Praca jest. A chętni?

Bartosz Sendrowicz
10.06.2014
A A A

Fot. 123RF

W Polsce do obsadzenia jest około 600 tys. wakatów. Skoro tak, to dlaczego bezrobocie wśród młodych od miesięcy wynosi prawie 30 proc.?
Historia powtarza się co roku: młodzi narzekają, że nie ma dla nich pracy; pracodawcy się skarżą, że młodzi są za nisko wykwalifikowani i dlatego nie dają im pracy. I dorzucają: jest kryzys i nie zatrudniamy nowych osób.

Efekt jest taki, że bezrobocie wśród osób, które nie ukończyły 25. roku życia, wynosiło w marcu 28 proc. Na tak wysokim poziomie utrzymuje się od kilku miesięcy.

Ale jak wynika z badań ekonomistów Uniwersytetu Jagiellońskiego, niezależnie od pór roku i stanu gospodarki rekrutację prowadzi ciągle 16-17 tys. pracodawców. Kłopoty z obsadą stanowisk pokazują też różne badania prywatnych firm pośrednictwa pracy. Choćby Globalny Barometr HR 2013 firmy Michael Page, z którego wynika, że co czwarty szef działu kadr uważa, że znalezienie odpowiedniego kandydata jest trudne. Dlaczego tych wolnych miejsc nie zajmują młodzi?

- Wolne miejsca pracy są na ogół w firmach prywatnych, korporacjach, gdzie panuje określona hierarchia i porządek, a młodym to nie odpowiada. I tu pojawia się rozdźwięk. Młodzi są roszczeniowi i chcą rozdawać karty, ale niestety na razie to firmy je rozdają - wyjaśnia Sebastian Popiel z firmy doradztwa personalnego People.

Centra usług szansą

Faktycznie najwięcej miejsc pracy tworzą firmy prywatne. W sektorze prywatnym pracuje niemal 11,7 mln Polaków z ok. 15,3 mln ogółu zatrudnionych. Największym pracodawcą jest jednak firma państwowa - Poczta Polska. Zatrudnia ok. 90 tys. osób. Na liście największych pracodawców są też m.in. Kompania Węglowa (60 tys. pracowników) i Polska Grupa Energetyczna (ponad 44 tys.). Sęk w tym, że molochy państwowe, aby utrzymać rentowność, muszą ciąć zatrudnienie. Poczta Polska dla przykładu planuje zwolnienie 5 tys. osób.

A jak jest w prywatnych?

Też mają problemy, ale mimo kryzysu są takie, które pracowników potrzebują i szukają. Najchętniej zatrudnia handel detaliczny. Największym prywatnym pracodawcą jest Jeronimo Martins - właściciel sieci sklepów Biedronka. Według Alfreda Kubczaka, dyrektora ds. korporacyjnych JMP, firma pod koniec 2013 r. ma zatrudniać w sumie 45 tys. osób. Inny gigant handlowy - Tesco, już zatrudnia ponad 30 tys. pracowników. To właśnie handel stworzył najwięcej nowych miejsc pracy w 2012 r. - łącznie powstało ich 465 tys. Co piąte w sektorze zajmującym się właśnie handlem detalicznym.

Kluczowym i jednocześnie perspektywicznym pracodawcą stają się centra usług wspólnych. Ryszard Petru, prezes Towarzystwa Ekonomistów Polskich, wskazuje, że centra outsourcingowe powoli stają się polską specjalnością. - Dzięki nim powstało w Polsce w minionym roku 20 tys. miejsc pracy w różnych branżach - IT, księgowości czy finansach. W 2013 r. czeka nas dalszy rozwój w tym obszarze - dodaje.

Rzeczywiście - centra zamierzają zatrudnić w najbliższym roku nawet 20 tys. pracowników. I raczej będą to ludzie młodzi. Tyle że praca "na słuchawkach" czy w supermarkecie nie zawsze spełnia ich oczekiwania. Nawet jeśli miałoby to być zajęcie na chwilę. "Mamy ambicje, więc studiujemy. Skoro skończyliśmy studia, to oczekujemy" - mówili nam niedawno przedstawiciele pokolenia Y. Ich punkt widzenia faktycznie może odstraszać pracodawców, np. na pytanie o to, czy mógłby pracować osiem godzin dziennie, jeden z Igreków odpowiada: - Nie widzi mi się to. Lubię mieć czas dla siebie (...), na relaks albo porządne wyspanie się.

Mimo to Sebastian Popiel przestrzega przed uogólnieniami. - Jednoznaczny podział na pokolenia jest niemożliwy, dlatego wśród Igreków też mamy osoby, które bez trudu podporządkowują się wytycznym przełożonych i odnajdują w korporacyjnym ładzie. I oni stosunkowo łatwo znajdują zajęcie - komentuje.

Miejsca są, chętnych brak

To gdzie jest tych 600 tys. wolnych miejsc? - Najwięcej ogłoszeń dotyczy handlowców różnych szczebli - od menedżerów ds. sprzedaży, przez przedstawicieli handlowych, aż po zwykłych sprzedawców - wyjaśnia Monika Zakrzewska, ekspert z PKPP Lewiatan.

Handel potrzebuje tysięcy pracowników, w tym wielu młodych. Z raportu przygotowanego przez GazetaPraca.pl. wynika, że spośród 370 tys. ogłoszeń opublikowanych w internecie w zeszłym roku blisko 80 tys. dotyczyło stanowisk sprzedażowych.

Jeśli się przeanalizuje te ogłoszenia, widać, że firmy bardzo często szukają osób z niewielkim doświadczeniem zawodowym.

Ale czy to skusi młodych? Niekoniecznie, potwierdza to ogromna rotacja w tym zawodzie.

- Młode osoby przychodzą do nas, ale góra po trzech tygodniach nie ma już po nich śladu - mówi nam Paweł, przedstawiciel handlowy z Warszawy.

Dziś ma 30 lat, do pracy poszedł od razu po liceum. Najpierw w call center u operatora telefonii komórkowej, później sprzedawał reklamy w czasopismach. Na studia poszedł w wieku 24 lat. Zdecydował się na informatykę, bo tym się interesuje. Nauczył się programowania. - Gdybym miał wybierać ścieżkę kariery jeszcze raz, postąpiłbym podobnie - mówi.

Narzeka tylko na jedno - na to, że zawodu musiał się uczyć sam: - Ze szkoły nie wyniosłem żadnych praktycznych umiejętności, ale też nie oczekiwałem tego po liceum. Wszystkiego uczyłem się na bieżąco w pracy.

Jego zdaniem nieumiejętność nauczenia młodych jakiegokolwiek zawodu to największa bolączka polskiego systemu edukacji.

Dokładnie tak samo od lat wypowiadają się eksperci. - Na pewno potrzebna jest nam reaktywacja szkolnictwa zawodowego, ale w innym kształcie niż kiedyś - mówi Monika Zakrzewska. Jej zdaniem szkolnictwo powinno być nierozerwalnie związane z potrzebami gospodarczymi konkretnego regionu kraju.

Chodzi o to, żeby szkoły zawodowe kształciły tych specjalistów, którzy są potrzebni na lokalnych rynkach pracy - np. w Swarzędzu tapicerów, w Elblągu stolarzy, a w dużych miastach np. usługodawców - cukierników, fryzjerów itd.

A co z tymi, którzy skończyli nieprzydatne dla rynku pracy kierunki studiów? Czy jedynym ratunkiem miałby być powrót do zawodówki? Niezupełnie. Zakrzewska sugeruje, że rozwiązaniem byłaby możliwość potwierdzenia kwalifikacji zawodowych bez ukończenia szkoły zawodowej. To znaczy, że absolwent, np. liceum albo nawet studiów, po złożeniu stosownych egzaminów sprawdzających umiejętności otrzymywałby certyfikat potwierdzający to, że może np. wykonywać pracę tapicera.

Projekt: Praca

Gospodarka potrzebuje pracowników z fachem w ręku jak kania dżdżu. Powstają nowe miejsca prayc, ale brakuje odpowiednio wykwalifikowanych młodych Polaków, którzy mogliby je zająć. Brakuje zawodowców.

Uważamy, że warto mieć konkretny zawód i do zdobycia go będziemy namawiać młodych w tej edycji akcji społecznej "Gazety Wyborczej" - "Projekt: Praca".