"Zawodowiec" jak informatyk

Bartosz Sendrowicz
17.03.2016 13:38
A A A
Uczniowie Zespołu Szkół Gastronomicznych podczas zajęć

Uczniowie Zespołu Szkół Gastronomicznych podczas zajęć (ARKADIUSZ WOJTASIEWICZ)

W ubiegłym roku najwięcej pracy przybyło dla "zawodowców". W branżach, w których tradycyjnie pracują absolwenci szkół zawodowych i techników powstało aż 400 tys. z 600 tys. nowych miejsc pracy.
Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że najwięcej nowych miejsc pracy powstało w przemyśle oraz w firmach parających się handlem i naprawą pojazdów - w sumie ponad ćwierć miliona (113,4 tys. przypada na przemysł).

Do tego dodać trzeba 74 tys. wakatów wytworzonych przez firmy budowlane, 26 tys. - przez gastronomiczne i 35 tys. - przez przedsiębiorstwa z sektora transport i gospodarka magazynowa. Kolejne 30 tys. dorzuciły firmy zajmujące się działalnością administracyjną i wspierającą.

To wszystko branże, w których potrzebny jest fach w ręku, dlatego na rozmaitych stanowiskach i w różnych zawodach pracują w nich głównie absolwenci szkół zawodowych i techników.

Już w zeszłym roku "Wyborcza" pisała, że polska gospodarka potrzebuje 400 tys. takich osób. Gotowość do zatrudnienia tylu "zawodowców" zadeklarowali pracodawcy w rządowym badaniu Bilans Kapitału Ludzkiego. Dane GUS pokazują, że wcale nie przesadzali - zapotrzebowanie na konkretne zawody jest ogromne.



Ale strona popytowa to tylko jedno oblicze rynku pracy. Drugie, czyli podaż kandydatów, to już znacznie większy problem.

W ostatnim kwartale minionego roku w całej gospodarce wolnych pozostało 64 tys. miejsc pracy. Pracodawcy mieli gotowe stanowiska, czynili starania, by znaleźć odpowiednich kandydatów, a tych nie było. W budownictwie i przemyśle etatów do wzięcia "na już" było o 20 tys. więcej niż potencjalnych pracowników. W firmach handlowych i rozmaitych warsztatach - 12 tys. W gospodarce magazynowej i transporcie - 5,7 tys. - Wykwalifikowani pracownicy zawodowi stanowią jedną z najbardziej deficytowych grup na polskim rynku pracy - mówi Krzysztof Inglot, pełnomocnik zarządu Work Service SA. I dokonuje śmiałego porównania: - Podobną sytuację ma jeszcze tylko jedna grupa zawodowa - specjaliści z sektora IT. Oni i "zawodowcy" mogą w największym stopniu dyktować warunki firmom.

Dyplomy kosztem zawodów

Brak kandydatów już teraz spędza sen z powiek pracodawcom, bo brak załogi oznacza dla nich zmniejszoną produkcję, niższe zarobki i w konsekwencji - wolniejszy rozwój. Ale niedobory siły roboczej nie dziwią prof. Elżbiety Kryńskiej z Katedry Polityki Ekonomicznej Uniwersytetu Łódzkiego. - W Polsce osób o kompetencjach technicznych średniego szczebla po prostu nie ma, bo skąd miałyby się wziąć? - mówi ekspertka.

- Przez lata szkoły zawodowe i technika były ignorowane, a promowano kształcenie wyższe, nierzadko wątpliwej jakości. W efekcie osób o niepotrzebnych gospodarce umiejętnościach jest pełno, a tych z fachem w ręku brakuje - tłumaczy.

Faktycznie, po reformie systemu edukacyjnego w 1999 r. prywatne uczelnie zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu. Technika i zawodówki popadały tymczasem w niełaskę - niedofinansowane, nie były poważane. Z 2,1 tys. liczba tych szkół skurczyła się do 1,8 tys., a uczelni przybyło niemal trzykrotnie (ze 160 do 460). Dlatego teraz co roku pracodawcy mogą wybierać spośród 400 tys. absolwentów uczelni, w większości humanistów. A młodych z fachem w ręku jest ok. 150 tys. Na dodatek część z nich kontynuuje naukę - po zawodówce robi maturę, po technikum idzie na studia, nie można więc zatrudnić ich od razu.



Polscy pracodawcy, łatając dziury, masowo przyjmują Ukraińców. W zeszłym roku w urzędach pracy złożyli ponad 760 tys. oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy obywatelom Ukrainy. Zatrudniają ich m.in. w branżach, w których powstaje najwięcej miejsc pracy i najwięcej jest wakatów - w budownictwie i przemyśle. - Wielu z nich pracuje, bo na ich miejsce po prostu nie można było znaleźć pracowników z Polski - komentuje Krzysztof Inglot.

Filary zdrowej gospodarki

Profesor Kryńska podkreśla, że "żaden rynek pracy nie stoi wyłącznie osobami z dyplomem". - Wykształcenie zawodowe lub techniczne średniego szczebla daje wymienialne kompetencje potrzebne w każdej zdrowej gospodarce - mówi.

Zresztą najlepiej z kryzysem poradziły sobie takie kraje jak Niemcy, Austria czy Holandia. Wspólnym mianownikiem tamtejszych rynków pracy jest kształcenie dualne, w którym część nauki jest realizowana w ławach szkolnych, a część w zakładach pracy, pod okiem starszych pracowników.

Dzięki temu reakcja na zmiany koniunktury jest szybka, a ewentualne uzupełnienia w programie nauczania nie wymagają uruchamiania biurokratycznej machiny. Znika też problem niedopasowania kompetencyjnego, bo pracodawcy decydują o podstawach programowych. Sami też uczą młodych, przyjmując ich do siebie na warsztaty.



W Polsce powstały zręby takiego systemu. W zeszłym roku znowelizowano ustawę o systemie oświaty, a ówczesna minister edukacji narodowej - Joanna Kluzik-Rostkowska - rozporządzeniem uprościła zasady praktycznej nauki zawodu.

Ale to kwestie formalne. - Żeby dobrze kształcić zawodowców, potrzebna jest też bliska współpraca szkół i pracodawców - zwraca uwagę Grzegorz Ziółkowski z firmy Abplanalp, dystrybutora obrabiarek CNC marki HAAS. Jego firma dostarcza obrabiarki sterowane numerycznie do ponad 70 szkół w całej Polsce. Dzięki temu młodzi mogą się uczyć na sprzęcie, na którym potem będą pracować. Niestety, dobra współpraca szkół i biznesu jest raczej wyjątkiem niż normą. Z badań przeprowadzonych w ubiegłym roku przez WSiP wynika, że dyrektorzy szkół nie znają potrzeb pracodawców, nie kontaktują się z nimi. A pracodawcy nie wiedzą, co oferują lokalne szkoły zawodowe i technika. Słowem: obie strony mają niewiele wspólnego.

Dualna praktyka

O tym, że system dualny może jednak działać, opowiada nam 21-letni Kamil, absolwent jednego z poznańskich techników mechanicznych, które ściśle współpracuje z niemieckim producentem samochodów. Kamil od dwóch lat jest pracownikiem serwisu tej marki. - Od początku szkoły douczałem się w firmowym warsztacie, a zaraz po maturze podpisałem umowę o pracę - mówi. W październiku zaczął studia na Politechnice Poznańskiej. Po nich będzie mógł zostać kierownikiem zespołu mechaników. Pytany o wybór ścieżki edukacyjnej mówi krótko: - Strzał w dziesiątkę. To właśnie absolwenci szkół zawodowych i techników są najbardziej zadowoleni ze swojej edukacji. Z danych Millward Brown wynika, że trzy czwarte z nich (74 proc.) ceni umiejętności zdobyte w szkole, bo są niezbędne na rynku pracy. Odsetek magistrów czy inżynierów mających podobne zdanie jest o 11 pkt proc. niższy.



Podobnie rozłożyłyby się akcenty, gdybyśmy zapytali młodych o zadowolenie z pensji. "Zawodowcom" pracodawcy gotowi są płacić od 2,2 do nawet 5 tys. zł brutto. Na niższą kwotę załapią się stolarze budowlani, operatorzy wózków widłowych lub hydraulicy. Na wyższą: tokarze obsługujący maszyny sterowane numerycznie, zbrojarze budowlani, spawacze z uprawnieniami morskimi.

Te kwoty są dla absolwentów bardzo wielu studiów, w pierwszej pracy, niestety, nieosiągalne. O to, ile chcieliby zarabiać tuż po zakończeniu edukacji, zapytał ich TNS. Zdaniem żaków dobrze byłoby zacząć od kwoty 3,7 tys. zł brutto. Ale pracodawcy zapytani o to, ile gotowi są zapłacić, odpowiedzieli: - Nie więcej niż 2,4 tys. zł brutto... Naprawdę warto być "zawodowcem".




Zobacz także

Projekt: Praca

Gospodarka potrzebuje pracowników z fachem w ręku jak kania dżdżu. Powstają nowe miejsca prayc, ale brakuje odpowiednio wykwalifikowanych młodych Polaków, którzy mogliby je zająć. Brakuje zawodowców.

Uważamy, że warto mieć konkretny zawód i do zdobycia go będziemy namawiać młodych w tej edycji akcji społecznej "Gazety Wyborczej" - "Projekt: Praca".