Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Beata mieszka w Norwegii od ponad 20 lat. Gdy się dowiedziała, że ma guza neuroendokrynnego trzustki, pielęgniarka zaproponowała jej wsparcie psychologa i kontakt z pacjentami, którzy przeszli leczenie tego samego rodzaju guza. – Od razu zadzwoniłam do dwóch kobiet, które opowiedziały mi, jakie miały zabiegi, czego mam się spodziewać. To było niesamowite dostać pomoc od ludzi, których los był taki sam jak mój – opowiada.

Norweskie podejście do raka w Polsce. Leczenie to za mało

Rak w kampanii wyborczej

Trzy główne cele norweskiej onkologii do 2019 r. to: być pionierem w profilaktyce raka; wypracować najlepszą dla pacjentów ścieżkę leczenia; sprawić, by chorzy na nowotwory żyli dłużej, niż żyją obecnie.

Już dziś Norwegia należy do państw najbardziej skutecznych w zapobieganiu i leczeniu nowotworów. Nie tylko dlatego, że w Europie jedynie Luksemburg i Monako wydają na zdrowie więcej niż ona (w przeliczeniu na mieszkańca).

– Jeszcze na początku lat 90. chorzy na raka czekali na leczenie w długich kolejkach, umieralność z powodu nowotworów była wysoka. Rozpoczęliśmy wtedy publiczną debatę o potrzebach onkologii i skutecznie zainteresowaliśmy nią polityków, co nie zmieniło się do dziś – mówi Ole Alexander Opdalshei z Norweskiego Towarzystwa Onkologicznego, największej organizacji pozarządowej wspierającej chorych na nowotwory.

W mediach powracały historie ludzi czekających tygodniami na badania. Temat zaczął się liczyć w kampaniach wyborczych.

W 1997 r. powstał pierwszy Narodowy Plan Zwalczania Chorób Nowotworowych. Jednym z jego celów było zagwarantowanie lepszego dostępu do badań diagnostycznych dzięki zakrojonym na szeroką skalę zakupom nowoczesnego sprzętu. W szpitale zainwestowano wtedy ponad 600 mln euro.

Jednak kolejne reformy coraz wyraźniej zmieniały organizację pracy szpitali, opiekę nad pacjentem i komunikowanie się lekarzy z chorymi. – Mieliśmy bardzo dobrze wykształconych, utalentowanych lekarzy, którzy nie zawsze ze sobą wystarczająco współpracowali. Chcieliśmy stworzyć bardziej zespołowy model pracy – opowiada Opdalshei.

Norwegowie do planowania leczenia używają krajowego rejestru chorób nowotworowych, który działa od 1951 r. i jest niemal w stu procentach kompletny. To znaczy, że znajdują się tam wszystkie przypadki podejrzeń, diagnoz i śmierci z powodu raka z ostatnich 65 lat zebrane od lekarzy, z laboratoriów, ze szpitali czy hospicjów. Dzięki tej bazie onkolodzy potrafią oszacować, ile osób zachoruje w kolejnych latach. Dziś to 30 tys. zachorowań rocznie (Norwegia ma 5 mln mieszkańców), w 2030 r. będzie to 40 tys.

– Niestety, mamy półtoraroczne opóźnienie z wprowadzaniem danych. Wciąż brakuje nam technologii do pełnej informatyzacji systemu – mówi Opdalshei. W efekcie część danych spływa w wersji cyfrowej, nadal jednak sporo lekarzy przesyła do rejestru skany lub papierowe dokumenty.

Leczenie raka. Jak się przygotować do leczenia nowotworu

Rejestr zbiera też dane, które mogą poprawić opiekę nad pacjentami. To m.in. informacje o skuteczności różnego rodzaju leczenia, np. perspektywy długości życia w zależności od metody usunięcia guza w piersi. – W przypadku pojedynczego pacjenta nie znajdziemy w rejestrze odpowiedzi, jak najlepiej mu pomóc. Ale będziemy widzieć, jakiego typu terapii mogą szczególnie potrzebować konkretne grupy chorych w przyszłości, i na to się przygotować – mówi dr Reino Heikkilä, onkolog ze Szpitala Uniwersyteckiego w Oslo. – Nie wszystkie rodzaje guzów mamy dobrze opisane, ale o leczeniu raka piersi i raka odbytu gromadzimy bardzo szczegółowe dane od prawie ćwierć wieku, co skutecznie wykorzystujemy do efektywniejszego leczenia.

Na raka piersi umiera obecnie w Norwegii 700 kobiet rocznie. W ciągu 20 lat odsetek kobiet, które przeżywają co najmniej pięć lat po wykryciu nowotworu, wzrósł w Norwegii z 76 proc. do 89 proc. W Polsce w 2012 r. wskaźnik ten wynosił 72 proc. Pięć lat od rozpoznania raka jelita grubego przeżywa w Norwegii 60 proc. pacjentów. W Polsce – 46 proc.

Informacje o pacjentach są precyzyjne również dzięki wdrażanemu od niespełna czterech lat projektowi „Jeden pacjent – jedna karta”. To system elektroniczny, który łączy szpitale, przychodnie i gabinety lekarzy rodzinnych, gromadzący dokumentację medyczną pacjentów. Na razie jest w nim połowa Norwegów. Dzięki cyfrowemu obiegowi informacji lekarz od razu może podczas konsultacji sprawdzić w komputerze, jak jego pacjent był leczony do tej pory, kiedy i jakie leki przyjmował, porównać wyniki badań.

Rak. Gdy bliska ci osoba choruje na nowotwór

Doświadczenie lekarza się liczy

Dzięki danym z rejestrów Norwegowie szczegółowo przeanalizowali również to, jak doświadczenie chirurgów z oddziałów onkologicznych przekłada się na przeżywalność pacjentów.

Naukowcy z Bergen porównali wyniki małych i dużych szpitali leczących raka nerki. Okazało się, że znacznie większe szanse na przeżycie mają pacjenci ośrodków, w których leczy się przynajmniej 40 takich chorych rocznie. – Jesteśmy stosunkowo dużym państwem, ale mamy niewielu mieszkańców. Mieliśmy wiele małych, porozrzucanych po kraju szpitali. A w medycynie szczególnie liczy się praktyka. Im więcej leczysz, tym lepsze masz rezultaty – mówi Ole Alexander Opdalshei. Szanse pacjentów w niewielkich ośrodkach były mniejsze również z powodu negatywnej selekcji kadry. Trudno było znaleźć dobrych onkologów, którzy chcieliby pracować na prowincji.

Norweski rząd postanowił więc scentralizować szpitale. Chorzy na raka leczą się dziś w sześciu wysokospecjalistycznych uniwersyteckich centrach onkologii. – Z wielu życiowych powodów dobrze jest mieć szpital blisko. Jeśli jednak twój przypadek jest trudniejszy i standardowe metody leczenia nie wystarczą, odległość ma drugorzędne znaczenie. Ważne, by operował cię chirurg z dużym doświadczeniem w tym konkretnym typie nowotworu – tłumaczy Opdalshei. Reforma szpitali wiązała się jednak z polityczną awanturą, protestami pacjentów i burzą w mediach.

W Oslo funkcję onkologicznego centrum pełni Szpital Uniwersytecki. Rocznie leczy się tam około 6 tys. pacjentów z podejrzeniem raka. Rejestracja na oddziale onkologicznym jest kameralna – trzy stanowiska, sofy dla oczekujących, kafejka, kilkadziesiąt rodzajów ulotek z informacjami dla chorych. Pacjenci przychodzą na konkretną godzinę, w poczekalni w poniedziałkowy poranek jest kilkanaście osób.

Lekarzom zależy na tym, by jak najwięcej pacjentów leczyć bez konieczności przyjęcia na oddział. – Nie wszyscy mogą się leczyć ambulatoryjnie, ale ok. 90 proc. osób badanych i przyjmujących chemioterapię i radioterapię nie musi zostawać w szpitalu – mówi dr Heikkilä.

W 2011 r. ówczesny premier Jens Stoltenberg wygłosił przemówienie zapowiadające kolejne zmiany w onkologii. – Premier nakreślił wtedy cel, że pacjenci chorzy na raka muszą rozpocząć leczenie w ciągu 20 dni od otrzymania skierowania – opowiada Opdalshei. W 2013 r. przyjęto kolejną narodową strategię, która kładła nacisk na wczesną diagnostykę, szybką ścieżkę i dobrą koordynację leczenia.

Każdy szpital onkologiczny musi regularnie przekazywać instytucjom państwowym nadzorującym ochronę zdrowia informacje o tym, ile czasu zajmuje mu leczenie danego pacjenta. Norwegia wzoruje się na Danii, gdzie podobny system z sukcesem wprowadzono kilka lat wcześniej. Przynajmniej 70 proc. pacjentów szpitala musi być leczonych w czasie opisanym w wytycznych. Raka udaje się leczyć szybciej dzięki koordynatorom, czyli osobom, które spinają poszczególne etapy diagnostyki i leczenia – pomagają pacjentowi znaleźć szpital, umówić wizytę, pilnują, by przeszedł wszystkie niezbędne badania.

Leczenie raka. Czy chemioterapia zawsze oznacza wymioty?

Na początku takim koordynatorem jest zwykle lekarz rodzinny. Jeżeli podejrzewa nowotwór, wyszukuje pacjentowi odpowiedni oddział onkologiczny i kieruje go na dalszą diagnostykę. Wybór musi być skonsultowany z pacjentem – każdy ma prawo wybrać szpital, a w decyzji pomóc może oficjalna strona internetowa, na której gromadzone są informacje o jakości leczenia w poszczególnych placówkach.

Norweskie Towarzystwo Onkologiczne na razie współfinansuje pensje koordynatorów, w przyszłości obowiązek ten przejdzie w pełni na świadczeniodawców. – Od dwóch lat szpitalni koordynatorzy mają przypisane grupy pacjentów w zależności od rodzaju nowotworu. Muszą dopilnować, by terapia przebiegała zgodnie z planem leczenia nakreślonym przez onkologa, w czasie zgodnym z wytycznymi, szczególnie jeśli chory ze względu na swój stan kierowany jest na szybką ścieżkę – mówi dr Heikkilä.

Zadania koordynowania całego leczenia częściej podejmują się pielęgniarki niż lekarze. Koordynator musi być też po trosze psychologiem – wymaga się od niego umiejętności bycia wsparciem dla chorego i jego rodziny. Musi umieć odpowiedzieć na pytania o pomoc finansową w czasie choroby, możliwe warianty terapii, grupy wsparcia, dostęp do psychoonkologa.

Rak. Zadania dla rodziny i bliskich chorego na nowotwór

Strategiczna współpraca z pacjentem

Metodę leczenia lekarze konsultują w zespole, w którego skład wchodzą specjaliści odpowiedzialni za poszczególne stadia terapii – odpowiednik polskiego konsylium. Pacjent może porozmawiać z całym zespołem, jednak zwykle rozmowy prowadzi onkolog prowadzący. Chory może zażądać dodatkowych konsultacji. – Podczas pierwszej wizyty lekarz potraktował mnie z góry, od razu zaproponował najbardziej radykalną formę leczenia – operację. Nie chciałam się na to zgodzić, poprosiłam o zorganizowanie dodatkowej konsultacji w innym szpitalu – opowiada pani Beata. – Z kolejnym lekarzem omawialiśmy warianty i podejmowaliśmy decyzje dotyczące kolejnych kroków. Miałam poczucie bezpieczeństwa i profesjonalizmu. Dalsza diagnostyka wykazała, że guz nie jest złośliwy.

Prawo do pełnej informacji, współpraca z pacjentem i jego rodziną zostały zapisane w norweskiej strategii. Pilotażowo w jednym ze szpitali (Stavanger University Hospital) pacjenci onkologiczni korzystają z tabletów wyposażonych w program monitorujący ich leczenie. Poznają z niego szczegóły terapii i wyniki badań, aplikacja pilnuje też, by chory zażywał o właściwej porze leki.

Pacjenci mogą korzystać również z bezpłatnej infolinii (The Cancer Line) prowadzonej przez Norweskie Towarzystwo Onkologiczne. – Staramy się odpowiedzieć na każde pytanie pacjenta albo jego bliskich – mówi Opdalshei.

Norwegom zależy na dotarciu do imigrantów, którzy stanowią już 13 proc. populacji. Dziś zaczynają leczenie w późnych stadiach choroby, rzadziej biorą udział w programach profilaktycznych, ze względu na barierę językową unikają kontaktów z lekarzami. To wszystko powoduje, że rzadziej wygrywają walkę z rakiem.

Przez trzy lata organizacja prowadziła również dyżury w języku polskim, bo w Norwegii mieszka już 100 tys. Polaków. – Odpowiedzi udzielała polska pielęgniarka onkologiczna. Przygotowaliśmy informator online po polsku i ulotki, reklamowaliśmy infolinię na polskich portalach. W końcu zrezygnowaliśmy, ponieważ prawie nikt nie dzwonił. Nie rozumiemy dlaczego – zastanawia się przedstawiciel Norweskiego Towarzystwa Onkologicznego.

Rak. Zasiłki, renta i odszkodowanie, czyli co się należy choremu z nowotworem

Najlepiej zapobiegać

W Europejskim Konsumenckim Indeksie Zdrowia Norwegia zajmuje pierwsze miejsce pod względem skutecznej profilaktyki. Od 22 lat pacjentki korzystają z bezpłatnej mammografii i cytologii, na którą są zapraszane cyklicznie co dwa (badanie piersi dla kobiet w wieku 50-69 lat) lub co trzy lata (wykrywanie raka szyjki macicy u kobiet w wieku 25-69 lat). Z badań korzysta ok. 80 proc. zapraszanych pacjentek, w obu typach nowotworów dzięki profilaktyce zapadalność na nie spadła o blisko 20 proc. Ponad połowa wszystkich przypadków raka szyjki macicy wykrywana jest u kobiet, które unikają badań.

Na raka piersi umiera o jedną trzecią mniej diagnozowanych pacjentek niż przed startem programu. Kolejnym wielkim programem profilaktycznym będą prawdopodobnie badania przesiewowe w kierunku raka jelita grubego. Na razie prowadzony jest pilotaż. – Temat profilaktyki nowotworów wprowadzamy już w szkole. Mamy liczne kampanie społeczne przekonujące do badań kontrolnych i dbania o siebie. Wykorzystujemy informacje z systemu informatycznego zawierającego historię pacjentów – to pomaga w dotarciu do ludzi. Działa też przykład celebrytów, np. przypadki Angeliny Jolie i Kylie Minogue, która walczyła z rakiem piersi. Po nagłośnieniu ich historii wiele kobiet zaczęło się częściej badać – mówi Opdalshei.

Rak jajnika. Niech Polki decydują jak Angelina Jolie

Wielkie znaczenie ma również styl życia, jaki prowadzą Norwegowie – w ich diecie jest dużo ryb, lubią ruch i doceniają jego znaczenie dla zdrowia.

Norwegowie myślą już o kolejnej strategii – obecna kończy się za rok. Główne wyzwania to starzejące się społeczeństwo, więcej przypadków raka, lepszy dostęp do innowacyjnych metod leczenia.

Już dziś Norwegia stara się zapewnić (wdrożyć i finansować) wszystkie dostępne metody leczenia onkologicznego. Jedynym rodzajem terapii, na którą wysyłają pacjentów (głównie dzieci) za granicę, jest terapia protonowa w szpitalach amerykańskich i niemieckich. – Rocznie kierujemy z naszego szpitala na takie leczenie ok. 40 chorych – mówi dr Heikkilä.

Ostatnio onkolodzy są poruszeni informacją, że kilkuset Norwegów z rakiem prostaty rocznie wyjeżdża do prywatnej kliniki w Hamburgu, słynącej z nowoczesnych terapii i wysokiej skuteczności. – Nasze szpitale leczą w ten sam sposób, a pacjent nie musi za to płacić. Po co wyjeżdżać? – zastanawia się Ole Alexander Opdalshei. Ambicją Norwegów jest więc to, by pomocy za granicą nie chciało szukać tych kilkuset chorych.

Rak piersi. Lidia dwa miesiące udawała, że nie ma guza

CO WARTO SKOPIOWAĆ Z NORWEGII

Prof. Sergiusz Nawrocki, onkolog, kierownik Katedry Onkologii i Radioterapii Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, członek rady fundacji Onkologia 2025:

– Norweski system opieki onkologicznej, jak chyba cała tamtejsza opieka zdrowotna, jest bardziej racjonalny niż polski. Typowe dla krajów skandynawskich jest większe zaufanie pacjentów do lekarzy, co ma swoje przełożenie na sprawność systemu i jego efektywność. W Polsce pacjenci często nie wierzą diagnozom stawianym przez lekarzy, często problem ten zaczyna się na etapie lekarzy rodzinnych. Zasięgają więc opinii kilkakrotnie, powielają badania.

Wiem, że częściowo wynika to ze złych doświadczeń pacjentów, lekarskich pomyłek, o których słyszą Polacy, ale w dużej mierze odpowiada za to brak standardów w leczeniu onkologicznym, który przełożyłby się na jasny podział obowiązków i trzymanie się wytycznych. Wtedy pacjent miałby większe zaufanie do lekarzy, wiedziałby, że postępuje się według obowiązujących powszechnie kryteriów.

W Polsce mamy zalecenia dotyczące postępowania w określonych typach nowotworów, jednak znane są one zwykle wąskiemu gronu lekarzy. A zalecenia to jedynie wskazówka, jak działać. Standard to obowiązek. Norwescy onkolodzy trzymają się wytycznych na wszystkich etapach leczenia, choć – co w medycynie jest niezbędne – zdarzają się odstępstwa od przyjętych ścieżek, jeśli wymaga tego konkretny przypadek.

Nasze wyniki w onkologii są gorsze również dlatego, że chirurgia jest rozproszona, pacjenci często leczeni są w miejscach, w których brakuje wystarczającego doświadczenia w leczeniu poszczególnych rodzajów nowotworów.

Mamy kilka dużych, wysokospecjalistycznych ośrodków onkologicznych, które skupiają krytyczną masę pacjentów. Największym plusem takich miejsc jest to, że pracują w nich bardzo doświadczeni lekarze. Nie sprawdza się jednak model ich finansowania. Im więcej szpital leczy, w tym większe popada długi.

Zniesienie limitów w ramach pakietu onkologicznego nie działa tak, jak powinno, w wielu przypadkach NFZ nie refunduje leczenia wykonanego ponad kontrakt pacjentów spoza pakietu. Aby zahamować straty, szpitale wstrzymują przyjęcia. Doświadczenie lekarzy i potencjał miejsca nie są więc w pełni wykorzystywane – szpitalowi nie opłaca się dużo leczyć. Onkologia jest wciąż niedofinansowana, a pieniądze, które są, niestety, w pewnym stopniu się marnują.

Lepsze planowanie rozwoju onkologii zapewniłby bardziej kompletny, szerzej dostępny i właściwie oceniany Krajowy Rejestr Nowotworów – norweski należy do jednych z najbardziej precyzyjnych w Europie. Na razie rejestry w Polsce są w dużej mierze lokalne, szpitalne z różną rzetelnością przekazują dane. Do zgromadzonych informacji dostęp ma wąska grupa instytucji, a to utrudnia wypracowywanie strategii i planowanie polityki zdrowotnej.

Poza rejestrem danych o zachorowaniach i zgonach w Norwegii każdy pacjent ma swoją „teczkę elektroniczną”, w której gromadzona jest dokumentacja medyczna z różnych etapów jego życia i wszystkich miejsc, w których był leczony. Dzięki temu szpitale mają łatwy dostęp do informacji o historii pacjenta, nie dublują badań. Stworzenie podobnego systemu u nas znacznie usprawniłoby leczenie, skróciło kolejki i poprawiło skuteczność terapii.

Polscy lekarze, którzy mieli okazję pracować w Norwegii, podkreślają, że mniej odczuwalna jest hierarchizacja w szpitalach. Lekarze pracują ze sobą bardziej partnersko, zawód pielęgniarki jest równouprawniony, choć oczywiście o innym poziomie odpowiedzialności. Poza tym lekarze częściej pracują zespołowo. My dopiero uczymy się współpracy interdyscyplinarnej, tam funkcjonuje ona od lat.

Lekarze działają w różnych grupach roboczych, komitetach, wymieniają się doświadczeniami i wypracowują propozycje zmian. Zespołowości Norwegowie uczą się już w szkole.

Polscy lekarze nie powinni mieć jednak kompleksów dotyczących merytorycznego przygotowania. Mamy uczelnie, z których chętnie korzystają Norwegowie. Wielu lekarzy zdobywa wykształcenie za granicą, ponieważ w Norwegii jest niewiele uczelni medycznych. Polska jest jednym z często wybieranych przez norweskich studentów miejsc.

Żywienie w chorobie. Energia potrzebna do walki z rakiem

 Szymon Chrostowski, prezes Polskiej Koalicji Pacjentów Onkologicznych:

– W Polsce trwają obecnie przymiarki do utworzenia tzw. sieci 16 referencyjnych ośrodków onkologicznych połączonych ze szpitalami satelickimi w mniejszych miejscowościach z danego regionu. Dzięki temu duże ośrodki zajmowałyby się najtrudniejszym etapem leczenia, operacje przeprowadzaliby doświadczeni chirurdzy, mający za sobą mnóstwo podobnych zabiegów. Byliby więc skuteczniejsi.

Mniejsze ośrodki odpowiadałyby za diagnostykę i opiekę nad chorym, będąc w kontakcie z dużym ośrodkiem. Dzisiaj centra onkologii często nie uznają diagnostyki przeprowadzonej wcześniej w mniejszych szpitalach i zanim zaczną leczenie, zlecają powtórzenie badania. To jedna z głównych przyczyn kolejek. Powtarzanie badań jest, niestety, słuszne, bo wielokrotnie stawiane są inne diagnozy niż na wcześniejszych etapach. Gdyby połączyć siły mniejszych i większych ośrodków, mielibyśmy wcześniejsze rozpoznania, mniej powikłań i wyższą przeżywalność pacjentów.

Gdy wprowadzaliśmy pakiet onkologiczny, zakładaliśmy, że od momentu skierowania do rozpoczęcia leczenia ma mijać nie więcej niż dziewięć tygodni. To średnia europejska, którą coraz częściej udaje się w Polsce osiągnąć. Przyspieszenie blokuje przede wszystkim brak wystarczającej kadry patomorfologów, jest ich za mało w zestawieniu z liczbą dostarczanych im wycinków do badań.

Problemem jest też nastawienie lekarzy i ich niechęć do nowych technologii. Nawet jedna trzecia lekarzy rodzinnych nie używa w gabinetach komputerów, nie wystawia więc tzw. zielonych kart, które upoważniają do szybkiej ścieżki.

Pakiet onkologiczny miał wymusić na lekarzach ścisłą współpracę. Konsylia do omówienia każdego przypadku okazały się jednak fikcją, bo zamiast omawiać każdy przypadek, lekarz prowadzący zbierał podpisy pod dokumentacją od innych specjalistów, by móc rozliczyć się z NFZ. Mimo to zaprotestowaliśmy, gdy pojawił się niedawno pomysł, by cofnąć wymóg konsyliów. Proponujemy, by były obowiązkowe w przypadku guzów litych, m.in. piersi i prostaty, gdzie możliwych wariantów terapii jest więcej, a wymiana zdań między specjalistami poprawia efekty leczenia.

W przypadku raka szyjki macicy czy czerniaka, gdzie sposób leczenia jest mniej zróżnicowany, bardziej wystandaryzowany i trzeba działać szybko, konsylia wydają się niekoniecznie. Przynajmniej dopóki będziemy mieć takie braki kadrowe wśród specjalistów.

Najtrudniej zmienić mentalność lekarzy. Onkolodzy bronią się przed włączeniem pacjentów w proces decydowania o leczeniu. Zamiast uczestnictwa w konsylium – co jest wymogiem – pacjenci często informowani są w przelocie na korytarzach, co ich czeka. Na wyjaśnienia brakuje czasu.

Potrzebna jest więc również zmiana mentalności lekarzy, większa empatia i chęć współpracy. Bez niej reformowanie jest trudne. Wdrożenie pakietu onkologicznego w polskich warunkach to jak próba zamontowania silnika Mercedesa w maluchu.

Bez rzetelnie stworzonego rejestru nowotworów nie naprawimy onkologii. Jak Ministerstwo Zdrowia i NFZ mają gospodarnie i skutecznie kierować wydawaniem pieniędzy na leczenie, skoro nie wiedzą nawet, ilu mamy chorych. Szpitale nie mają obowiązku raportowania danych o tym, ilu i jakich pacjentów leczą. O kolejne lata przesuwane są wdrożenia projektów informatycznych dla szpitali. Nie wiemy więc, kto dobrze zarządza, kto źle, w jakie metody leczenia warto inwestować. Brakuje również standardów jakości leczenia onkologicznego dla szpitali, których przestrzeganie byłoby obligatoryjne i kontrolowane.

Skrócenie leczenia szpitalnego jest korzystne dla pacjenta. Minimalizujemy ryzyko zakażeń, powikłań. Leczenie jest tańsze. Jednak przesuwanie środków do opieki ambulatoryjnej trzeba zaplanować w sprawiedliwy sposób, obecnie proponowany model, w którym szpital dostawać będzie stawkę kapitacyjną za pacjenta, nie za wykonaną procedurę, będzie powodować, że na droższe świadczenia pacjent będzie wypychany do przychodni – szpitalowi nie będzie się opłacać go leczyć.

W kolejnym numerze „Tylko Zdrowie” (w czwartek, 5.01): Jak się leczy raka w Anglii

Partnerem cyklu „Jak leczyć raka” jest Fundusz Mediów Fundacji Towarzystwa Dziennikarskiego

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.