Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Rak prostaty to najczęstszy męski nowotwór złośliwy w naszym kraju. Każdego roku rozpoznaje się go u ponad 16 tys. Polaków, a ponad 5 tys. z jego powodu umiera.

Przypadków raka prostaty jest więcej niż kiedyś, ponieważ mamy lepszą dostępność do badań i testów wykrywających chorobę. Żyjemy też coraz dłużej, a wiek jest głównym czynnikiem ryzyka rozwoju tego nowotworu (inne to m.in. nadwaga, otyłość i brak ruchu). Ale obecnie rak prostaty jest też diagnozowany u coraz młodszych osób.

- Przez lata uważaliśmy raka prostaty za nowotwór starszych panów i tylko ich badaliśmy w tym kierunku albo w ogóle ich nie badaliśmy, a jedynie czekaliśmy, aż pojawią się objawy - mówiła podczas konferencji Dziennikarskiego Klubu Promocji Zdrowia dr n. med. Iwona Skoneczna, onkolog ze Szpitala Grochowskiego oraz Narodowego Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie Państwowego Instytutu Badawczego w Warszawie.

I dodaje dla Wyborczej: Tymczasem wiadomo, że wczesny rak prostaty, nawet agresywny i zaawansowany, może nie dawać żadnych objawów. Dlatego zachęcamy także młodszych mężczyzn, by się badali. Jeżeli chcemy raka znaleźć na tyle wcześnie, by nie był on chorobą zaawansowaną, to musimy go zacząć wcześnie szukać. Kiedyś średni wiek rozpoznania raka prostaty wynosił 72-73 lata. W tej chwili mój najmłodszy pacjent ma 37 lat i został zdiagnozowany już z przerzutami. Takie przypadki to oczywiście rzadkość, ale panowie pięćdziesięcioparoletni to dziś raczej norma niż wyjątek.

Przyjemniejsze badanie

Badania przeprowadzone w Danii pokazały, że osoby, które w przyszłości zachorują na raka prostaty, już w wieku 45 lat mają średni poziom PSA wyższy niż reszta populacji.

- Dlatego ważne jest, by przynajmniej raz, w okolicach 40-tki, zrobić badanie PSA. Jeżeli wynik będzie powyżej 1, to taki mężczyzna powinien bardziej zadbać o regularną kontrolę prostaty i wykonywać badanie PSA przynajmniej raz do roku. Do tego, w miarę możliwości, można dołożyć badanie za pomocą rezonansu magnetycznego - mówi dr Skoneczna.

Badanie to zyskuje coraz większą popularność, bo w przeciwieństwie do nielubianego przez panów badania per rectum czy ultrasonografii TRUS (przezodbytniczej) jest wykonywane z zewnątrz oraz pozwala bardzo dokładnie zbadać całą prostatę. Czasem możemy nawet ocenić, czy potrzebna będzie biopsja prostaty, czy nie.

- Jeśli wykonamy badanie rezonansu magnetycznego prostaty na początku diagnostyki i badanie to będzie prawidłowe, to prawdopodobnie jedną czwartą panów uchroni to przed nieprzyjemnym i inwazyjnym zabiegiem, jakim jest biopsja – tłumaczy dr Skoneczna.

Badanie rezonansem ma jednak wadę - jest drogie i nie jest ciągle rutynowym elementem diagnostyki. Kosztuje zwykle ok. 800 -1000 zł.

Badanie rezonansem magnetycznym prostaty ma też inne zalety. - Jeśli widzimy nieprawidłowości, to pozwala dokładniej zaplanować, w którym miejscu należy wykonać biopsję, a także zaplanować leczenie, jeśli okaże się, że będzie ono potrzebne. W obrazie uzyskanym rezonansem widzimy też węzły chłonne okolicy prostaty oraz kości znajdujące się w pobliżu prostaty. Można więc ocenić, jak bardzo zaawansowana jest choroba - wyjaśnia dr Skoneczna.

Czasami opłaca się poczekać

W przypadku zdecydowanej większości nowotworów złośliwych postawienie diagnozy - rak - wiąże się z natychmiastowym podjęciem leczenia, np. zabiegiem chirurgicznym. Rak prostaty jest jednak szczególnym przypadkiem. Możliwe bowiem, że lekarz zaproponuje pacjentowi... czekanie. Mówimy wtedy o tzw. aktywnej obserwacji.

Dotyczy to np. sytuacji, w której rozwój nowotworu jest bardzo powolny, a prawdopodobieństwo zmian przerzutowych czy zgonu z tego powodu bardzo niewielkie. Szybkie rozpoczęcie leczenia nie przyniesie więc żadnego zysku ani nie wpłynie na długość życia. A dzięki aktywnej obserwacji można uniknąć skutków ubocznych związanych z operacją, takich jak np. nietrzymanie moczu czy problemy ze wzwodem. Ale jest to postępowanie dla wybranej grupy chorych i zawsze musi być poprzedzone rozmową z pacjentem i rozważeniem wszystkich "za" i "przeciw".

Jeżeli choroba zaczyna się dynamiczniej rozwijać, nadchodzi czas na aktywne, radykalne leczenie.

Zabieg lub naświetlania

W ramach leczenia radykalnego stosuje się zabiegi chirurgiczne lub radioterapię. W przypadku operacji lekarz usuwa gruczoł krokowy z guzem nowotworowym. W ostatnich latach coraz częściej stosuje się w tym zabiegu techniki laparoskopowe lub systemy robotyczne Da Vinci.

Laparoskopia to operowanie przez "dziurkę od klucza". Dzięki tej technice możemy precyzyjne usunąć prostatę, lepiej odtworzyć ciągłość dróg moczowych i w większym stopniu zachować struktury istotne dla właściwego trzymania moczu czy funkcji seksualnych. Technika ta sprawia, że operacja jest mniej obciążająca dla chorego i wiąże się z mniejszym ryzykiem powikłań. Pacjent szybciej też wraca do domu i do swojego codziennego życia. Podobnie jest w przypadku zabiegów z wykorzystaniem systemu Da Vinci.

W przypadku leczenia chirurgicznego ważny jest też ogólny stan zdrowia, to, czy pacjent jest otyły, czy dbał o aktywność fizyczną, jak się odżywiał itd.

- To wszystko ma znacznie i później procentuje. Osoby wysportowane, szczupłe, które dbają o wczesną diagnostykę prostaty, mają dużo większe szanse na to, że zabieg operacyjny będzie mniej okaleczający i wywoła mniej skutków ubocznych - mówi dr Skoneczna.

Inną formą leczenia radykalnego jest radioterapia. W przypadku jej zastosowania gruczołu krokowego się nie usuwa. Zlokalizowany w nim nowotwór jest niszczony przez kilka tygodni promieniowaniem i komórki nowotworowe stopniowo obumierają. Ostateczny efekt terapeutyczny uzyskujemy po kilku miesiącach.

Lekarze radioterapeuci potrafią dziś bardzo precyzyjnie celować wiązki w gruczoł krokowy, w którym rozwija się nowotwór, nie uszkadzając jednocześnie sąsiadujących narządów, np. pęcherza moczowego i odbytnicy.

Zgodnie z rekomendacjami pacjent powinien odbyć rozmowę z onkologiem radioterapeutą i z urologiem. Specjaliści powinni przedstawić wszystkie "za" i "przeciw" związane z leczeniem. Na samym końcu to pacjent ma wybrać najbardziej odpowiadającą mu metodę leczenia.

Formą radioterapii jest tzw. brachyterapia. W przypadku raka prostaty zabieg brachyterapii trwa ok. 1,5 godz. Polega na okłuciu prostaty igłami i wprowadzeniu źródła promieniotwórczego. Samo leczenie promieniowaniem trwa nie dłużej niż kilkanaście minut. Potem źródło promieniowania i igły są usuwane z ciała pacjenta. W zależności od stosowanego schematu leczenia zabieg taki należy powtórzyć 1-3 razy.

Problem z lekami

W przypadku raka prostaty w pierwszej kolejności stosuje się leki, których celem jest zahamowanie wpływu na komórki rakowe męskich hormonów płciowych - androgenów, w tym testosteronu. To tzw. kastracja farmakologiczna (w odróżnieniu od kastracji chirurgicznej, którą też można wykonać w takiej sytuacji).

Hormony płciowe są "paliwem", które napędza mnożenie się złośliwych komórek. Problem w tym, że z czasem komórki rakowe pozbawione tego paliwa (czyli testosteronu pochodzącego z jąder), same zaczynają go produkować. Stosuje się wtedy schematy leczenia z docetakselem - znanym od wielu lat lekiem przeciwnowotworowym - oraz nowsze leki: octan abirateronu, enzalutamid, apalutamid i darolutamid.

Badania wykazały, że bardziej agresywne nowotwory lepiej się leczy, jeśli leczenie obniżające poziom testosteronu zostanie połączone z chemioterapią. - A jeszcze lepsze wyniki leczenia uzyskamy wówczas, gdy na wczesnym etapie zastosujemy jednocześnie nową generację leków hormonalnych – mówi dr Skoneczna.

Nowoczesne leki mają - oprócz skuteczności - inne zalety. Przede wszystkim podawane są w formie tabletek doustnych. Pacjenci dostają tabletki i nie muszą przychodzić często do szpitala, co bardzo podwyższa ich komfort życia i jest szczególnie ważne w czasie pandemii.

Leki te różnią się szczegółami, ale wszystkie są dobrze tolerowane przez pacjentów i wygodne w stosowaniu. Zapewniają dobrą jakość i komfort życia, a także możliwość normalnej codziennej aktywności, również zawodowej. - Gdyby ktoś spotkał tych pacjentów na ulicy, to w ogóle nie przypuszczałby, że mają oni nowotwór i są w trakcie leczenia. Dużo tych chorych w trakcie leczenia funkcjonuje w podobny sposób jak przed chorobą – mówi dr Skoneczna.

Problemem jest dostępność nowoczesnych terapii.

Na dziś dostęp do tych terapii mają pacjenci, którzy - po pierwsze - mają przerzuty, a po drugie - mają raka prostaty opornego na kastrację (czyli wyczerpały się u nich możliwości tego pierwszego leczenia hormonalnego).

- Jednak leki te mogłyby przynieść korzyści także chorym z rakiem opornym na kastrację, u których nie doszło jeszcze do przerzutów. Zarówno z naszych obserwacji, jak i z najnowszych badań wynika, że nowoczesne leki u tych pacjentów opóźniają pojawienie się przerzutów średnio o dwa lata oraz wydłużają czas przeżycia nawet o kilkanaście miesięcy - mówi dr Skoneczna.

- Europa i Stany Zjednoczone leczą raka prostaty wszystkimi dostępnymi terapiami i na wszystkich etapach choroby, nie tylko przed i po chemioterapii, ale także przed wystąpieniem przerzutów. W Polsce takie leczenie na razie jest niedostępne, więc lekarze i pacjenci są skazani na czekanie. Co kilka miesięcy wykonują badania obrazowe, sprawdzają, czy nie ma przerzutów, by dopiero, jak się pojawią, wdrożyć nowoczesne leki antyandrogenowe. To niedorzeczne - mówi Bogusław Olawski, przewodniczący Sekcji Prostaty Stowarzyszenia "UroConti".

Problemem jest również to, w jaki sposób skonstruowane są programy lekowe w przypadku raka prostaty.

- Nowoczesne leki są dostępne tylko w ramach programów lekowych, czyli dla wybranych pacjentów w bardzo dobrej formie, u których ten efekt będzie zwykle najlepszy. Wynika to m.in. z tego, że w badaniach klinicznych nowych leków udział biorą głównie tacy pacjenci. Niestety, później, przy tworzeniu programów lekowych, płatnik (czyli państwo) opiera się na kryteriach, jakie były stosowane przy tych właśnie badaniach klinicznych. Skutkiem jest to, że z programów lekowych wykluczani są pacjenci w gorszym stanie ogólnym, w bardziej podeszłym wieku, z obecnymi chorobami współistniejącymi itd. Dla nich nowoczesne leki też byłyby dużą szansą na poprawę. Ale ze względu na konstrukcję programów lekowych, oni tej szansy nie dostają - wyjaśnia dr Skoneczna.

- Z badań epidemiologicznych ewidentnie widać, że w Polsce wskaźniki przeżycia na raka prostaty wśród najstarszych pacjentów są wyraźnie gorsze, niż można by się spodziewać. Powodem najczęściej jest właśnie to, że ci mężczyźni nie mają dostępu do nowoczesnych leków, gdyż nie spełniają kryteriów programów lekowych - dodaje.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.