Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Iwona Hajnosz: Obecnie jest pan uznawany za jednego z bardziej doświadczonych chirurgów specjalizujących się w kolorektalnych operacjach robotycznych w Europie. Pracuje Pan na stałe w Szwecji, ale operuje również w Krakowie, np. w Szpitalu na Klinach.

Dr Jerzy Draus, ordynator oddziału kolorektalnego w Hallands Hospital Halmstad w Szwecji *: – Do Szwecji wyemigrowałem w 2003 roku. Teraz pracuję w szpitalu, w mieście, które słynie z dwóch rzeczy: grupy rockowej Roxette i z chirurgii robotycznej właśnie. Choć może warto dodać jeszcze trzecią, w Halmstad znajduje się jedna z ładniejszych plaż w Szwecji.

Decyzję o emigracji podejmował pan już pod kątem chirurgii robotycznej?

– Ależ skąd, zawsze nosiło mnie po świecie. Gdy wyjeżdżałem z Polski nie za wiele wiedziałam o chirurgii robotycznej. A w pierwszym roku pracy tam, czyli w roku 2004 trafił do mojego gabinetu pacjent, który już był po operacji usunięcia prostaty z pomocą robota. Moje pierwsze zainteresowania robotem da Vinci to rok 2007. Na początku były to dla mnie jakieś kosmiczne historie, ale gdy raz wykonałem taki zabieg, wiedziałem, że to rewelacyjna technika i od 2011 roku właśnie w tym się specjalizuję.

W 2004 roku już pan miał w Szwecji pacjentów po operacjach robotycznych prostaty. Polska medycyna w ostatnich latach dopiero z nimi ruszyła. To pokazuje skalę zapóźnienia naszego systemu ochrony zdrowia.

– Oczywiście, jest różnica, ale ta rewolucja robotyczna w całej chirurgii przyjdzie szybciej, niż nam się wszystkim wydaje. I mam tu na myśli również opór samego środowiska lekarzy, np. chirurgów. Po roboty najpierw sięgnęli urolodzy i ginekolodzy, ale ta zmiana idzie jak burza. Od ośmiu lat pacjenci w Szwecji już nawet nie pytają, jak będą operowani, bo wiedzą, że robotycznie. To już nie jest dla nikogo tutaj kosmos.

A na pana oddziale w Hallands Hospital Halmstad, jaki procent zabiegów wykonywanych jest z użyciem robota, laparoskopii, skalpela?

– W przypadku nowotworów odbytnicy może jeden zabieg na kilka lat to chirurgia otwarta. Reszta robot. W przypadku nowotworu jelita grubego – 80 proc. to robotyka. Posiłkuję się tu szwedzką statystyką, w której każdy pacjent onkologiczny jest rejestrowany w odpowiednim rejestrze i nie można go zoperować bez wprowadzenia takich danych. To są bardzo wiarygodne dane, które również pokazują geometryczny wzrost tego rodzaju zabiegów rok do roku. W Szwecji nie ma już mężczyzn, którzy by mieli resekcję prostaty wykonaną inna metodą niż robotyczną. Podobnie jest z nowotworami odbytnicy.

Czy ten standard wszyscy mają w ubezpieczeniu?

– W Szwecji każdy jest ubezpieczony i ma równy dostęp do świadczeń medycznych. Są co prawda dopłaty do pobytu w szpitalu, ale w tych realiach ekonomicznych to są grosze. Nie ma natomiast dopłat za procedury: jeśli dany rodzaj zabiegu jest medycznie uzasadniony, to zostanie wykonany. I nie znaczy to absolutnie, że Szwecji nikt nie liczy pieniędzy. Wręcz przeciwnie, bardzo. Co jest ciekawe, w tym kraju jest najmniej łóżek szpitalnych na populację, porównując to do całej Europy. I to wynika nie z tego, że nie stać ich na więcej, tylko to taki model opieki, w którym pacjent w szpitalu leży najkrócej, jak się da.

To zrozumiałe, bo doba w szpitalu – bez względu na kraj – jest bardzo droga.

– Gdy w roku 2014 robota, którym do tej pory operowaliśmy, chcieliśmy wymienić na nowszą wersję, musiałem przygotować plan ekonomiczny, który by uzasadniał wydanie tych ponad 2 mln euro. Wtedy policzyłem, że robotyka skraca czas pobytu pacjenta w szpitalu o cztery dni, a to są już ogromne oszczędności. Doba w szpitalu kosztuje 1500 euro, więc na jednym zabiegu jest 6 tys. euro oszczędności.

Gdy miał pan przyrównać stan rozwoju chirurgii robotycznej w Szwecji do Polski, to na jakim etapie jesteśmy?

– Na 10 mln mieszkańców Szwecji w tutejszych szpitalach pracuje 38 robotów. Czyli w Polsce powinno ich być teraz ponad 120, żeby było takie nasycenie jak tu. W województwie, w którym mieszkam, na 350 tys. są dwa roboty. A Kraków ilu ma teraz mieszkańców?

Około 700 tys.

– No to powinny być cztery roboty, a jest jeden.

Rzecz nie tylko w dostępie do urządzeń. Ile operacji dziennie wykonuje się z użyciem robota w pana szpitalu?

– Zależy jakich, ale te kolorektalne to skomplikowane zabiegi, standardem jest wykonanie dwóch dziennie. To takie minimum.

W polskich placówkach ta perspektywa jest inna. Nawet jak robot jest, to dostęp dla chirurgów jest ograniczony i operacji jest wykonywanych mniej.

– I to jest główny problem z tymi robotami w Polsce. Kiedyś miałem taką prezentację dla dyrektorów szpitali z południowej Szwecji o robotyce i jej uwarunkowaniach ekonomicznych. Podałem przykład szpitala, który zakupił robota i wykonuje 50 operacji rocznie. Ewidentny przykład złego wykorzystania publicznych pieniędzy. Wtedy wstaje jeden z uczestników tego spotkania i mówi, że tak się składa, że to on jest dyrektorem tego szpitala. Nie wiedziałem, jak mam się zachować. A on opowiada nam, dlaczego to zrobił. Kupił robota po to, aby zatrzymać w pracy ostatniego urologa w mieście. Bo bez robota urolodzy już nie funkcjonują.

Który to był rok?

– 2015.

Myślę, że w Polsce prościej byłoby o przypadki, w których urolog z robotem nie potrafiłby funkcjonować niż na odwrót!

– Ja zawsze powtarzam, że jeśli ktoś jest chirurgiem, to z robotem nie zostanie lepszym chirurgiem, tylko dostaje do ręki lepsze narzędzie do operacji i może wykonać lepszą chirurgię! Obecnie na światowych zjazdach chirurgii robotycznej pokazywane są nieprawdopodobne operacje onkologiczne, wykonywane np. przez krtań lub usta. W Europie ten postęp może jest mniejszy, ale w USA i Azji niedługo nie będzie innych zabiegów. W Szwecji też już się z tą myślą oswajamy. Gdy ostatnim razem byłem w USA na zjeździe, dowiedzieliśmy się, że rząd amerykański dał dotacje w wysokości ponad 30 mld dolarów po to, żeby w 2034 roku na rynek wszedł robot, który dzięki sztucznej inteligencji sam wykona zabieg, bez chirurga, za konsolą.

Będzie autonomiczny? Jak auto, które nie potrzebuje kierowcy?

– Tak. Te miliardy dolarów, o których wspomniałem, dostała grupa 160 osób, żeby ten projekt wprowadzić w życie. Ten trend jest już nieodwracalny. Tylko żeby było jasne, nie zmienia to faktu, że nawet autonomiczny robot i sztuczna inteligencja też będzie miała powikłania, bo taka jest chirurgia.

Jak często jest pan w Krakowie?

– Praca chirurga w Szwecji daje człowiekowi czas na inne aktywności. Przyjadę zawsze, gdy będą tu pacjenci.

Operacje robotyczne raka odbytnicy to pierwsze tego rodzaju zabiegi w Krakowie?

– Tak jak już mówiłem, jestem ogromnym ich zwolennikiem. Zabiegi kolorektalne wykonywane tradycyjną metodą chirurgiczną wiązały się, w przypadku 10 proc. pacjentów z infekcjami ran pooperacyjnych. Bardzo poważnymi – te rany goiły się tygodniami. Dzięki operacjom robotycznym takie problemy mamy może z jednym pacjentem rocznie i to jest taka infekcja, którą po tygodniu udaje się opanować.

Z czego wynika ta różnica w powikłaniach?

– Z mniejszego urazu operacyjnego. W tradycyjnej chirurgii są ciecia przez cały brzuch, który np. przez trzy godziny jest otwarty. Po takim czasie ryzyko infekcji jest olbrzymie. W robotyce ran otwartych nie ma. Dopiero na końcu robimy nacięcie, żeby wyjąć wycięte zmiany nowotworowe. Jak operujemy np. w obszarze miednicy małej, to widzimy krwawienia, które od razu tamujemy. Na otwartej byśmy ich nawet nie zauważali, a pacjent straciłby np. 400 ml krwi. Pamiętam, jak sam oddawałem krew, było to jeszcze na studiach, po utracie tych 400 ml czułem się fatalnie, a przecież byłem wtedy o wiele młodszy. To jak ma się czuć pacjent po rozległym zabiegu i takim krwawieniu?

Czy pana zdaniem roboty, a właściwie operacje robotyczne to w przypadku raka żołądka, trzustki, odbytnicy zawsze lepszy wybór dla pacjenta?

– Ja tak twierdzę, o ile można oczywiście wprowadzić instrumenty do jamy brzusznej. Robot to narzędzie, które pozwala wykonywać bardzo skomplikowane zabiegi. Ułatwia dostęp chirurgiczny, gdy chirurgia otwarta pokazuje swoje ograniczenia. Robot ujawnia swoje walory przede wszystkim w operacjach trudnych i skomplikowanych.

* Dr n. med. Jerzy Draus jest absolwentem Akademii Medycznej w Lublinie. pełni funkcję Ordynatora Oddziału Kolorektalnego w Hallands Hospital Halmstad w Szwecji. W kręgu jego szczególnych zainteresowań znajduje się chirurgia robotyczna, którą wykorzystuje w leczeniu nowotworów jelita grubego oraz odbytnicy, a także przepuklin brzusznych. Na swoim koncie z wykorzystaniem robota da Vinci ma ponad 1000 operacji kolorektalnych (jelita grubego) oraz ponad 300 operacji przepuklin brzusznych. Współzałożyciel European Academy of Robotic Colorectal Surgery, który w charakterze proktora szkolił, jak również oceniał pracę chirurgów onkologicznych używających systemu robotycznego da Vinci w ponad 40 klinikach na terenie Europy, m.in. we Francji, Szwajcarii, Szwecji, Norwegii i Finlandii. Twórca zespołu zapewniającego pełną opiekę nad onkologicznym pacjentem kolorektalnym, jak również ścieżki diagnostycznej, systemu szybkiej ścieżki chirurgicznej (Fast Track Surgery), chirurgii małoinwazyjnej (z użyciem da Vinci), opieki pooperacyjnej i ewentualnego leczenia onkologicznego. Autor licznych publikacji naukowych, który swoje doświadczenie i rezultaty swojej pracy publikował w wiodących światowych czasopismach kolorektalnych oraz prezentował na światowych zjazdach kolorektalnych i robotycznych. Członek licznych organizacji i stowarzyszeń m.in. Związku Lekarzy i Królewskiego Towarzystwa Chirurgów w Szwecji, European Society of Coloproctology, Clinical Robotic Surgery Association czy European Hernia Society.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.