Majster cenniejszy od magistra. Płacą mu dwa razy więcej

Bartosz Sendrowicz
02.10.2015 01:00
A A A
Poligraficzna szkoła zawodowa w Łodzi

Poligraficzna szkoła zawodowa w Łodzi (MARCIN WOJCIECHOWSKI)

Firmy walczą o młodych z fachem w ręku, a nie z dyplomem wyższej uczelni. Dają pracę od razu i płacą nawet dwa razy więcej niż absolwentom czołowych uniwersytetów.
- Nie musiałem czekać na zatrudnienie, zdałem maturę i od razu dostałem etat - mówi Adam Tworkowski z Bielska Podlaskiego. To nie lada wyczyn w kraju, w którym pracy nie ma co piąty młody człowiek. Zdecydowało to, że Tworkowski skończył technikum budowlane. A firmy poszukują teraz ludzi z zawodem.

- Pracodawcy potrzebują ponad 400 tys. absolwentów zawodówek i techników - szacuje Łukasz Kozłowski, analityk z organizacji Pracodawcy RP. Tyle jest nieobsadzonych miejsc pracy (według GUS 50 tys.) powiększonych o deklaracje pracodawców z rządowego badania rynku pracy (Bilansu Kapitału Ludzkiego).

Z tymi szacunkami zgadza się prof. Elżbieta Kryńska z Uniwersytetu Łódzkiego. - Brak osób z kwalifikacjami średniego szczebla to hamulec rozwoju naszej gospodarki - dodaje.

Gdyby te osoby nagle się znalazły i zostały zatrudnione, to według Kozłowskiego szybciej byśmy się rozwijali, nasze PKB wzrosłoby o 1,4 proc.

- Przez lata tłumaczyliśmy młodym, że muszą skończyć studia, bo tylko dyplom otworzy im drzwi do kariery. A szkolnictwo zawodowe było w niełasce - mówi dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Lewiatana.

Od końca lat 90. panowała moda na kształcenie w prywatnych szkołach wyższych, a zawodówki i technika marniały. Ich liczba skurczyła się z ponad 2,1 tys. do 1,8 tys. W tym czasie przybyło 160 nowych uczelni - mamy ich teraz ponad 460.

Brakuje młodych z fachem w ręku

Efekt jest taki, że co roku pracodawcy mogą wybierać spośród 400 tys. osób z dyplomem, w większości humanistów. A młodych z fachem w ręku przybywa zaledwie ok. 150 tys. rocznie. Na dodatek część z nich uczy się dalej i firmy nie mogą zatrudnić ich od razu. Sięgają więc po pracowników z zagranicy. Jak pokazują zestawienia Ministerstwa Pracy, w pierwszym półroczu firmy zatrudniły ponad 400 tys. Ukraińców. Głównie w rolnictwie, budownictwie i przemyśle.

- Wielu z nich pracuje, bo na ich miejsce po prostu nie można było znaleźć pracowników z Polski - mówi Krzysztof Inglot z Work Service. Jego firma pośredniczy w zatrudnieniu ok. 18 tys. osób miesięcznie, głównie w przemyśle. Spora część pracuje za granicą. To wszystko sprawia, że przemysł - drugi z największych pracodawców w Polsce - narzeka na brak chętnych do pracy.

Firmy kuszą zawodowców wyższymi pensjami. - Młodzi zaraz po szkole zawodowej lub technikum mogą zarobić od 3 tys. zł (stolarz) do nawet 4,5 tys. zł brutto (tokarz) - policzyła nam agencja pośrednictwa pracy Work Service. - Te kwoty pozostają często w sferze marzeń osób ze świeżo zdobytym dyplomem uczelni. Według Work Service zaraz po studiach można liczyć średnio na 2-3 tys. zł brutto.

Pracodawca dopłaca do studiów

Pracodawcy biorą sprawy w swoje ręce i współpracują z zawodówkami lub technikami, chcąc sobie "zaklepać" specjalistów. Włączają się w ich kształcenie. Tak robi firma Danwood z Bielska Podlaskiego - potentat w produkcji domów drewnianych. Nie tylko zatrudnia najlepszych uczniów z lokalnego Zespołu Szkół - Adam Tworkowski był jednym z nich - ale też dopłaca im do studiów. W Bydgoszczy reaktywowano Technikum Kolejowe, bo przewoźnicy w najbliższych latach zamierzają zatrudnić tysiące specjalistów na kolei, np. maszynistów. Firmy produkujące i montujące klimatyzację z tego miasta, we współpracy z lokalnymi władzami, zwróciły się do resortów gospodarki i edukacji narodowej o stworzenie nowego zawodu - technika chłodnictwa i klimatyzacji.

W Bydgoszczy zauważyli też, że nie ma kto budować dachów, pracują więc nad stworzeniem kolejnego zawodu, czegoś na kształt dekarza XXI wieku. I kolejnych klas, po których zajęcie będzie gwarantowane.

Wiceprezydent Bydgoszczy Iwona Waszkiewicz liczy na to, że firmy chętnie inwestują tam, gdzie mogą liczyć na pracowników. I tam płacą podatki, co wspiera budżety miast.



Zapraszamy na konferencję: "Przyszłość zawodowców"

Już 19 października w siedzibie Agory (wydawcy "Gazety Wyborczej") odbędzie się konferencja "Przyszłość zawodowców". To podsumowanie trzeciej edycji akcji społecznej "Gazety Wyborczej" - "Projekt: Praca". W poprzednich odsłonach wspieraliśmy studentów i absolwentów. W tej podjęliśmy dyskusję o szkolnictwie zawodowym w Polsce.

W trakcie konferencji sprawdzimy, czy rządowy program "Rok zawodowców" się powiódł, a uczniom szkół zawodowych i techników podpowiemy, jak zbudować karierę po zakończeniu nauki. Swoje historie opowiedzą im osoby, które ukończyły takie szkoły, a dziś są prezesami i dyrektorami. Wyjaśnią, czego i jak się uczyć, żeby odnieść podobny sukces. Eksperci od rynku pracy pokażą natomiast, w jakich zawodach mogą pracować młodzi po tym etapie edukacji i ile zarobią.



Zarejestruj się już dziś nawww.konferencjaprojektpraca.evenea.pl .



O naszej akcji społecznej "Projekt: Praca" czytaj na wyborcza.pl/projektpraca



Projekt: Praca

Gospodarka potrzebuje pracowników z fachem w ręku jak kania dżdżu. Powstają nowe miejsca prayc, ale brakuje odpowiednio wykwalifikowanych młodych Polaków, którzy mogliby je zająć. Brakuje zawodowców.

Uważamy, że warto mieć konkretny zawód i do zdobycia go będziemy namawiać młodych w tej edycji akcji społecznej "Gazety Wyborczej" - "Projekt: Praca".