Majster droższy od magistra

Marta Piątkowska
25.08.2015 17:53
A A A
Hydraulik

Hydraulik (Fot. Grażyna Makara / AG)

Według raportów płacowych osoby z wykształceniem zawodowym zarabiają najmniej. Nawet w branżach uważanych za żyłę złota, jak IT czy telekomunikacja, ich wynagrodzenia nie dociągają do średniej krajowej. Ale wystarczy wezwać hydraulika, elektryka czy złotą rączkę, żeby nasz portfel stał się chudszy nawet o kilkaset złotych.
Historia pierwsza. Alinie w sobotnie południe zepsuła się pralka. Na amen. Supernowoczesne urządzenie nie dawało znaku życia ani jedną z kilkunastu kolorowych diod. Serwis obiecał zająć się sprawą, ale dopiero po weekendzie, oraz zastrzegł, że sprzęt po wstępnych oględzinach zostanie wysłany do kraju producenta i być może będzie musiała się z nim pożegnać nawet na kilka tygodni. Alina nie dopuszczała takiej możliwości, więc wbrew obwarowaniom w karcie gwarancyjnej zadzwoniła po fachowca poleconego przez znajomych.

Ten już od progu zaznaczył, że w soboty i niedziele stawka jest podwójna, po czym zabrał się do pracy. Po 10 minutach właścicielka została poproszona o wskazanie skrzynki z bezpiecznikami. Wystarczyło jedno pstryknięcie, żeby pralka odżyła. Fachowiec policzył za naprawę 260 zł. W cenę wchodził dojazd (100 zł) i 160 zł za roboczogodzinę. - Nawet mu wąs nie drgnął, kiedy przyjmował pieniądze. Na pocieszenie powiedział, że pralka jest w bardzo dobrym stanie i prędko się nie zepsuje - wspomina Alina.

Historia druga. W przedwojennej kamienicy w centrum Warszawy regularnie psuły się gniazdka elektryczne. Anna i Michał wzywali elektryka średnio raz na dwa miesiące. Cena usługi wahała się od 30 do 90 zł, chociaż robota zawsze była ta sama i zajmowała nie więcej niż 20 minut. W końcu zebrali się na odwagę i zapytali najdroższego fachowca o to, dlaczego jego koledzy liczą sobie trzy razy mniej. Odpowiedział, że ceni swój czas. Anna jest świetnym tłumaczem symultanicznym i jeszcze nikt nie zaproponował jej stawki 270 zł za godzinę, a tyle w przeliczeniu wziął elektryk.

- Usługa jest warta tyle, ile klient jest gotów za nią zapłacić - mówi Witold, złota rączka, który dorabianiem na drobnych naprawach zajął się na emeryturze. Wcześniej pracował na stanowisku konserwatora w budynku instytucji państwowej. - Nie ma oficjalnego cennika ani informacji, ile dana naprawa powinna kosztować, żeby klient wiedział, kiedy jest naciągany, a co jest uczciwą zapłatą - dodaje.

I faktycznie. Co prawda powstały już serwisy internetowe, które działają na zasadzie porównywarek, ale żaden z nich nie wskazuje rekomendowanej kwoty za usługę. Rozpiętość za to jest oszałamiająca. Przykładowo na terenie Warszawy za montaż sedesu standardowego fachowcy liczą sobie od 50 do 200 zł. Za położenie gładzi gipsowej w Krakowie zapłacimy od 8 do 47 zł za metr kwadratowy. A demontaż dachu w Łodzi to koszt od 6 do nawet 400 zł za metr kwadratowy.

Rzucić wygórowaną stawkę to jedno, znaleźć klienta, który tyle zapłaci, to drugie. Fachowcy wiedzą, że nic tak nie wpływa na napływ zleceń jak polecenie. - Są ekipy, na które się czeka, i takie, które o zlecenia walczą, zaniżając stawki. Chociaż nie każdy, kto w porównaniu z innymi liczy sobie skromnie, jest partaczem - zastrzega Witold. Teraz ze względu na stan zdrowia pracuje sporadycznie, jednak kiedy był w szczycie formy, dostawał po kilka zleceń dziennie. - Doszedłem do tego w ciągu trzech lat, ale dzisiaj młodzi mają łatwiej. Mogą się chociażby ogłaszać w internecie. Ja postawiłem w zupełności na pocztę pantoflową, a i tak wyszedłem na swoje - mówi złota rączka.

Rynek usług w Polsce jest chłonny. Zapotrzebowanie na fachowców widać nie tylko w ogłoszeniach drobnych o pracę, ale również raportach dużych firm rekrutacyjnych. Przykładowo według Barometru Manpower Perspektyw Zatrudnienia już od kilku lat wykwalifikowani pracownicy fizyczni i techniczni znajdują się w pierwszej piątce, o którą zabiegają pracodawcy. Dodatkowo nawet w czasach, kiedy Europa znajdowała się w kryzysie gospodarczym, agencje zatrudnienia wciąż szukały naszych fachowców chętnych do podjęcia pracy poza granicami Polski. Wisienką na torcie są oczywiście klienci indywidualni. Ci od zepsutych pralek, lodówek, cieknących kranów. Robiący remonty kuchni i łazienek.

Artur ma 33 lata. Co prawda ukończył technologię drewna na SGGW, ale od ośmiu lat pracuje w firmie ojca, która zajmuje się usługami hydraulicznymi. - Duże zlecenia, które zajmują nam powyżej tygodnia, stanowią około jednej trzeciej naszej pracy. Utrzymujemy się z tzw. drobnicy, czyli robót zajmujących od kilku godzin do dwóch dni - mówi Artur. Razem z dojazdami praca zajmuje im średnio 10 godzin dziennie. Wolne mają tylko w niedzielę, ale dzięki temu Artura stać na wybudowanie domu bez kredytu. W najbliższej przyszłości chce zrobić kurs instalatora odnawialnych źródeł energii. - Możliwości zarabiania pieniędzy jest wiele, trzeba tylko chcieć się po nie schylić i nie bać się ubrudzić rąk - dodaje na koniec.

Zobacz także

Projekt: Praca

Gospodarka potrzebuje pracowników z fachem w ręku jak kania dżdżu. Powstają nowe miejsca prayc, ale brakuje odpowiednio wykwalifikowanych młodych Polaków, którzy mogliby je zająć. Brakuje zawodowców.

Uważamy, że warto mieć konkretny zawód i do zdobycia go będziemy namawiać młodych w tej edycji akcji społecznej "Gazety Wyborczej" - "Projekt: Praca".