Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W sondażu firmy badawczej GFK Polonia pielęgniarki – obok strażaków, farmaceutów i żołnierzy – cieszą się najwyższym zaufaniem społecznym Polaków. Jednak one same w ankietach na temat satysfakcji z uprawianego zawodu przyznają, że są rozczarowane, zmęczone i sfrustrowane.

Według badań przeprowadzonych przez Zakład Pielęgniarstwa Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego niski lub bardzo niski poziom satysfakcji zawodowej deklarowało 75 proc. zbadanych w ankiecie polskich pielęgniarek i (dla porównania) 16 proc. norweskich. Bardzo wysoką satysfakcję z pracy odczuwa 1 proc. polskich pielęgniarek i co piąta norweska.

Poprosiliśmy przedstawicieli tego zawodu, by opowiedzieli nam o swojej pracy, różnicach między polskimi i zagranicznymi szpitalami. Zapytaliśmy też, jakie zmiany w systemie ochrony zdrowia mogłyby ich zdaniem poprawić sytuację pielęgniarek i pacjentów.

Mamy bardzo dużo możliwości rozwoju zawodowego, trudniej o godne życie

Maria – pielęgniarka rodzinna z Poznania:

– Dyplom w szkole pielęgniarskiej w Gnieźnie odbierałam w 1980 r. Była to wtedy jedna z najlepszych szkół tego typu w kraju. Ostra weryfikacja wstępna sito podczas nauki. Zaczynaliśmy w 40 osób, do końca dotrwała nieco ponad połowa.

Dzięki wysoko postawionej poprzeczce ze szkoły wychodziły pielęgniarki doskonale wykształcone i pewne wyboru, który podjęły. Podkreślam to, ponieważ dziś do zawodu wiele osób idzie głównie kuszonych myślą, że zdobyte w Polsce wykształcenie pielęgniarskie wykorzysta w lepiej płatnej pracy za granicą.

Wtedy o pieniądzach nikt nie myślał – wszyscy zarabiali mało. Taka równość w biedzie. Pensja pielęgniarki była porównywalna z wynagrodzeniem pracownika przy taśmie w fabryce. Wystarczało na codzienne utrzymanie, ale za mało, aby coś odłożyć. Dodatkowych godzin nikt nie brał, ponieważ szpitalom nie brakowało personelu – dyżury były w pełni obsadzone.

Pierwsza praca była dużym wyzwaniem. Miałam 20 lat i z przydziału trafiłam do szpitala psychiatrycznego w Gnieźnie. Szkoła życia, pokory i zrozumienia dla ludzkiego cierpienia.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Zostajemy bez pielęgniarek

W kolejnych latach pracowałam m.in. na oddziale chirurgii z ortopedią w szpitalu w Poznaniu, w podstawowej opiece zdrowotnej, a nawet w żłobku. W 1988 r. uzyskałam kwalifikację w dziedzinie pielęgniarstwa środowiskowego, a w kolejnych latach zrobiłam specjalizację z pielęgniarstwa rodzinnego i zajmuję się nim do dziś.

Odwiedzając pacjentów w ich domach, stykam się z wszelkimi chorobami i życiowymi sytuacjami. Potrzebuję wiedzy ogólnej, pediatrycznej, onkologicznej, ortopedycznej, a nawet znajomości obowiązujących aktów prawnych niezbędnej podczas udzielania świadczeń zdrowotnych. Muszę być wszechstronna. Dlatego skończyłam również studia z zarządzania zakładami opieki zdrowotnej. Ale nie byłabym spełniona, gdym nie zrobiła jeszcze tej jednej rzeczy dla siebie – skończyłam też filozofię.

Nie sądziłam, że odnajdę się w pielęgniarstwie rodzinnym. Kiedy wybierałam szkołę, wyobrażałam sobie siebie w szpitalu. A jednak ten rodzaj kontaktu z pacjentami dostarcza mi więcej satysfakcji – nasze relacje są niekiedy wieloletnie, znam ich rodziny, dzieci czy wnuki. Dziś to już duża społeczność, której członkowie powierzają mi swoje zdrowie, ale też swoje codzienne sprawy.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Ile się zarabia w polskim szpitalu [LISTA PŁAC]

Pracuję od poniedziałku do piątku, do dyspozycji pacjentów jestem pomiędzy 8 a 18. Jeszcze kilka lat temu, przed zmianą przepisów, pełniłam dyżury w weekendy. Dziś przejęła je nocna i świąteczna opieka medyczna. Dojeżdżam do chorych samochodem. To duże ułatwienie, szczególnie kiedy wspomnę, że zaczynałam, chodząc do pacjentów pieszo lub dojeżdżając rowerem.

Niektórych podopiecznych odwiedzam kilka razy w tygodniu, innych rzadziej. Według wytycznych Narodowego Funduszu Zdrowia mogłabym mieć pod opieką do 2,5 tys. pacjentów. Ja mam poniżej 2 tys., otwierają się nowe poradnie lekarzy rodzinnych, od kilku lat permanentnie ubywa pacjentów z mojej listy.

Każdy pacjent ma prawo wybrać swoją pielęgniarkę rodzinną – przychodnie lekarza rodzinnego nie powinny narzucać nikomu tego ustawowo wolnego wyboru. Podkreślam to, bo wiele osób nie wie, że ma takie prawo, i nawet nie zna nazwiska swojej pielęgniarki rodzinnej.

Rytm moich obowiązków wyznaczają rozpoznane potrzeby pacjenta, rodziny według ustalonego wspólnie z pacjentami planu opieki pielęgniarskiej. To m.in. zabiegi wykonywane na zlecenie lekarza, np. podanie kroplówki, leków, wykonanie opatrunku, ale również planowane wizyty u pacjenta, rodziny połączone z promocją zdrowia, edukacją zdrowotną, profilaktyczną opieką nad dziećmi oraz osobami przewlekle chorymi.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Jak zatrzymać pielęgniarki w szpitalach

Wśród podopiecznych jest coraz więcej starszych, samotnych ludzi. Nawet jeśli mają rodziny, to często ja jestem osobą, z którą widują się częściej niż z bliskimi.

Nigdy nie wiem, czego spodziewać się po przekroczeniu progu mieszkania. Najgorzej, gdy ktoś nie otwiera. To jedna z najtrudniejszych dla mnie sytuacji – kiedy pukam do kogoś i zastaję tylko ciszę. Może to oznaczać najgorsze.

Praca wymaga zachowania spokoju. Zawsze próbuję znaleźć rozwiązanie na bieżąco. Przez lata wypracowaliśmy dobre formy współpracy z lekarzami – konsultujemy na bieżąco sytuacje zdrowotne pacjenta.

Do moich zadań należy również współpraca z różnymi organizacjami i instytucjami działającymi na rzecz pacjenta. W razie potrzeby mogę też zadzwonić na policję. Muszę być czujna, by potrafić np. wychwycić przemoc w rodzinie. Czasem pomagamy rodzinie zakładać Niebieskie Karty. Zawsze jednak pamiętam, że mieszkanie pacjenta to jego azyl, muszę z pokorą i szacunkiem podchodzić do wszystkiego, co w nim zastaję.

PielęgniarkaPielęgniarka Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl

Niekiedy bywa też niebezpiecznie, trafiamy przecież do różnych środowisk. Tu pomaga mi doświadczenie z psychiatrii, gdzie opiekowałam się osobami obarczonymi uzależnieniami i schorzeniami psychiatrycznymi w różnych fazach choroby.

To zawód trudny i wymagający, ale na szali zysków i strat więcej jest tych pierwszych. Czerpię od moich pacjentów wiedzę i doświadczenie, ciągle uczę się wielkiej pokory wobec choroby i cierpienia, szczególnie od pacjentów w terminalnej fazie choroby.

Najbardziej boli mnie bezradność. Trudno pogodzić mi się z sytuacjami, kiedy pacjenci z powodów finansowych nie mogą przyjmować potrzebnych im leków, kiedy nie stać ich na dobry materac przeciwodleżynowy czy środki do leczenia ran.

Jestem u schyłku kariery. 38 lat w zawodzie, do emerytury – trzy. Zostanę dłużej, jeśli pozwoli mi zdrowie oraz sytuacja prawna regulująca możliwość samodzielnego kontraktowania świadczeń z NFZ przez pielęgniarki rodzinne.

Praca daje więcej satysfakcji niż korzyści materialnych. Prowadzę własną działalność gospodarczą w ramach kontraktu z NFZ w zakresie pielęgniarki podstawowej opieki zdrowotnej, w rozumieniu prawa jestem przedsiębiorcą, w związku z tym ponoszę koszty prowadzenia podmiotu leczniczego.

Zarabiam poniżej średniej krajowej, odkładanie na emeryturę jest trudne. Niskie zarobki to największy minus tego zawodu w polskich realiach. Pielęgniarki mają bardzo dużo możliwości rozwoju zawodowego, trudniej o godne życie.

A jednak, gdybym miała wybrać raz jeszcze, powtórzyłabym swoją decyzję. W ciągu tych prawie 40 lat uprawiania pielęgniarstwa miałam wiele możliwości zmiany zawodu, a jednak nawet gdy było wyjątkowo ciężko, nie wycofałam się. Także dlatego, że od początku miałam szczęście – trafiałam na przewodniczki po tym trudnym zawodzie. Dzięki nim mimo wielkiego wysiłku fizycznego i psychicznego, jaki wkłada się w jego wykonywanie, nigdy pielęgniarstwa nawet na chwilę nie zostawiłam.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Nadchodzi kolejny kryzys w służbie zdrowia. Gdzie najszybciej zabraknie pielęgniarek?

Gdybym nie prowadził własnej działalności, już dawno byłbym w Norwegii

Ariel Szczotok – pielęgniarz i ratownik medyczny, prowadzi centrum medyczne w Warszawie:

– Zanim zdecydowałem się na studia licencjackie z pielęgniarstwa, od pięciu lat byłem już ratownikiem medycznym. Kiedy kilka lat temu zacząłem analizować, jak będzie wyglądać moja przyszłość, doszedłem do wniosku, że jeśli mam zostać w Polsce, to tylko pod warunkiem, że nie będę do końca życia jeździć w karetce.

Miałem dwa pomysły – rozwój kariery w szpitalu (do tego właśnie potrzebne były mi dodatkowe studia) albo podjęcie własnej działalności – prowadzenie centrum medycznego podstawowej opieki zdrowotnej.

Wypalił plan B, choć wymaga to ode mnie ogromnego poświęcenia. Pracuję ok. 350-380 godzin w miesiącu. Prowadzę centrum razem z kolegą, w ośrodku zatrudniam też żonę, dlatego pracą żyjemy non stop. Tematy z przychodni przenosimy do domu i dalej nad nimi dyskutujemy.

Godziny pracy dzielę między sprawy administracyjne, pracę ratownika i gabinet zabiegowy – w roli pielęgniarza. Mam specjalizację z pielęgniarstwa środowiskowego i rodzinnego – na kursie byłem pierwszym od dziesięciu lat mężczyzną, który zdecydował się właśnie na tę specjalizację. Będący w mniejszości w tym zawodzie mężczyźni (na roku było nas 15) wybierają zwykle inne kierunki, np. pielęgniarstwo anestezjologiczne. Ja zdecydowałem się zdobywać wiedzę, która potrzebna jest w podstawowej opiece zdrowotnej.

MedycynaMedycyna Fot.123 RF

Nie boję się opieki pediatrycznej, lubię wykonywać badania leżące w zakresie moich obowiązków, np. EKG, pobieranie krwi, zastrzyki. Procentuje doświadczenie zebrane w pogotowiu – empatia, opanowanie, szybkie reagowanie.

Obserwuję, jak na przestrzeni tych niemal 11 lat, które przepracowałem w ochronie zdrowia, polskie pielęgniarstwo się zmienia. Pielęgniarki są coraz lepiej wykształcone i stają się bardziej autonomiczne – choć wiem, że wciąż ten zakres samodzielności jest mniejszy niż na Zachodzie. Jeszcze dwa lata temu pielęgniarki nie mogły wystawić żadnej recepty, dzisiaj jest całkiem sporo leków, które – w porozumieniu z lekarzem – pielęgniarka może zaordynować pacjentowi.

Ta samodzielność to dla każdego ośrodka medycznego ogromne usprawnienie organizacyjne, ponieważ odciążony lekarz może w większym zakresie skupić się na konsultacjach pacjentów.

PRZECZYTAJ TAKŻE: "Na SOR-ze jest jak na froncie". Pacjenci atakują ratowników i pielęgniarki [REPORTAŻ]

Warunkiem poprawy sytuacji pracowników ochrony zdrowia i pacjentów są według mnie dwa równoległe rozwiązania – podniesienie nakładów na leczenie, wprowadzenie współpłacenia za wizyty (kilka-kilkanaście złotych) oraz dodatkowych ubezpieczeń, które przełamią monopol NFZ. W systemie pojawi się wtedy więcej pieniędzy – na świadczenie i wyższe wynagrodzenia. Pokładałem wielkie nadzieje w proteście rezydentów, ale zawarty przez nich kompromis z Ministerstwem Zdrowia niewiele w obecnej rzeczywistości zmienia.

Dziś pielęgniarki zarabiają za mało, biorąc pod uwagę czas spędzany w pracy, szeroki zakres obowiązków, przeciążenie psychiczne, oczekiwania pracodawców i pacjentów. Przyjęta niedawno ustawa o wynagrodzeniach minimalnych, która reguluje m.in. zarobki pielęgniarek, jest krzywdząca – stawki dla naszej grupy zawodowej są na tym samym poziomie co asystentów medycznych, których kompetencje są znacząco niższe.

Gdybym więc nie miał dziś własnej działalności, nie godziłbym się na takie warunki pracy i od dawna byłbym już w Wielkiej Brytanii lub Norwegii.

W Anglii mogłam liczyć na pomoc szpitalnego psychologa.

Małgorzata Kowal-Greber – 38 lat, pielęgniarka z oddziału kardiochirurgii z salą pooperacyjną szpitala klinicznego w Łodzi:

– Jestem pielęgniarką od czterech lat. Wybór tego zawodu to był życiowy zwrot o 180 stopni. Miałam już tytuł magistra stosunków międzynarodowych i podyplomowe studia z mikro- i nanotechnologii na politechnice.

Pomyślałam: nigdy nie jest za późno na zmiany. Mam jedno życie, fajnie byłoby w nim robić coś, co kocham. Czułam potrzebę czynienia dobra. Kocham ludzi, chcę być pomocna. To ma najwyższą wartość.

Poza tym jestem mamą, a troska o córkę jest dla mnie najważniejsza. Czuję się bezpieczniej dzięki umiejętnościom medycznym, które pozwolą mi jej pomóc, gdy będzie potrzeba.

Pierwszy rok po studiach przepracowałam jako instrumentariuszka w szpitalu w mniejszej miejscowości. Chciałam jednak czegoś więcej. Pomyślałam: wyjazd do Anglii. Kierowały mną ciekawość i chęć spróbowania czegoś nowego. Szlaki miałam przetarte, już kilka lat wcześniej pracowałam tam i uczyłam się. Ważne było dla mnie również to, że dzięki wyjazdowi córka nauczy się angielskiego szybciej niż przez lata w polskiej szkole.

Polskie pielęgniarki karierę na Wyspach zaczynają zwykle od domów opieki. Mnie udało się znaleźć pracę na oddziale pooperacyjnym w szpitalu pod Londynem.

Kwalifikacje z Polski były uznawane, ale musiałam przejść wiele testów, które były warunkiem dopuszczenia do wykonywania poszczególnych czynności przy pacjencie, nawet tak detalicznych jak podłączanie kroplówki. Szybko zorientowałam się, że panują tam inna organizacja i filozofia pracy niż w naszych szpitalach.

Pielęgniarki są mocno wyspecjalizowane i mają węższy zakres obowiązków. Na kursy doszkalające kierują pracodawcy. Również je finansują, za co pielęgniarka zobowiązana jest przez określony czas pracować w danej placówce.

Ścieżka kariery jest pięciostopniowa, punktem wyjścia jest etap podstawowy, gwarantujący zarobki ok. 22 tys. funtów rocznie. To niezbyt wiele, zważywszy na koszty życia na Wyspach.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Pielęgniarki, przedsiębiorcy, rolnicy, profesorowie wyższych uczelni. Kto może, odchodzi na emeryturę

Doskonale rozwiązywany jest problem braków kadrowych. Pielęgniarki pełnią dodatkowe dyżury tam, gdzie akurat są potrzebne – na różnych oddziałach własnego szpitala bądź w innych placówkach. Zlecenia gromadzone są w tzw. bankshift, do którego pracodawcy zgłaszają zapotrzebowanie na obsadzenie dyżurów, a pielęgniarki – chęć dodatkowej pracy i możliwe grafiki.

Podobny grafik prowadzi NHS (odpowiednik naszego NFZ), pielęgniarki i lekarze mają dostęp do programu komputerowego, który również wyświetla informacje o tym, kto jest poszukiwany. Oddziały szpitalne szukają dodatkowego personelu także przez agencje pracy. Z punktu widzenia pielęgniarki to najkorzystniejsza opcja – godzina pracy wyceniona jest na 40 funtów.

Podczas dyżuru na sali pooperacyjnej miałam pod opieką jednego pacjenta. Musiałoby się zdarzyć coś niespodziewanego, bym dostała więcej chorych. To była jednak specyfika pracy przy bloku operacyjnym – na pozostałych oddziałach pielęgniarki opiekują się kilkoma pacjentami.

Kolejnym moim krokiem było rozpoczęcie specjalizacji z pielęgniarstwa anestezjologicznego. Podczas rocznego kursu przechodziłam przez różne bloki operacyjne, m.in. ortopedyczny, okulistyczny, chirurgii jednego dnia. Przyglądałam się, czym organizacja pracy różni się od polskiej sali operacyjnej.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Kto zaopiekuje się Niemcami? W szpitalach i domach opieki dramatycznie brakuje pielęgniarek

Główna różnica polega właśnie na wąskiej specjalizacji pielęgniarki i mniejszym zakresie obowiązków niż w Polsce. Każdy zajmuje się swoim wycinkiem, dzięki czemu jest łatwiej. Np. pielęgniarka nie zakłada wenflonów i nie podaje leków do znieczulenia.

Gdybym mogła doradzić, jak poprawić nasz system, warunki pracy pielęgniarek i lekarzy oraz bezpieczeństwo i komfort pacjentów, wskazałabym kilka angielskich rozwiązań.

Po pierwsze, filozofia pracy oparta na haśle: pacjent na pierwszym miejscu. W szpitalu, gdzie pracowałam, mieliśmy zasadę PIVOT. P – patient (pacjent), I – improvment (doskonalenie się), V – value (każdy człowiek jest ważny), O – open and honest (być szczerym i otwartym), T – teamwork (praca zespołowa).

Dzięki temu każdy czuł się współodpowiedzialny za wyniki pracy, relacje między lekarzami a pozostałym personelem były bardzo dobre.

Atmosferę poprawić może też transparentność organizacji pracy szpitala. Tam, gdzie pracowałam, pracownicy dostawali newslettery z aktualności z życia placówki, nowymi wynikami prac naukowych itd.

SzpitalSzpital Fot.123 RF

Regularnie odbywały się spotkania zespołów terapeutycznych, podczas których omawialiśmy niepowodzenia, przyczyny błędów medycznych i zgonów. Każdy miał prawo się wypowiedzieć.

Jasne zasady rządziły awansami i rekrutacją – w razie wakatu konkursy na dane stanowisko były otwarte, a pracownicy zachęcani do spróbowania sił w nowej roli.

Dużą wagę przywiązywano również do tzw. miksu umiejętności. Chodziło o to, by pielęgniarki część czasu spędzały nie tylko na swoich oddziałach, ale pracowały też na innych. To wyrabiało w pracownikach elastyczność, poprawiało relacje i zapobiegało błędom medycznym – szpital miał personel, który umiał reagować w skrajnie różnych sytuacjach.

Dzięki temu byliśmy też bardziej zgrani.

Takiej zmiany w Polsce nie będzie, jeśli nadal – tak jak lekarze – zmuszone będziemy do pracy na kilku etatach. Bo to bardzo ciężka praca – wyczerpująca fizycznie i psychicznie. Stykamy się z bólem, starością, cierpieniem i śmiercią. W szpitalnych murach zajmujemy się tym, co jest na co dzień ukryte, czego nie chcecie oglądać.

W Anglii pielęgniarki mogą liczyć na szpitalnego psychologa. Chciałabym, by podobne wsparcie było i tu. Potrzebujemy go.

Od roku jestem znowu w Polsce. Wróciłam głównie z powodów sentymentalnych. Kocham Polskę, kocham Polaków. To tu mam poczucie bezpieczeństwa, tu jest moja rodzina.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Jak marnujemy czas lekarzy i pielęgniarek

Mnóstwo czasu pochłaniają procedury uznania zdobytych w Wielkiej Brytanii kwalifikacji. To paradoks, że tak trudno przebiega udowodnienie w Polsce przepracowanych za granicą godzin i odbytych kursów, choć mam w ręku dyplom, który otwiera mi drogę do pracy pielęgniarki w państwach, gdzie pielęgniarki cenione są najbardziej – w Stanach Zjednoczonych i Australii.

Pracuję dziś na sali pooperacyjnej oddziału kardiochirurgicznego w szpitalu klinicznym. Jestem zachwycona tym, jak wszechstronnie, a jednocześnie dogłębnie wykształcone są pracujące tu pielęgniarki.

Ale rzadko która pracuje na jeden etat. Ja również mam dodatkowe zlecenia. I jak zawsze mam na siebie wiele pomysłów. Myślę o ścieżce naukowej z pielęgniarstwa.

Partnerem cyklu artykułów o pielęgniarkach jest Fundusz Mediów Fundacji Towarzystwa Dziennikarskiego

Szpital

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.