Jest nieznośny, pochłania uwagę, odbiera radość życia. Ból. Najgorszy jest ten chroniczny, który wprowadza się na stałe w nasze życie, ale bywają też takie, które uderzają z zaskoczenia, niespodziewanie – ból opasujący głowę pulsującą cierpieniem opaską czy przeszywający do głębi mózgu ból zębów.

O bólu napisano już tomy prac naukowych, a o wolności od bólu? O uldze nie znajdziecie nic. Istnieje tylko przez zaprzeczenie – pojawia się, kiedy czegoś nie ma. Jest brakiem. „Uczucie odprężenia po silnym napięciu nerwowym lub dużym wysiłku; złagodzenie bólu, cierpienia” – mówi definicja. Więc jak tu pisać o braku?

Może należałoby poszukać osób, które żyją w ciągłej uldze – nigdy nie doświadczają bólu.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Nadwrażliwość zębów. Czy z wiekiem zęby stają się wrażliwsze?

Wieczna ulga

Istnieją na świecie miejsca, w których częściej niż zwykle rodzą się „bezboleśni”. W Japonii odnotowano 300 przypadków schorzenia zwanego wrodzoną obojętnością na ból z anhydrozą (z angielska mało subtelnie CIPA – congenital insensitivity to pain with anhidrosis), w Szwecji jest 40 takich osób, podczas gdy w całych Stanach Zjednoczonych zaledwie 83. W Polsce także są tacy ludzie.

Poznałam kiedyś chłopaka, który urodził się niewrażliwy na ból. Naprawdę mu zazdrościłam. Taka przypadłość zdarza się raz na jakieś osiem milionów urodzeń. – Taki ze mnie dziwoląg – podsumował ten traf, kiedy usiedliśmy w kawiarni, sącząc sok. To znaczy – on sok, ja herbatę. – Lepiej, żebym nie zamawiał nic gorącego – stwierdził, kiedy odeszła kelnerka. – Kiedy jestem przejęty, nie zwracam uwagi na temperaturę. A potem kończy się złażeniem skóry z języka.

Nie mogłam się powstrzymać, by nie spytać go o obtarte pięty i ból brzucha. – Nie czuję, że buty są za małe – odpowiedział. – Zauważam to dopiero, kiedy zdejmuję je razem z paznokciami. A brzuch? No tak, tego naprawdę się boję. Że dostanę zapalenia wyrostka robaczkowego i nic nie będę o tym wiedział. Boję się, że taka rzecz mnie zabije. Dlatego dużo uważniej niż inni wsłuchuję się w swój organizm. Dość często robię taki przegląd – oglądam, czy wszystko działa, nic nie jest poparzone, odmrożone czy złamane.

Ortopedia w szpitalu to dla Tomka chleb powszedni.

– Miałem kilkanaście rozmaitych urazów, które musiały się kończyć zabiegami.

– Czy w czasie operacji lekarze podają ci znieczulenie?

– Zawsze mnie usypiają, ale czy znieczulają? Nie wiem. Sam chyba tylko raz po operacji poprosiłem o leki przeciwbólowe. Leżałem na sali z innymi chłopakami. Nie bolało mnie, ale nie chciałem się wyróżniać. Nie lubię, jak traktują mnie jak jakieś kuriozum.

Jak więc widać, wiecznej ulgi nie ma co zazdrościć. Życie bez bólu byłoby naprawdę niebezpieczne.

A jednak zdarza się czasem, że nasz organizm, zupełnie nieproszony, sam nam taki stan funduje. Anestezjolog Henry Knowles Beecher podczas II wojny światowej służył jako lekarz frontowy w północnej Afryce, Włoszech i Francji. Opisał przypadki blisko 220 żołnierzy, którzy – pomimo poważnych obrażeń – kompletnie nie odczuwali bólu. Podobne obserwacje miał doktor Peter Carlen, który po wojnie Jom Kippur przedstawiał historie ciężko rannych mężczyzn doświadczających wielogodzinnego naturalnego znieczulenia (niektórych nie bolała urwana noga, krzywili się za to, kiedy pielęgniarka robiła im zastrzyk).

Wiele wskazuje więc na to, że ból to nieco bardziej skomplikowane zjawisko niż tylko czysto fizjologiczna reakcja na uszkodzenie tkanki. Ogromną rolę odgrywają w nim emocje, a nasza psyche może mieć niezwykłe zdolności przynoszenia ulgi.

Prawdopodobnie dlatego, że w naszym mózgu wśród rejonów biorących udział w percepcji bólu (tworzą rodzaj „matrycy bólowej”) jest między innymi położone głęboko jądro migdałowate. Zarządza ono emocjami, zwłaszcza strachem, i właśnie nim uczy nas reagować na nieprzyjemne bodźce. Inną strukturą tej siatki powiązań jest kora czołowa. Tu kryje się nasza zdolność racjonalnego rozumowania i tu z pewnością tworzą się świadome – nieodruchowe – reakcje na cierpienie.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Nadwrażliwość zębów. Gdy jedzenie i picie sprawia ból

Trenuj śmiech

A zatem im więcej uwagi poświęcamy jakiemuś zadaniu niezwiązanemu z nieprzyjemnym bodźcem, tym mniej nieprzyjemny się on staje. Słowem: odczuwamy ulgę, gdy odwracamy uwagę od bólu czy cierpienia. Dlatego wielu bokserów, lekkoatletów czy piłkarzy w czasie meczu często nie zdaje sobie sprawy z odniesionych kontuzji. Dlatego też przy pasjonującej książce łatwiej nam zapomnieć o bólu głowy, a niektórzy dentyści usiłują łagodzić cierpienia swych pacjentów, puszczając im muzykę lub film. Ważny jest tutaj także nastrój. Przy odpowiednim nastawieniu psychicznym w układzie nerwowym zaczyna działać nasza własna wewnętrzna apteka: wydzielają się substancje zmniejszające ból – endorfiny.

Smutek i przygnębienie potęgują cierpienie, dobry humor (choć trudno go zachować, gdy coś nas boli) przynosi ulgę. To spostrzeżenie leżało u podstaw leczenia śmiechem. W USA i Europie Zachodniej już w latach 60. zaczęły powstawać tzw. kliniki śmiechu, gdzie pacjenci uczą się śmiania.

Wykorzystując wiedzę o śmiechu, w niektórych – także polskich – szpitalach zatrudnia się klaunów, których zadaniem jest rozśmieszanie pacjentów. Pacjentom puszcza się też w telewizji dużo komedii i programów satyrycznych. Cierpiący na chwilę odczuwają ulgę, co wpływa na ich samopoczucie i efekty leczenia.

Pionier leczenia śmiechem doktor Patch Adams na całym świecie prowadzi medytację śmiechu. Najpierw trzeba rozciągnąć mięśnie całego ciała. Potem na różne sposoby wykrzywiamy twarz – pokazujemy język, marszczymy nos. Dobrze jest obserwować swoje miny w lusterku. Następnym etapem jest myślenie o naszych kłopotach. – Wybierzcie najważniejszy i zacznijcie się śmiać – mówi lekarz do uczestników medytacji. – To bardzo ważne, że nie śmiejemy się z czegoś czy z kogoś, ale że staramy się zaakceptować swoje problemy, pogodzić się z tym, że one istnieją, i śmiać się pomimo to – tłumaczy.

Terapeutyczne efekty widać po trzech tygodniach codziennego śmiania się. Zaleca się tak medytować 15 minut codziennie. Najlepiej rano, z pustym żołądkiem. To ma przynieść ulgę na cały dzień.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Nadwrażliwość zębów - gdy boli nawet oddychanie

Przeklinaj i kochaj

Posiadając całą tę wiedzę, specjaliści podpowiadają kilka trików, które mogą przynieść ulgę. Po pierwsze, wąchaj piękne zapachy, to zmniejsza cierpienie – tak wynika z eksperymentów prowadzonych przez badaczy z Université du Québec in Abitibi-Témiscamingue. Przyjemna woń pobudza niektóre rejony kory przedczołowej odpowiedzialnej za uwagę i być może zmniejsza koncentrację na nieprzyjemnym bodźcu.

Po drugie, przeklinaj. Soczysty bluzg ma zdolność kojenia fizycznego bólu. Zjawisko nazywa się lalochezją.

Psycholog Richard Stephens z Keele University School of Psychology kazał ochotnikom trzymać ręce w lodowatej wodzie. Ci, którym pozwolono ulżyć sobie przekleństwami, wytrzymywali dłużej niż ci, którym pozwolono wykrzykiwać różne słowa, ale nie przekleństwa.

Ten eksperyment przyszedł badaczowi do głowy po uczestniczeniu w porodzie, podczas którego jego własna, na co dzień dość opanowana żona klęła jak szewc, twierdząc, że przynosi jej to fizyczną ulgę.

Po trzecie, zakochaj się. Miłość zalewa nasz mózg chemicznym koktajlem, który działa jak morfina.

Ulga? Można to wytrenować.