Przyjechali ze wsi. Jak potraktowali ich rówieśnicy z miasta?

Marta Piątkowska
18.04.2014 06:00
A A A
Dworzec PKS w Olsztynie.

Dworzec PKS w Olsztynie. (Fot. Przemyslaw Skrzydlo / Agencja Gazeta)

- Pytali o imprezy w remizach albo czy mamy prąd i wodę. Ci bardziej pyskaci nie dawali sobie wchodzić na głowę, ale przez cztery lata liceum nikt ze wsi nie wstąpił do paczki ?miastowych?
Eksperci zajmujący się wyrównywaniem szans młodzieży z terenów wiejskich podkreślają, jak ważny dla prawidłowego procesu ich socjalizacji jest kontakt z nowymi rówieśnikami. Mają na niego szansę dopiero przy zmianie szkoły. Jedni wchodzą w nieznane środowisko na etapie gimnazjum, pozostali - szkoły średniej. Z ich doświadczeń wynika jednak, że nie jest to najłatwiejszy proces. Z jakimi trudnościami i zachowaniami ze strony rówieśników z miasta musieli się zmierzyć?

Monika ma 24 lata, pochodzi z Warki, 11-tysięcznego miasta w województwie mazowieckim. Podróż autobusem do Warszawy zajmowała jej godzinę, tą samą drogę pociągiem pokonywała w 30 minut. Z rodzinnego domu wyprowadziła się bardzo szybko, gdy miała 16 lat.

- Tylko liceum w Warszawie miało klasę o profilu, jaki mi się marzył, więc decyzja była oczywista. Chciałam też wyrwać się z typowo małomiasteczkowego środowiska, gdzie wszyscy wszystkich znają, a w nowej szkole na starcie ma się już łatkę przyczepioną w poprzedniej. To bardzo obciążające i w wielu przypadkach niesprawiedliwe. Byłeś dobry w podstawówce, to byłeś też dobry w gimnazjum. Sprawiałeś problemy wychowawcze w młodszych klasach? To nic, że się uspokoiłeś, i tak wszyscy uważają cię za łobuza i jesteś pierwszym podejrzanym, jeżeli w szkole dzieje się coś złego. Tęskniłam za anonimowością, którą daje duże miasto. I miałam rację.

Monika podkreśla, że nigdy nie miała kompleksów związanych z pochodzeniem. Przez kolegów w nowej szkole też nie była gorzej traktowana. - Nikt mnie nie wyzywał, wręcz przeciwnie, rówieśnicy zazdrościli mi samodzielności i braku ciągłej kontroli rodziców. Ani wtedy, ani na studiach nie poczułam, że coś tracę, chociaż nie zawsze było tak, jak bym chciała. W pewnym momencie codziennie musiałam dojeżdżać na uczelnię z Warki. To było męczące i utrudniało mi życie towarzyskie, ponieważ byłam uzależniona od godzin odjazdów pociągów. Ale w gruncie rzeczy to był tylko niewielki dyskomfort.

Monika zaczęła pracować już na początku studiów, była kelnerką, barmanką. Dziś pracuje na infolinii jednego z najbardziej znanych polskich ubezpieczycieli. Uważa, że to, iż jest z małego miasteczka, tylko jej pomogło. Szybciej weszła na rynek pracy. W jej miejscu pracy większość to przyjezdni.

Natalia (27 lat) została socjologiem, bo to, jak miejsce urodzenia wpływa na dalsze losy, od zawsze ją interesowało. Pochodzi ze wsi. Jest ostatnim rocznikiem, który nie poszedł do gimnazjum. Pierwszy kontakt z rówieśnikami z miasta miała dopiero w liceum. - Miastowi znali się z podstawówki, pozostali byli zbieraniną z kilkunastu szkół w obrębie powiatu, w większości byli dla siebie anonimowi. Różniło nas wiele. Miastowi ubierali się w sieciówkach, a wieś na targu. Ci pierwsi zaraz po lekcjach wracali do domów, drudzy czekali nawet po kilka godzin na dworcu na autobus. Miasto było odważniejsze, mniej zahukane, wieś siadała w pierwszych ławkach i dostawała wypieków na twarzy nawet podczas sprawdzania listy obecności. Jedni rozkręcili się po kilku tygodniach, parę osób rzuciło szkołę, pozostali do matury trzymali się z boku. Mieli ukryty kompleks pochodzenia, myślę, że czuli się po prostu gorsi - opowiada.

Sylwia, 30 lat, nie skończyła studiów, pracuje w firmie organizującej koncerty i imprezy plenerowe. Pochodzi ze wsi oddalonej od Warszawy o kilkadziesiąt kilometrów. - Kochałam "Dzieci z Bullerbyn", bo tak jak one mieszkałam na kompletnym zadupiu. Od przystanku autobusowego dzielił mnie ponad kilometr. W podstawówce dźwigałam przepełniony książkami plecak, a w liceum biegłam, żeby zdążyć na autobus. Jego trasa prowadziła przez kilkanaście wsi i na niektórych przystankach się nie zatrzymywał, bo był tak przepełniony. Nie wiem, czy dzieciaki w mieście tak miały, ale dla mnie to był straszny stres. Przyjedzie? Zatrzyma się? Dam radę się wepchnąć? - wspomina.

Po szkole nie było lepiej, bo autobusy nie były zsynchronizowane z planem lekcji. Czasem kończyła zajęcia kilka minut po godz. 14 i musiała czekać ponad dwie godziny na autobus. Zimą zazdrościła dzieciakom z miasta, że mogą wrócić do ciepłego domu, latem spędzała godziny na ławce w parku.

- Nasza klasa była mieszana, ale to, czy ktoś jest z miasta, czy ze wsi, było oczywiste. Przyjezdni byli cisi, chociaż lepiej się uczyli. Można powiedzieć, że byliśmy poniżani w pierwszych miesiącach przez rówieśników. Pytali o imprezy w remizach albo czy mamy prąd i wodę w kranie. Ci bardziej pyskaci nie dawali sobie wchodzić na głowę, ale przez cztery lata liceum nikt ze wsi nie wstąpił do paczki "miastowych". Coś nas dzieliło nawet wtedy, kiedy już się lepiej poznaliśmy. Akceptowane były tylko dzieciaki z bogatych, wiejskich domów. Bardzo szybko zaczęły przyjeżdżać do szkoły samochodami, a to wpływa na popularność - opowiada Sylwia.

Większość jej klasy dostała się na studia. Ci z miasta dojeżdżali do Warszawy, bo mieli lepsze połączenie, wieś musiała się przeprowadzić. - Dopiero po latach widać, że wyszło im to na dobre. Szybko się usamodzielnili, zmienili środowisko, część osiedliła na stałe. Dojeżdżający zostali dojeżdżającymi. Gdy spotkaliśmy się na dziesięcioleciu matury, okazało się, że większość mieszka z rodzicami. Ich związki przypominają te z "Mody na sukces" - dobierają się w pary w zamkniętej grupie - podsumowuje Sylwia. - Wracając do studiów - dostałam się na dzienne, ale musiałam przejść na zaoczne, żeby zarobić na utrzymanie. Po dwóch latach rzuciłam naukę, bo nie dawałam rady łączyć jej z pracą. Wtedy pozazdrościłam warszawiakom, że nie muszą podejmować takich decyzji jak ja. Na szczęście wszystko się dobrze ułożyło. Brak dyplomu nadrabiam doświadczeniem, z pracą nie mam problemów. Nigdy nie byłam bezrobotna.

Co mi dało pochodzenie ze wsi? Niewiele. Nie mam romantycznych wspomnień ze spacerów po łąkach czy lasach. Pamiętam tyle, że nie chodziłam na żadne zajęcia dodatkowe, bo na najbliższe musiałabym dojeżdżać 20 kilometrów. Może stałam się bardziej odporna psychicznie, zdeterminowana, samodzielna. Na pewno nie było mi łatwo, ale jestem żywym dowodem na to, że ze wsi, przy zerowym wsparciu rodziny, można się wyrwać, tylko trzeba bardzo, bardzo chcieć - dodaje na zakończenie Sylwia.

Projekt: Praca

Gospodarka potrzebuje pracowników z fachem w ręku jak kania dżdżu. Powstają nowe miejsca prayc, ale brakuje odpowiednio wykwalifikowanych młodych Polaków, którzy mogliby je zająć. Brakuje zawodowców.

Uważamy, że warto mieć konkretny zawód i do zdobycia go będziemy namawiać młodych w tej edycji akcji społecznej "Gazety Wyborczej" - "Projekt: Praca".