Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

A jednak to Gawande może być tym, który zrewolucjonizuje myślenie o opiece zdrowotnej i zdrowiu właśnie dzięki użyciu nowych technologii. Lekarz stanął niedawno na czele specgrupy, która przygotuje kompleksowy system opieki zdrowotnej dla pracowników trzech amerykańskich gigantów: Amazona, Berkshire Hathaway, holdingu należącego do miliardera Warrena Buffetta, oraz JP Morgan Chase, największego w Stanach Zjednoczonych banku.

Firmy te łącznie zatrudniają w USA 1,2 mln osób. Choć nie podano szczegółów, informacja zatrzęsła branżą zdrowotną w Ameryce. Nowy system wykorzysta zapewne nowe technologie, by skuteczniej dbać o zdrowie ubezpieczonych w nim osób. Może pokazać, w jak dużym stopniu pacjent sam odpowiada za swoje zdrowie. I jakie konsekwencje może ponieść, jeśli tego nie robi.

Wszystko to stanie się możliwe dzięki danym, które mniej lub bardziej świadomie udostępniamy, korzystając ze smartfona czy monitorujących nas zegarków. Przedstawiając swój plan, inwestorzy nowego systemu opieki zdrowotnej przyznali, że najważniejszym elementem będzie technologia, która ma uprościć dostęp do opieki medycznej.

Trwają spekulacje, o co chodzi. Czy pracownicy „wielkiej trójki” będą korzystać z platformy online, która w razie potrzeby znajdzie dla nich specjalistę – jak najszybciej i jak najbliżej? A może częściej niż twarzą w twarz pacjenci będą widywać lekarzy na ekranach swoich smartfonów, co będzie tańsze i szybsze?

Im więcej technologii w opiece zdrowotnej, tym mniej danych o ich użytkownikach zostaje w sferze prywatnej. Amazon, największy sprzedawca online na świecie, już dziś jest kopalnią wiedzy na temat zachowań i preferencji swoich klientów – wie, czego szukamy, co oglądamy. Firma słynie z tego, że część rozwiązań, z których później korzystają konsumenci, najpierw testuje wśród swoich pracowników.

Niedawno Amazon kupił sieć spożywczą Whole Foods. Eksperci podejrzewają, że w przyszłości będzie tam chciał sprzedawać również leki. Im więcej dowie się wcześniej o zdrowiu swoich klientów (i pracowników), tym lepiej dla jego biznesu.

Aplikacja jak karta choroby

Jednym ze źródeł informacji o naszym zdrowiu są aplikacje, które instalujemy na smartfonach i tabletach. Pierwsze pojawiły się w 2008 r. Apple udostępnił wtedy użytkownikom iPhone’ów apki, dzięki którym mogli zacząć kontrolować swój styl życia – ilość ruchu czy liczbę spożywanych kalorii.

Dziś dostępnych jest ok. 325 tys. aplikacji poświęconych zdrowiu, fitnessowi i opiece medycznej (dane z raportu „mHealth App Economics 2017/2018. Current Status and Future Trends in Mobile Health”). Tylko w 2017 r. zostały one pobrane 3,7 mld razy. W start-upy rozwijające cyfrowe rozwiązania dla medycyny w 2016 r. inwestorzy włożyli prawie 5,5 mld dol. Najwięcej uwagi poświęcają informatycznym usprawnieniom w kontaktach online między lekarzem a pacjentem, wsparciu dla diabetyków, monitoringowi pracy serca, zażywaniu leków i profilaktyce.

W USA główną ambicją inżynierów, programistów i lekarzy współpracujących przy tworzeniu kolejnych aplikacji do kontrolowania stanu zdrowia jest osiągnięcie takiej precyzji pomiarów i analizy danych, by dostać pozytywną opinię Agencji Żywności i Leków (FDA) i podbijać rynek profesjonalnych urządzeń medycznych.

Ostatnio udało się to producentom nowego Apple Watch z funkcją EKG, monitoringu migotania przedsionków, wykrywania nieprawidłowego tętna i stanów omdlenia. – To inteligentny strażnik waszego zdrowia – mówił o zegarku Jeff Williams, szef Apple. Kardiolodzy byli ostrożniejsi w ocenach. – Pomiar z nadgarstka może nie ostrzec przed atakiem serca – stwierdził w telewizji NBC dr Michael Valentine, prezes American College of Cardiology. Przyznał jednak, że urządzenie świetnie przysłuży się do gromadzenia przydatnych danych o pacjentach.

A na tym szczególnie zależy twórcom medycznych gadżetów, z których coraz chętniej korzystamy. Im więcej danych o sobie dostarczamy, tym łatwiej udoskonalać kolejne modele smartwatchów i innych urządzeń. Informacje o nas podajemy na tacy przez samo używanie aplikacji, ale również przez akceptację warunków jej wykorzystania, które czytają nieliczni.

Aby przyspieszyć prace nad ulepszaniem Apple Watch, firma połączyła siły z naukowcami Uniwersytetu Stanforda (których najpierw wyposażyła w Apple ResearchKit, czyli oprogramowanie do prowadzenia prac naukowych). Wspólnie prowadzą zakrojone na wielką skalę badanie (The Apple Heart Study) nad aplikacją. Rekrutację pół miliona uczestników firma prowadzi m.in. przez Twittera. Wymogi, jakie stawia uczestnikom, to: brak chorób serca, posiadanie iPhone’a 5s lub nowszego oraz smartwatcha tego producenta.

– Apple stara się wyciągnąć uprawianie medycyny z miejsca, w którym obecnie się to odbywa – ze szpitali i klinik – i przenieść je na stronę konsumenta, a dokładnie do jego telefonu – skomentował w „The New York Times” jeden z ekspertów. Młodzi Amerykanie rewolucją technologiczną w medycynie są zachwyceni. Kiedy student drugiego roku medycyny z Nowego Jorku Daniel Poston przyłączył się do badań dla Apple’a, od razu pochwalił się tym w mediach społecznościowych. „Jestem dumny, że na początku mojej drogi w medycynie, mogę wziąć udział w jej technologicznej rewolucji” – obwieścił.

Entuzjazm wobec cyfryzacji medycyny jest wśród pacjentów tak duży, że w niektórych sytuacjach eksperci już próbują go nieco ostudzić. Przez Europę i Stany Zjednoczone przetoczyła się niedawno dyskusja na temat tego, na ile kobiety powinny wierzyć aplikacjom do mierzenia dni płodnych. W ogniu krytyki znalazła się najpopularniejsza aplikacja tego typu – Natural Cycles (pobrana przez milion użytkowniczek na całym świecie). Jej twórcy chwalą się 93-proc. skutecznością i tym, że dostała w Europie i w USA certyfikat cyfrowej metody antykoncepcji.

Ale tuż po tym, jak urzędnicy europejscy wydali taką decyzję, pojawił się raport z jednej z klinik aborcyjnych ze Szwecji. Na 668 kobiet, które usunęły tam w danym roku ciążę, 37 z nich polegało na wyliczeniach płodnych dni z Natural Cycles. Po tej informacji ginekolodzy zaczęli ostrzegać w mediach kobiety, że elektroniczny kalendarzyk oparty na pomiarach temperatury nigdy nie będzie tak skuteczny jak pigułka antykoncepcyjna.

Zdrowie w Big Brotherze

To, jak wiele wiedzą o nas właściciele aplikacji, uświadomiłam sobie podczas konferencji prasowej, na której prezentowano dziennikarzom inteligentną elektryczną szczoteczkę do zębów z przypisaną jej aplikacją na smartfona. Może ona kontrolować czas mycia, wskazuje, w których miejscach szczotkujemy prawidłowo, a w których należy tę czynność powtórzyć.

Podczas omawiania tych funkcji prezentująca je osoba pokazała nagle slajd z widokiem mapy świata i mieniącymi się na niej milionami punkcików. – W tych wszystkich miejscach ktoś właśnie myje zęby naszą szczoteczką – powiedziała nam. Skoro wiadomo, kiedy myje zęby, to również kiedy nie myje, kiedy robi to za krótko, niewłaściwie. Prywatne informacje o naszych nawykach wędrują w obszary, o których nie mamy pojęcia.

Mogą one dotyczyć różnych dziedzin, np. poziomu cukru we krwi, godzin snu, dni płodnych, dat stosunków seksualnych, jakości spermy, ilości spożytego alkoholu czy liczby wypalonych papierosów, samopoczucia, stresu itd. – aplikacje, które analizują dane na te tematy, można ściągnąć na telefon w kilka minut.

Może kiedyś się dowiemy, że za prywatne ubezpieczenie zdrowotne musimy zapłacić więcej, bo nasz styl życia zwiększa ryzyko zachorowań? Albo nie dostaniemy wymarzonej pracy, bo pracodawca uzna nas za przesadnie imprezowych?

Czy to realne? Z cytowanego już raportu „mHealth App” wynika, że do tej pory głównym dystrybutorem aplikacji zdrowotnych były strony internetowe ich producentów, lekarze, szpitale i firmy farmaceutyczne. Ale w ciągu najbliższych pięciu lat głównym graczem na rynku medycznych aplikacji staną się firmy ubezpieczeniowe – ocenili autorzy raportu. To one głównie będą dystrybuować aplikacje wśród klientów, bo to pomoże im lepiej kontrolować ich zdrowie, za którego reperację płacą, a więc również zmniejszyć wydatki na pokrycie kosztów leczenia.

Takie właśnie obawy mieli etycy, kiedy w 2017 r. FDA wydała pozytywną opinię dla tzw. cyfrowej pigułki o nazwie Abilify MyCite – leku stosowanego m.in. u chorych na schizofrenię, chorobę dwubiegunową i depresję. Tabletka ma czujnik, który po kontakcie z sokami żołądkowymi wysyła sygnał elektryczny. Ten odczytywany jest za pomocą inteligentnego plastra przyklejonego do klatki piersiowej pacjenta. Dane w ciągu pół godziny przesyłane są do aplikacji. Jeśli sygnał nie przyjdzie, włącza się alert, który przypomina, że czas na tabletkę.

Cyfrowa pigułka ma być rozwiązaniem dla tych chorych, którzy mimo zaleceń nie biorą regularnie leku. Ale kiedy tylko pojawiła się informacja o niej, eksperci wskazali kilka innych potencjalnych sposobów jej wykorzystania. Podobny czujnik można zastosować np. w monitoringu przyjmowania przeciwbólowych leków opioidowych, kontroli uczestników badań klinicznych nowych leków czy właśnie w relacjach między firmą ubezpieczeniową a pacjentem.

– Ubezpieczyciele mogą zachęcać pacjentów do korzystania z cyfrowych leków, oferując zniżki w składkach. Problem pojawi się, gdy nowe technologie w terapiach staną się ze strony firm ubezpieczeniowych ofertą nie do odrzucenia – przestrzegał w „The New York Times” dr Eric Topol, lekarz i ekspert w tematyce technologii cyfrowych w medycynie.

Taki cyfrowy Big Brother ma oczywiście swoje dobre strony, bo oddając część prywatności, zwiększamy szanse na skuteczniejsze leczenie.

Z nowych technologii już od dekady korzysta działająca w Kalifornii firma ubezpieczeniowa CareMore, które specjalizuje się w finansowaniu opieki medycznej dla starszych pacjentów. Przekazywaną przez nich składkę ubezpieczyciel wydaje w dużym stopniu na profilaktykę i zdalny monitoring stanu zdrowia ubezpieczonych.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Braster, Medivio, czyli technologie medyczne skracające odległość

Dzięki nowym technologiom ogranicza wizyty seniorów w przychodniach i czuwa nad ich terapią z lepszymi efektami niż konkurencja. Np. pacjenci z chorobami serca dostają do domu wagę i ciśnieniomierz, z których dane są cyfrowo przekazywane do ich lekarzy. Obowiązkiem chorych są regularne pomiary. Jeśli tego nie robią, przychodnia o tym wie. Wystarczyło pół roku, by liczba hospitalizacji tych pacjentów spadła o ponad połowę.

Opaska wezwie pomoc

Samorząd Łodzi zapowiedział, że dwa tysiące łódzkich seniorów weźmie udział w pilotażowym programie teleopieki, do którego rekrutacja zaczęła się w połowie sierpnia. Każdy dostanie elektroniczną opaskę na rękę, która samoczynnie będzie monitorować tętno, a w razie upadku użytkownika wyśle sygnał alarmowy do centrum teleopieki. Podobne rozwiązania od zeszłego roku sprawdzają też mieszkańcy Poznania. To najczęściej osoby po sześćdziesiątce, nie w pełni sprawne, zwykle samotne. Są po udarach, zawałach serca, mają problemy z pamięcią i poruszaniem się. Opaska i numer alarmowy mają im zapewnić poczucie bezpieczeństwa i w razie potrzeby na czas wezwać pomoc.

Jedną z tego typu medycznych opasek na nadgarstek – SiDLY – zaprojektowała Edyta Kocyk, absolwentka cybernetyki. – Kilka lat temu moja babcia zaczęła poważnie chorować, nie tylko na wiele chorób, które mają seniorzy, czyli tak naprawdę na wielochorobowość, ale do tego doszła jeszcze demencja. Znacznie pogorszył się jej stan. Demencja dopada coraz więcej starszych osób. Obecnie choruje na nią 44 mln osób na świecie. Moja mama musiała poświęcić znacznie więcej czasu opiece nad babcią, co wpłynęło na całą rodzinę. Babcia mieszkała sama i cały czas się o nią martwiliśmy, doskwierało nam to, że nie wiemy, co się z nią dzieje, zwłaszcza w nocy. Wpadłam więc na pomysł stworzenia urządzenia, które zdalnie wykonywałoby babci niezbędne badania: mierzyło temperaturę, puls, ciśnienie, oraz informowało o upadku. Kluczowe było, żeby to działo się samoistnie, bez ingerencji babci, bo jak wiadomo, starsze osoby często mają problem nawet z samym założeniem takich urządzeń, a co dopiero z ich obsługą. Tak narodziła się idea, żeby skonstruować opaskę na nadgarstek automatycznie wykonującą badania, przesyłającą dane do rodziny i powiadamiającą ją niemal natychmiast o niebezpiecznej sytuacji – opowiadała w „Wyborczej”. Dziś polskie opaski sprzedawane są do blisko 20 krajów.

Cyfrowych opiekunów ma też coraz więcej osób chorych na serce. Pacjenci Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu mają wszczepiane kardiowertery. Instalowane pod obojczykiem urządzenie chroni przed arytmią i innymi zaburzeniami pracy serca, które mogą doprowadzić do zawału i śmierci. Pracę serca regulują w sposób niezauważalny dla chorego. Dane z kardiowertera odczytuje baza, z której dane przekazywane są do centrum monitoringu telemedycznego w Zabrzu. W razie odnotowanego niebezpieczeństwa do pacjenta wysyłana jest karetka.

Tablety w szpitalach

Nowe technologie zmieniają również szpitale. Od kilku lat coraz więcej lecznic, również w Polsce, wyposaża pielęgniarki i lekarzy w mobilne urządzenia, na których gromadzone są informacje o pacjentach. Polskim prekursorem nowych technologii był Wojewódzki Szpital Specjalistyczny we Wrocławiu, który pierwszy pilotaż z tabletami przeszedł niespełna dekadę temu. Urządzenia pojawiły się na większości oddziałów. Pielęgniarkom przydały się podczas podawania leków.

Lekarze mogli wpisywać do elektronicznej dokumentacji zalecenia i mieli stały dostęp do pełnej dokumentacji chorego. Tablety pomagają też w pracy lekarzy w Szpitalu Miejskim w Zabrzu. Każdy przyjmowany tam na oddział pacjent dostaje opaskę z kodem. Po jego zeskanowaniu przez tablet lekarz uzyskuje dostęp do dokumentacji medycznej chorego. Zapisują się w nim wszystkie wyniki badań, przeprowadzone zabiegi i zaordynowane leki.

– Laptopy na porannym obchodzie, elektroniczne karty zleceń lekarskich, tablety, w których z każdego miejsca w szpitalu można sprawdzić pełną historię choroby pacjenta, ułatwiają i przyspieszają pracę całego personelu. Dzięki elektronicznemu przepływowi informacji znacznie szybciej obsługujemy pacjentów w izbie przyjęć – mówi Anita Przytocka, rzeczniczka szpitala w Zabrzu.

Laptopy umieszczone są na specjalnych wózkach. W czasie badania chorego zalecenia lekarza są na bieżąco wprowadzane do pamięci komputera. Później mają do nich dostęp np. inni lekarze pełniący dyżury nocne czy pielęgniarki aplikujące leki. Dokumentacja jest dostępna online, również ta z poprzednich pobytów w szpitalu, nie trzeba więc wypożyczać dokumentów z archiwum. Ale pacjent, kiedy opuszcza szpital, wypis i dokumentację dostaje w formie papierowego wydruku. Komputery, z których korzystają lekarze, połączone są w zintegrowaną sieć obejmującą cały szpital. – Podłączone są do niej wszystkie oddziały, pełna dokumentacja medyczna, rejestr leków i system zaleceń – wymienia Przytocka. – Technologie doceniają nie tylko pracownicy, ale też nasi pacjenci – dodaje.

W Szpitalu Wojewódzkim w Suwałkach, gdzie tablety z dwiema kluczowymi aplikacjami – Obchód Lekarski i Obchód Pielęgniarski – pojawiły się ponad trzy lata temu, czas udzielania pomocy medycznej pacjentom skrócił się o jedną trzecią. Potwierdzają to badania Uniwersytetu Oksfordzkiego, który sprawdził, że średni czas wpisania danych do karty pacjenta podczas porannego obchodu to 3 min 35 s, a do tabletu – 2 min 30 s. Wprowadzone przez lekarza zalecenia od razu trafiają do bazy centralnej, dokumentacja medyczna pacjenta jest na bieżąco aktualizowana i staje się widoczna dla wszystkich zajmujących się danym pacjentem. Lekarz w chwili ich pojawienia się w systemie może odczytać najnowsze wyniki, np. badań laboratoryjnych, tomografii czy testów histopatologicznych.

Tablety, których używają lekarze, zwykle różnią się od urządzeń, z których korzystamy na co dzień. Szpitale inwestują w znacznie droższe (kosztują ok. 10 tys. zł za sztukę) tzw. tablety medyczne – są znacznie bardziej wytrzymałe na uszkodzenia, ich budowa umożliwia dezynfekcję, mają bardzo trwałe baterie.

Inwestowanie w nowe technologie jest dla szpitali opłacalne. Z przeprowadzonych w 2015 r. w USA badań firmy Ricoh wynika, że 74 proc. szpitali, które korzystają z tabletów albo innych mobilnych urządzeń do gromadzenia danych medycznych, pracuje wydajniej niż szpitale, które nie stosują nowych technologii. Ponad połowa pacjentów objętych taką elektroniczną opieką przyznała, że dzięki temu ich pobyt w szpitalu był mniej stresujący.

Powodów jest kilka: personel medyczny zamiast na papierkowej robocie skupia się bardziej na kontaktach z pacjentami. Chorzy mają lepszy dostęp do informacji o własnym zdrowiu, dzięki czemu czują się bezpieczniej. Są też szybciej obsługiwani. Poza tym szpitale wdrażające nowe technologie mają wizerunek placówek nowoczesnych, którym z większym zaufaniem pacjenci są gotowi powierzyć swoje zdrowie. Dlatego większość nie ma nic przeciwko temu, by modernizujące się szpitale wydawały fundusze w pierwszej kolejności właśnie na tego typu usprawnienia.

Zamiast lekarzy i pielęgniarek – roboty

W Japonii to się już dzieje. Na początku 2018 r. Szpital Uniwersytecki Nagoya rozpoczął pilotażowy program, w którym cztery roboty ze zdolnością samodzielnego poruszania się wspierają pielęgniarki na nocnych dyżurach. Maszyny przypominające designem lodówki rozwożą pacjentom leki i pobierają od nich próbki.

Polscy pacjenci nie mieliby nic przeciwko, gdyby na szpitalnych korytarzach wydarzyła się podobna rewolucja. Z opublikowanego w ubiegłym roku raportu firmy doradczej PwC „Dlaczego sztuczna inteligencja i roboty na nowo zdefiniują opiekę zdrowotną” (przeprowadzonego w 12 krajach – w tym w Polsce) wynika, że 55 proc. pacjentów jest gotowych na zastąpienie lekarzy przez zaawansowane technologie oraz roboty. Sztuczna inteligencja może pomóc w postawieniu diagnozy dzięki temu, że jest w stanie przeanalizować ogromne ilości danych produkowanych przez maszyny, do których podpina się pacjenta. Ten ogrom danych często przerasta lekarzy.

– Do AI można podpiąć dane pochodzące nie tylko z osobistego monitora zdrowia, np. ukrytego w zegarku, ale też analizatora DNA – człowieka czy patogenu. Poza tym sztuczna inteligencja pomaga w wybraniu spersonalizowanej kuracji. AI może przejrzeć dane medyczne z całego świata i znaleźć podobne przypadki oraz rozważyć, na ile są one związane – genetycznie, objawami, przyczyną choroby – z pacjentem. Może szybko sprawdzić, czy kuracja zastosowana na drugim końcu świata pomogła, czy nie, i dlaczego – opisywał możliwe zastosowanie sztucznej inteligencji w medycynie na łamach „Wyborczej” Ronen Tal-Botzer, specjalista od sztucznej inteligencji, genomiki i biomedycyny z Uniwersytetu Bar-Ilan w Izraelu.

Rosnące znaczenie mają również roboty medyczne. Już dziś umożliwiają dokładniejsze operowanie, a według ekspertów kwestią czasu jest to, by zaczęły wykonywać zabiegi samodzielnie. I może jeszcze z wykorzystaniem druku 3D.

Demokracja w zdrowiu

Cyfrowy przełom, która zmienia oblicze medycyny, dr Eric Topol nazywa demokratyzacją. W wydanej w 2015 r. książce „The Patient Will See You Now. The Future of Medicine Is in Your Hands” w centrum tej rewolucji postawił smartfona, dzięki któremu pacjenci na serio zaczynają interesować się i zajmować własnym zdrowiem – wykonując z jego pomocą więcej coraz bardziej zaawansowanych badań. W swoich przewidywaniach Topol stawia mocne tezy. Pisze m.in., że „szpitale w formie, w której je znamy dzisiaj, przestaną istnieć”.

W jego wizji szpitalne łóżko przyszłości będzie się znajdować nie w szpitalu, ale w domu pacjenta – z biosensorami monitorującymi parametry życiowe, smartfonami analizującymi te dane, centrami kontrolującymi przestrzeganie zaleceń lekarskich, a nawet inteligentną podłogą do monitorowania chodu, jeśli np. pacjent ma zalecony ruch. Wizyty w gabinetach lekarskich zastąpią konsultacje online, a pacjenci w dużym stopniu będą diagnozować się sami (tzn. z pomocą sztucznej inteligencji), wizyty u lekarzy w realu rezerwując na najtrudniejsze sytuacje.

Wizja Topola bardziej podoba się pacjentom niż lekarzom. W badaniu Medscape na ten temat (2016 r.) pomysł wykorzystania technologii cyfrowych do samodiagnozowania poparło 39 proc. pacjentów i zaledwie 18 proc. lekarzy. Zdaniem trzech czwartych medyków dostęp do wyników badań laboratoryjnych pacjenci powinni mieć wyłącznie po opisaniu ich przez lekarza. Podobne zdanie ma co drugi pacjent. Dwie trzecie pacjentów i zaledwie co trzeci lekarz są entuzjastami konsultacji medycznych przez wideorozmowę czy maile.

Ankietowani lekarze nie uzasadniali podstaw swoich obaw. Ale może właściwy trop wskazał wspomniany na początku Atul Gawande. Kiedy dziennikarz zdziwił się jego opinią, że medycyna wciąż staje się lepsza dzięki ludziom, a nie technologiom, chirurg podkreślił, że największym jej osiągnięciem w ciągu ostatnich lat jest mocniejsze skoncentrowanie się na pacjencie, m.in. przez dążenie do wyeliminowania bólu w terapii, włączanie chorego w planowanie leczenia itd. A to robią ludzie.

Podstawowy zarzut Gawandego wobec sztucznej inteligencji to postępujące odhumanizowanie relacji pacjent – lekarz. – Obserwuję, jak młodzi lekarze czują się uwięzieni w świecie, w którym wszystko, co powinni wiedzieć, znajduje się na ekranie komputera. Gdy idę korytarzem mojego szpitala, nie spotykam po drodze lekarzy. Po obchodzie uciekają do dyżurki i siadają do laptopów. Wiele nieformalnych interakcji, które zachodziły między pielęgniarkami i lekarzami a pacjentami i ich rodzinami, wyparowało – stwierdził.

O nowych technologiach w medycynie rozmawiali uczestnicy VIII Edycji Europejskiego Forum Nowych Idei, które odbyło się pod koniec września w Sopocie.

Czekamy na Wasze historie, opinie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.