Informacje o tym, że ktoś zbiera pieniądze na leczenie, rehabilitację lub sprzęt ortopedyczny, można znaleźć niemal na każdym kroku. O tym, jak wielu jest potrzebujących, dowiadujemy się z ulotek wrzucanych do skrzynek pocztowych, z plakatów wiszących w sklepach, na przystankach autobusowych i słupach ogłoszeniowych. Prośby o przekazanie pieniędzy krążą po mediach społecznościowych, o pomoc apelują również prasa, radio, telewizja.
Zdecydowana większość potrzebujących prosi o wpłaty na numer konta fundacji lub stowarzyszenia, pod których opieką się znajdują. Ale bywa też, że spotykamy wolontariuszy z puszkami, którzy proszą o wrzucenie pieniędzy przeznaczonych dla konkretnej osoby.
– W całym demokratycznym świecie wygląda to tak, że kiedy państwowy system opieki zdrowotnej nie jest w stanie sfinansować leczenia lub rehabilitacji, do pomocy włączają się najróżniejsze fundacje i stowarzyszenia. Polska pod tym względem nie jest wyjątkiem – tłumaczy dr Wojciech Przybylski, ekspert w dziedzinie zdrowia publicznego.
Zbiórki na potrzeby zdrowotne dzieli na dwie kategorie. Pierwsza z nich dotyczy ratowania zdrowia lub życia. Są to zbiórki na kupienie leków, których nie refunduje Narodowy Fundusz Zdrowia, a także na operacje wykonywane za granicą.
Kwoty mogą szokować. Miesięczny koszt leków dla kobiety chorej na raka piersi sięga 20 tys. zł, leki dla młodego mężczyzny chorego na białaczkę kosztują w sumie aż 1,5 mln zł. Mniej więcej 300–400 tys. zł muszą znaleźć rodzice, których dzieci urodziły się z dziecięcym porażeniem mózgowym. Jedyną szansą, by mogły chodzić, a nie jeździć na wózku inwalidzkim, są niezwykle drogie operacje w Stanach Zjednoczonych.
– Medycyna rozwija się bardzo szybko, ale wprowadzenie nowych procedur bywa kosztowne, wymaga wyszkolenia personelu, dlatego na te zabiegi potrzeba tylu pieniędzy. Zarazem są one nadzieją dla chorych, którzy nie mają szansy na uzyskanie pomocy w Polsce – mówi dr Przybylski.
Druga kategoria zbiórek dotyczy osób z niepełnosprawnościami, które chcą być jak najbardziej samodzielnie. NFZ refunduje wózek inwalidzki sterowany ręcznie. Jeśli niepełnosprawny nie chce dać się zamknąć w domu, to taki wózek mu nie wystarczy, będzie niewygodny w eksploatacji, a w dodatku szybko się zepsuje. Dlatego wiele osób zbiera pieniądze na wózki elektryczne lub na modele znacznie bardziej zaawansowanie technologicznie, np. sterowane dmuchnięciem. A to wszystko kosztuje – od kilku do kilkudziesięciu tysięcy złotych.

Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.