tymczasem dzisiaj tacy specjaliści pracują głównie przy komputerze - opowiada dyrektor Rzętkiewicz.

Ma to odzwierciedlenie również w zarobkach. Technik mechanik zaraz po szkole może liczyć na początek na pensję powyżej 2 tys. zł na rękę. Po liceum ogólnokształcącym trudno o takie wynagrodzenie.

Zobacz także

Projekt: Praca

Gospodarka potrzebuje pracowników z fachem w ręku jak kania dżdżu. Powstają nowe miejsca prayc, ale brakuje odpowiednio wykwalifikowanych młodych Polaków, którzy mogliby je zająć. Brakuje zawodowców.

Uważamy, że warto mieć konkretny zawód i do zdobycia go będziemy namawiać młodych w tej edycji akcji społecznej "Gazety Wyborczej" - "Projekt: Praca".