Dariusz Michalczewski o swoim tacie. "Pamiętaj, nie bij młodszych" [LETNIA SZKOŁA OJCÓW]

wysłuchała Bożena Aksamit
16.06.2015 01:00
A A A
Dariusz Michalczewswki

Dariusz Michalczewswki (RENATA DĄBROWSKA)

CYKL "W IMIĘ OJCA, CÓRKI I SYNA". Ojciec wychował nas na przyzwoitych ludzi. Ale ja nie stosuję jego metod wobec swoich dzieci - mówi bokser Dariusz "Tiger" Michalczewski.
Pierwsze wspomnienie z ojcem - miałem może cztery lata, graliśmy w piłkę na polanie niedaleko domu i tata się na mnie przewrócił z impetem, był bardzo ciężki.

O tym, że choruje na raka węzłów chłonnych, dowiedział się zaraz po 30. urodzinach, byłem pięciolatkiem. Przeszedł na rentę i stale był w domu. Zmarł, gdy miałem 12 lat.

Tata sporo czytał, głównie książki historyczne. Był rodzinnym skrybą, za wszystkich krewnych i znajomych pisał podania do urzędów, listy, skargi. Nie skończył studiów w Wyższej Szkole Morskiej, bo pod koniec dostał zakaz pływania. Babcia chodziła do rektoratu, błagała, ale nie pomogło. Pracował w biurze - do czasu diagnozy raka. Koledzy ze studiów odwiedzali nas co kilka miesięcy, byli kapitanami na statkach. Tata nigdy nie narzekał. Nowotwór spowodował, że miał inne zmartwienia.

Bardzo intensywnie wychowywał nas na dobrych ludzi. Pewnie dlatego, że w każdej chwili mógł zniknąć z naszego życia. Co kilka miesięcy go chowali, a on po kolejnym kryzysie stawał na nogi - miał bardzo silny organizm. Dziś myślę, że to kształtowanie nas na przyzwoitych ludzi mu się udało. Ale nie stosuję takich metod wobec swoich dzieci.

Wychowywał nas, zabraniając - tam nie możecie, tego nie możecie, z tym nie możecie. Po szkole kazał wracać do domu i robić lekcje. Dopóki żył, miałem piątki od góry do dołu, tylko z zachowania miałem jedynie dobre oceny. Na podwórku mogliśmy pobyć z kolegami z godzinę dziennie. Wystarczyło jednak coś zbroić, a karą był zakaz wychodzenia. Siedzieliśmy z nim w domu i uczyliśmy się, miałem materiał zrobiony dwa, trzy tygodnie do przodu i w szkole się nudziłem. Tata chyba także trochę się nudził i chciał jak najwięcej z nami przebywać. Polegiwać na kanapie, przytulać się, grać w warcaby, szachy. Bylebyśmy byli pod kontrolą. Rzadko kiedy zgadzał się, aby odwiedzali nas koledzy.

W IMIĘ OJCA, CÓRKI I SYNA,
CZYLI LETNIA SZKOŁA OJCÓW W "GAZECIE WYBORCZEJ"


Czego dobrego nauczyliśmy się od naszych ojców i chcemy przekazać dzieciom? Piszcie: wimieojca@wyborcza.pl.

Tekstów, wywiadów, poradników specjalistów, świadectw znanych Polek i Polaków oraz czytelników "Wyborczej" szukaj na Wyborcza.pl/tata.


Gdy szliśmy gdzieś razem, musieliśmy się trzymać prosto i nie szorować nogami. Podczas jedzenia powtarzał: "Nie mlaskać, ładnie siedzieć". Zawsze odnosiliśmy talerze, zmywaliśmy, sprzątaliśmy też w domu. Wciąż pouczał, jak się zachowywać, że trzeba mówić "dziękuję", "przepraszam", nie bić młodszych, a już w ogóle dziewczynek. Jak zobaczył, że nie ukłoniliśmy się sąsiadce, błyskawicznie zwracał uwagę.

Rano sprawdzał, czy się modliliśmy, wieczorem pytał: "Pacierz zmówiony?". Nie było to wychowanie dewocyjne, ale co niedziela chodziliśmy całą rodziną do kościoła. I co tu ukrywać, lał nas jak psy. Karany kładł się i dostawał dziesięć pasów na goły tyłek. Tata bywał straszny. Często te przewinienia były naprawdę błahe. Mieliśmy fikusa. Któregoś dnia wezwał nas do siebie i spytał: "Kto strącił liść?". Gdy nikt z naszej trójki się nie przyznał, ojciec oznajmił: "Macie pięć minut i dostajecie wszyscy". Siostra pochyliła się do mnie i wyszeptała: "Przyznaj się, ja to zrobiłam, ale bardzo boję się bicia". Co robić, przyznałem się i swoje dostałem.

Bardzo nas kochał, po swojemu. Gdy na podwórku siostrę kopnął czy poszarpał jakiś chłopak, ojciec od razu zrobił porządek. My z bratem się nie skarżyliśmy, mieliśmy sobie radzić sami. Gdybym powiedział, że dostałem od nauczycielki, ojciec wlepiłby mi jeszcze raz. Uważał, że grzecznych dzieci nikt nie bije.

A my robiliśmy okropne żarty, wstyd się przyznać. Najgorsza rzecz się zdarzyła, gdy na betonową kulę naciągnęliśmy piłkę od nogi. Położyliśmy ją tuż za boiskiem i gdy szedł jakiś mężczyzna, poprosiliśmy, żeby podał. Po chwili okazało się, że to ojciec kolegi. On wtedy krzyknął: "Tato, nie!", i zaczął biec w kierunku piłki, jego ojciec pomyślał, że syn chce kopnąć pierwszy. Przyspieszył, zamachnął się z całej siły i usłyszeliśmy krzyk bólu. Złamał nogę. To był bardzo głupi żart.

Sprawność fizyczną pewnie odziedziczyliśmy po ojcu. Był dobrze zbudowany, wysportowany, świetnie pływał. Kiedy był na rencie, podczas wakacji pracował jako ratownik w ośrodku wczasowym nad jeziorem w Szarlocie pod Kościerzyną. Spędzaliśmy z nim całe wakacje, to był świetny czas. Robiliśmy wyprawy kajakami i łowiliśmy ryby na "pupy". Tam tato nauczył mnie pływać i jeździć na rowerze.

Ojciec miał swój rytuał. Rano wchodził do jeziora, potem cały się namydlał i skakał z trampoliny, robiąc salta. Wczasowicze zbiegali się podczas tych popisów. Podobał się kobietom, był elegancki - wyprasowane spodnie, koszula, wyczyszczone buty. Tata grał na akordeonie, śpiewał piosenki z całego świata, ludzie myśleli, że zna z pięć języków, co było oczywiście nieprawdą.

Zmarł w 1980 r. Byłem w szoku. Nie żeby nas przygotowywał na swoją śmierć, raczej nas męczył i straszył. Ubieramy choinkę, a on: "Ostatni raz robimy to wspólnie". Mijał rok, znów to słyszeliśmy. Nie potrafię sobie dziś wyobrazić, co działo się w jego głowie podczas tych lat, gdy tuż za jego plecami czaiła się śmierć.

Smutku nie pamiętam. Te wszystkie nakazy i zakazy przestały obowiązywać, mama nie miała siły, żeby nas dopilnować. Żałoba, do tego smuta PRL-u i walka o każdy kawałek lepszego jedzenia, a czasami jakiegokolwiek. Mama nie miała szans, żeby nade mną zapanować, wkroczyłem w czas dojrzewania i czułem się bardzo dorosły. Na szczęście mama pchnęła mnie w stronę boksu. Byłem trochę za młody, ale jej brat był trenerem i tak się zaczęło. Miałem ksywę "Mały", do dziś niektórzy koledzy tak do mnie mówią. Urosłem dopiero w wakacje po 15. urodzinach. W podstawówce, a uczyło się tam 800 dzieci, od szóstej klasy wygrywałem z każdym chłopakiem. Trener Ryszard Broniś powtarzał mi: "Darek, jesteś pięściarzem, nie jesteś łobuzem".

Ojciec nigdy mnie nie chwalił, dziś jednak na pewno byłby ze mnie dumny - gdyby żył. Jestem tego pewien.





*

W CYKLU "W IMIĘ OJCA, CÓRKI I SYNA":

*Czego dobrego nauczyłeś/łaś się od ojca i co z tego chcesz przekazać dzieciom? Jak odpowiedział(a)byś na to jedno pytanie? I nie mów, że niczego dobrego, bo to niemożliwe - pisze Jerzy B. Wójcik, wicenaczelny "Wyborczej"

*Przez porno w internecie, śmieciowe jedzenie, nieuctwo i dzieciństwo bez ojców mężczyźni stali się żałośni. Zgadzacie się z diagnozą prof. Philipa Zimbardo?

*Gdy się ma piątkę dzieci do wyżywienia i 16 hektarów ziemi do obrobienia, to nie ma czasu na pouczające rozmowy - swojego ojca wspomina Tomasz Majewski

*"Wszystko jedno - zdasz czy nie. Widziałem, ile w to włożyłeś pracy. Wyluzuj". Za te słowa przed egzaminami z kardiochirurgii jestem ojcu najbardziej wdzięczny - wspomina dr Grzegorz Religa

*Tata to uosobienie ojca tradycyjnego: surowy i niewylewny, podejmował wszystkie ważniejsze decyzje w domu. Ja jestem bardziej soft. W domu same babeczki, tu jestem szeregowym - pisze gen. bryg. Rajmund T. Andrzejczak

*Coraz częściej od polskich mężczyzn oczekuje się zarówno sukcesów w pracy, jak i tego, że zajmą się małym dzieckiem. Znaleźli się w takiej samej sytuacji, w jakiej kobiety są od dziesięcioleci - twierdzi publicysta "Wyborczej" Adam Leszczyński

*Wszystkie teksty w serwisie Wyborcza.pl/tata

*Czekamy na Wasze listy: wimieojca@wyborcza.pl




Więcej o:
Zobacz także