Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

„Cześć, jestem Andrzej. Jestem alkoholikiem" – żeby wypowiedzieć te słowa na terapii, Andrzej czekał ponad 20 lat. Tak długo pił. Najpierw okazjonalnie, w weekendy. Potem coraz częściej po pracy. A potem w pracy i przed nią. W międzyczasie kilka razy był na detoksie. Wizyt w izbie wytrzeźwień nawet nie liczy. Trzy razy stracił pracę z powodu nadużywania alkoholu. Odebrano mu prawo jazdy. Raz zgodził się na leczenie zamknięte. Przerwał je. Na kilka lat stracił kontakt z synem, rozwiodła się z nim żona. Nie ukończył żadnej terapii. – Za każdym razem, gdy traciłem pracę, gdy z powodu picia wydarzała się jakaś tragedia, obiecywałem sobie, że tym razem to już koniec. Nie liczę, ile było tych końców. Wiem, że ostatni był trzy lata temu, gdy trafiłem do szpitala. Ledwo mnie odratowali, a ja postanowiłem sam siebie uratować. Poszedłem na terapię. Pierwszą, którą skończyłem. Nie piję od trzech lat – mówi.

W Polsce nadużywa alkoholu ok. 2,5 mln osób. Ok. 900 tys. pije nałogowo. Ponad 95 proc. alkoholików, którzy zdecydują się na detoks, wraca do picia, jeśli po odtruciu nie rozpoczną terapii.

– Kompleksowa terapia w uzależnieniu, zarówno od substancji – alkoholu, narkotyków, leków, jak i w uzależnieniach behawioralnych – od hazardu, komputera, seksu, pornografii czy zakupów to długotrwały proces, jeśli chcemy wyjść z nałogu – mówi Kinga Rochala z warszawskiego szpitala Allenort, specjalizującego się w leczeniu uzależnień.

Na rynku medycznym dostępnych jest wiele form leczenia, zarówno w klinikach prywatnych, jak i w systemie refundowanym przez NFZ. Są terapie krótkoterminowe, trwające średnio od 4 do 8 tygodni w zależności od rodzaju uzależnienia; długoterminowe w ośrodkach stacjonarnych, dedykowane osobom, które mają trudności z utrzymaniem abstynencji, terapie ambulatoryjne w oddziałach dziennych, terapie indywidualne i grupowe.

Nauczyć się regulować stany emocjonalne

– Podczas 4-tygodniowej terapii w naszym ośrodku odbywają się zajęcia grupowe, czyli grupy terapeutyczne, psychoedukacja, warsztaty służące zdrowieniu oraz sesje indywidualne. Zarówno sesje indywidualne jak i grupowe służą temu, aby pacjenci mogli zobaczyć doświadczenia innych osób, „spojrzeć w lustro", dowiedzieć się, co czują inni, jak sobie radzą. My rzadko myślimy o tym, że pacjent z jakiegoś powodu wiąże się z używką albo z destrukcyjnym zachowaniem. Myślimy o nich jak o niszczycielu, tymczasem w przeżyciach uzależnionego używka odgrywa rolę wybawiciela, przyjaciela, bo daje ukojenie – tłumaczy psychoterapeutka.

Niektórzy po kilkutygodniowej terapii w oddziale dają radę wytrwać w abstynencji, ale zdecydowanie wskazane jest, aby kontynuowali leczenie. Rochala podkreśla: – Ośrodek leczenia uzależnień to jest początek. To jest moment zatrzymania się, spojrzenia w głąb siebie, kontaktu z innymi uzależnionymi i spojrzenia na siebie w realnym świetle, ponieważ osoby uzależnione mają z tym trudność, patrzą na siebie przez pryzmat oddziaływujących patologicznych mechanizmów choroby – dodaje psychoterapeutka.

Choroba nieradzenia sobie z uczuciami i emocjami

Psychologia wyróżnia kilka mechanizmów uzależniania.

– Pierwszym jest mechanizm iluzji i zaprzeczeń. Chory minimalizuje, racjonalizuje chorobę, obwinia innych, zaprzecza jej. Pojawia się fantazjowanie i koloryzowanie wspomnień, np. po alkoholu. Uzależniony odwraca uwagę od choroby, myśli marzeniowo – wyjaśnia Kinga Rochala.

Drugim, najważniejszym mechanizmem jest nałogowe regulowanie uczuć. – Uzależnienie jest chorobą nieradzenia sobie z uczuciami i emocjami, nie chorobą uczuć i emocji – podkreśla Kinga Rochala. I tłumaczy, że osoby zdrowe, potrafiące radzić sobie z trudnymi stanami emocjonalnymi, np. w sytuacjach stresowych, mierzą się z problemami, dążą do rozwiązania trudnych sytuacji. Osoby chore dążą przede wszystkim do szybkiego uśmierzenia przykrych stanów emocjonalnych, do ich złagodzenia, a nie do zmiany sytuacji wywołujących np. stres. – Dążą do szybkiej ulgi, pojawia się u nich potrzeba, uczucie nie do wytrzymania, które nakazuje natychmiast rozładować napięcie, pozbyć się niewygodnych emocji, odczuć ulgę – wyjaśnia psychoterapeutka.

Na koniec pojawia się mechanizm rozdwojonego i rozproszonego „ja", „skrajne wersje siebie". Terapeuci wyjaśniają, że to sytuacja, w której osoba uzależniona doświadcza sprzecznych emocji i odczuć. „Ja" pod wpływem substancji jest pełne poczucia mocy, „ja" na kacu pełne poczucia winy, człowiek myśli o sobie: „Jestem zerem", ma wyrzuty sumienia, tzw. kaca moralnego. Zdarza się, że osoby uzależnione stają się agresywne, wydaje im się, że są pełne mocy, a gdy mija działanie używki, wypierają to, co się wydarzyło. – Zastaniawiają się, które „ja" jest prawdziwe, bo zaburzona zostaje spójność i integracja osoby uzależnionej. Ale często odpowiedź jest, że żadna z tych osobowości nie jest prawdziwa, bo obie działają pod wpływem używki – zaznacza psychoterapeutka. Terapia ma właśnie pomóc odnaleźć „siebie" bez używki.

Chory sam musi chcieć wyjść z choroby

Aby to jednak było możliwe, potrzebna jest motywacja do leczenia. – Czasami bliscy pacjentów pytają, co zrobić, aby pomóc osobie uzależnionej. Niektórzy mówią, że zrobili wszystko, bo chronili, dawali wsparcie i nie pomogło. Ale kryjąc osobę uzależnioną, załatwiając jej zwolnienie z pracy, nie pomagamy, tylko przyzwalamy na uzależnienie – podkreśla psychoterapeutka.

I opowiada o pacjentce, która powoli wychodzi z uzależnienia: jest po trzydziestce, pochodzi z dobrze sytuowanego domu, w którym – wydawać by się mogło – było wszystko. Rodzice również są uzależnieni od substancji, ale są wysoko funkcjonującymi osobami. – Ta kobieta trafiała na terapię jeszcze jako osoba niepełnoletnia, potem jako dorosła dalej podejmowała próby, ale bezskuteczne. Kilka lat temu skończyła studia, poznała mężczyznę i postanowiła, że musi zmienić swoje życie. Miała motywację, bo chciała być szczęśliwa, bo nie chciała stracić tego, co zyskała. Dziś kończy terapię i mówi wreszcie, że zdarza jej się być szczęśliwą – opowiada terapeutka.

Motywacja jest kluczem do sukcesu w wyjściu z nałogu. – To stan gotowości do podjęcia działania, by dojść do celu. On może być zewnętrzny: praca, rodzina, dzieci, ale może być też w zmianie nas samych. Musi ona jednak płynąć od osoby uzależnionej, ona musi chcieć sama się zmienić – podkreśla Kinga Rochala.

Dlatego psychologom trudno odpowiedzieć na pytanie, czy człowiek musi osiągnąć dno, by mieć się od czego odbić. – Bo każdy ma „dno" gdzie indziej. Dla jednych osoba bezdomna, stojąca pod budką z alkoholem pewnie osiągnęła już dno, ale być może dla niej samej nie. Dla innych historia mojej pacjentki nie będzie „dnem", bo przecież teoretycznie miała wszystko – dom, zamożnych rodziców, skończyła studia. Ale ona była samotna, rodzice wobec niej mieli ogromne wymagania, nie dawali jej wsparcia i ona emocjonalnie osiągnęła swoje „dno" – tłumaczy Kinga Rochala. To zmotywowało ją do zmiany.

Pomóc najpierw sobie, a potem innym

A czy zmienić chorego mogą tylko bliscy? Nie – nie mają wątpliwości lekarze. – Bliscy mogą pomagać, ale ta pomoc, wsparcie i motywacja to nie jest ochrona. Bliscy, którzy chcą pomóc, powinni najpierw dowiedzieć się o uzależnieniu, sami skorzystać z pomocy, bo uzależnienie to nie jest choroba tylko jednej osoby, ale całej rodziny, i... myśleć o sobie – mówi Rochala. Co to znaczy? – Bliscy muszą zająć się sobą, nie mogą poświęcać całej energii na osobę uzależnioną, bo to błędne koło. Trzeba pamiętać o swoim dobru, zdobyć wiedzę o uzależnieniu, rozmawiać, zachęcać do terapii, także wspólnej, ale też stawiać granice. I nie kontrolować, uznać swoją bezsilność, bo nie jesteśmy w stanie wyleczyć się za osobę uzależnioną – podkreśla psychoterapeutka.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.