Na ekranie startowym aplikacji wyświetla się mały ludzik patrzący na Ziemię z perspektywy kosmosu. Początkowo było to zdjęcie satelitarne NASA z 1972 r. pt. "Blue Marble", gdzie w centrum planety była Afryka. W 2017 r. zostało podmienione na zdjęcie wykonane przez chińskiego satelitę Feng Yun 4A. Teraz w centrum świata są Chiny.

Polacy uczą Chińczyków angielskiego

Kasia uczy angielskiego dzieci w Kantonie, w południowo-wschodnich Chinach. Sprawdza ich pracę domową na WeChacie, najpopularniejszym chińskim komunikatorze. Polka wchodzi w grupową konwersację i zaczyna odtwarzać krótkie wiadomości głosowe i filmiki. Jej uczniowie ćwiczą na nich wymowę słówek angielskich. Kiedy któreś z nich robi to błędnie, Kasia wciska przycisk z symbolem mikrofonu, nagrywa poprawną wymowę i odsyła.

W Chinach wysyłanie krótkich nagrań głosowych to popularny sposób rozmowy na czacie, wymienny z przesyłaniem wiadomości tekstowych i szybszy od wpisywania tysięcy znaków. Jest jak rozmowa przez walkie-talkie.

Cyfrowe juany i QR kody

Po korepetycjach właścicielka szkoły językowej przelewa Kasi wynagrodzenie przez WeChata, czyli cyfrowe juany. Co można z nimi zrobić? Wypłacić, ale nikt tego nie robi. Rano, tuż po wyjściu z domu, Kasia płaci nimi za wynajęcie roweru, którym dojeżdża do stacji metra. Tam też płaci WeChatem za przejazd, przykładając telefon do czujnika przy bramkach. Po obiedzie w ujgurskiej restauracji (mniejszość muzułmańska w Chinach), której właściciel prawie nie mówi po mandaryńsku i ani słowa po angielsku, Kasia skanuje QR kod umieszczony na ścianie i przelewa mu pieniądze za posiłek. WeChatem płaci też w osiedlowym warzywniaku i ulicznemu muzykowi, który ma swój QR kod wydrukowany w otwartym pokrowcu na instrument.

Król wśród aplikacji

WeChat ma już ponad miliard użytkowników, przede wszystkim w Chinach i wśród chińskiej diaspory. Na początku, jak większość chińskich aplikacji, WeChat był tylko kopią WhatsAppa. Z czasem jednak wyewoluował w superaplikację, jak nazwał go dziennik "The New York Times". Rozwijał się w odmiennym środowisku, zamknięty za Wielkim Firewallem - systemem filtrów blokujących zagraniczne strony - w próżni, bez konkurencji ze strony Google’a, Facebooka czy Twittera. Na początku nikt nie był nim zainteresowany. Teraz to inni kopiują z niego.

WeChat to dzisiaj szwajcarski scyzoryk - Facebook, Instagram, Amazon, Skype, Tinder, Slack, Apple Pay - w jednym. I nie tylko. Po dodaniu miniprogramów - aplikacji, które funkcjonują wewnątrz WeChata, komunikator jest tak wielofunkcyjny, że użytkownicy często korzystają w telefonie wyłącznie z niego. Stał się najważniejszą warstwą oprogramowania, ważniejszą od systemu operacyjnego. Dzięki miniprogramom użytkownik może w aplikacji przeczytać gazetę, zamówić DiDi (chiński odpowiednik Ubera), zrobić zakupy, kupić akcje spółki notowanej na giełdzie, ubezpieczyć się, czy umówić na wizytę do szpitala. Później otrzymać wyniki badań i ocenić poziom usług danej kliniki. Może też zapłacić rachunki za media, zgłosić przestępstwo policji czy nawet złożyć pozew rozwodowy.

Właścicielem WeChata jest drugi największy koncern technologiczny w Chinach - Tencent . Firma w 2011 r. pozyskała dofinansowanie od rządu na rozwój aplikacji. Tencent do dzisiaj współpracuje z rządem w szeregu projektów, m.in. w budowie cyfrowego dowodu tożsamości, który będzie pozwalał np. zarejestrować działalność gospodarczą w WeChacie. Żeby uniknąć oszustw, ma wykorzystywać technologię rozpoznawania twarzy - rozwijaną w Chinach na masową skalę - potwierdzającą tożsamość użytkownika.

Gigant technologiczny zatrudnia też ponad 7 tys. aktywnych członków partii komunistycznej. Duża część z nich pracuje w głównej siedzibie firmy - w gigantycznym “wertykalnym kampusie” (na zdjęciu), czyli połączonych ze sobą dwóch wieżach w Shenzhen. Życie miliarda użytkowników z tej perspektywy jest przejrzyste - też dla władzy, której Tencent przekazuje na masową skalę dane o Chińczykach. Służby mają też wgląd w wiadomości użytkowników. Wiedzą m.in. z kim ktoś rozmawia, o czym, co czyta, co kupuje, czy jest oszczędny, gdzie chodzi, dlaczego tam i kto tam jest.

Hipotetyczny dzień z życia na WeChacie

W tym informacje o dziewczynie - nazwijmy ją Mei - która siedzi obok Kasi w metrze. Jej hipotetyczny dzień mógł zacząć się od otworzenia aplikacji, żeby powiedzieć “dzień dobry” rodzicom mieszkającym w sąsiedniej prowincji. Następnie Mei zamawia DiDi do pracy. W taksówce skanuje QR - kod umieszczony na zagłówku kierowcy. Dostaje za to kupon zniżkowy do sieci sklepów 7-Eleven, w którym później je śniadanie - płaci za nie WeChatem. Dostaje za to drugi kupon rabatowy, który udostępnia WeChatem swojej znajomej Wang.

Chwilę później otrzymuje kilka wiadomości głosowych od swojej szefowej. W wielu chińskich firmach WeChat jest podstawowym narzędziem komunikacji w biurze zamiast e-maila (jak u nas Slack). Podczas obiadu przegląda momenty znajomych. Widzi, że jej kolega Lee wrzucił zdjęcia swojego labradora - wykąpanego i wyszczotkowanego przez firmę, którą zamówił WeChatem do domu.

W 2017 r. Chińczycy wydali 21 mld euro na opiekę nad zwierzętami domowymi. Jej mops też dawno nie był myty, więc klika otagowaną przez Lee firmę i zamawia jej usługę na jutro. Od razu też za nią płaci. Właściciel firmy od psich zabiegów kosmetycznych z kolei od razu inwestuje pieniądze w akcje dużego dewelopera - co może być ryzykowne, bo jego mieszkania nie sprzedają się ostatnio tak dobrze.

Mei czatuje z Lee, który napisał o nowej, modnej restauracji z noodlami i wysłał jej lokalizację z ikoną pinezki na mapie. Umawiają się tam na wieczór. Restauracja ma swój profil na WeChacie, więc Lee zamawia dla nich jedzenie, jeszcze będąc w pracy - i od razu za nie płaci. Mei zamawia DiDi.

Kiedy wchodzą do restauracji, WeChat, który ciągle śledzi ich lokalizację, przekazuje tę informację do kuchni. Ich zdjęcia profilowe wyświetlają się na wielkim telewizorze obok numerów ich zamówień. Siadają przy rzędzie stołów, przez których środek sunie taśma - a na niej ich posiłki. Bo w tej restauracji nie ma kelnerów. Nie ma też menu i nie przyjmuje się gotówki. Jest tylko WeChat.

Mei otrzymuje informację, że zwiększyła się jej zdolność kredytowa. W WeChacie można wziąć błyskawiczną pożyczkę, bo w Chinach mało kto ma kartę kredytową. Tak jak w Polsce nie korzystaliśmy nigdy powszechnie z czeków, tak Chińczycy przeskoczyli od razu do usług finansowych w aplikacjach mobilnych. Do tego udzielanych przez firmy technologiczne, które posiadają wiele informacji o swoich użytkownikach i są w stanie lepiej szacować ich ryzyko od tradycyjnych instytucji finansowych. A w przestawiającej się na konsumpcję wewnętrzną chińskiej gospodarce, w momencie jej spowolnienia, to kredyt pozwoli Chińczykom utrzymać standard życia, do którego przyzwyczaili się w ostatnich latach.

Epidemia samotności

Lee wraca do domu po kolacji z Mei i uruchamia grę połączoną z WeChatem. Tencent, właściciel aplikacji, to też największy producent gier na świecie. Możliwe, że Liu jest w grupie prawie 34 mln mężczyzn w Chinach, którzy nigdy nie znajdą sobie partnerki i żony - przez politykę jednego dziecka i preferowanie chłopców wielu z nich będzie skazanych na samotność.

Ale Mei, która siedzi obok Kasi w metrze, też gra, bo Chinki mają obsesję na punkcie gier. Jedne zbijają kolorowe kulki i pokonują żabą skomplikowane przeszkody. Inne umawiają się z wirtualnymi i fikcyjnymi chłopakami. Jeszcze inne odcinają głowy swoim wrogom na bitewnych arenach i strzelają do zombie na opustoszałych wyspach.

Niektóre też uzależniają się do gier, dlatego chiński rząd postanowił w tym roku ograniczyć ich szkodliwy wpływ na młodych - i zawiesił wydawanie zgód na nowe gry. Z wyceny giełdowej Tencenta wyparowało 218 mld dol. To równowartość Boeinga czy Intela. Tencent musiał wprowadzić dzienne limity dla młodych graczy - połączone z weryfikacją wieku za pomocą technologii rozpoznawania twarzy. A jeszcze rok temu firma na okoliczność 19. zjazdu partii stworzyła grę “Klaszcz dla Xi Jipinga”, w której gracze mają 19 sekund na wygenerowanie jak najwięcej klaśnięć dla prezydenta.

Czego na WeChacie robić nie można?

WeChat ma pewne ograniczenia. Gdyby Mei wysłała do Lee link z artykułem o walkach o władzę w partii komunistycznej czy akcji #MeToo, jej konto mogłoby zostać zablokowane. Zostałaby odcięta od pieniędzy, kontaktu z bliskimi, współpracownikami i znajomymi. Nikt nie odpowiedziałby jej też, za którą wiadomość czy link została usunięta z aplikacji, ani kiedy przekroczyła granicę dopuszczalności wypowiedzi.

Mogłaby też zostać aresztowana i przesłuchana, co już spotykało użytkowników WeChata za publikowanie politycznie wrażliwych i “kontrowersyjnych” treści w momentach. Ponad rok temu jeden z użytkowników zażartował w grupowej konwersacji o państwie islamskim. Został za to skazany na 9 miesięcy więzienia.

Chińskie fake newsy

Prawdopodobnie Lee nie zobaczyłby tych wiadomości. Według raportu organizacji Citizen Lab WeChat filtruje obrazy i określone słowa kluczowe np. “prawa człowieka”, “masowe aresztowania” itd. System blokuje je w kombinacji, np. gdyby Mei wysłała wiadomość ze słowami “prawnik zajmujący się prawami człowieka”, Lee odczytałby tę wiadomość. Ale jeśli wysłałaby “Jiang Tianyong, prawnik zajmujący się prawami człowieka” (który jakiś czas temu “zniknął”) wiadomość będzie dla niego niewidoczna. Nie zobaczy też tak oczywistych kombinacji jak: “masakra na placu Tiananmen”. Nie będzie też o tym poinformowany. Mei dalej będzie widzieć tę wiadomość w oknie rozmowy, ale do Lee nigdy ona nie dotrze.

Autorzy raportu Citizen Lab twierdzą, że cenzura jest bardziej restrykcyjna w grupowych konwersacjach. Ich administratorzy mają obowiązek zgłaszania “podejrzanych” zachowań użytkowników. Grupowe konwersacje mogą być dla władzy bardziej niebezpieczne, bo treści mogą inspirować tam szerszą publiczność do dyskusji i kiełkować w zorganizowany opór.

Znajdź to, co kochasz, i trzymaj się tego

W lutym tego roku Komitet Centralny zmienił chińską konstytucję, usuwając zapisy mówiące, że prezydent i wiceprezydenci Chin “nie będą służyć dłużej niż przez dwie kadencje z rzędu”. Xi rządzi teraz bezterminowo. Wśród WeChatowych momentów pojawiły się wtedy memy z Kubusiem Puchatkiem i słoikiem miodu, z podpisem: “Znajdź to, co kochasz, i trzymaj się tego”. Inny z kolei pokazał misia Puchatka w koronie. Oba zostały ocenzurowane przez algorytmy z uwagi na ich podobieństwa do chińskiego przywódcy. Usuwano też treści “niech żyje król” czy “wstąpił na tron”. Użytkownicy piszący komentarze z tymi słowami kluczowymi otrzymywali wiadomości o naruszeniu regulaminu.

Sztuczna inteligencja

W ostatnich dwóch latach pomiędzy USA a Chinami zaczął się wyścig zbrojeń w rozwoju sztucznej inteligencji. WeChat zajmuje w nim kluczowe miejsce - to źródło gigantycznej ilości danych o każdym aspekcie życia w Chinach. W tym wyścigu ten, kto ma więcej danych - pozyskiwanych bez ograniczeń prawa ochrony prywatności - może tworzyć bardziej precyzyjne algorytmy sztucznej inteligencji. Yuval Noah Harrari w wywiadzie z Mathiasem Döpfnerem dla "Die Welt" twierdzi, że ci, którzy będą dominować na polu sztucznej inteligencji, zdominują świat pod względem gospodarczym i politycznym. - Przepaść pomiędzy tymi, którzy opanowali sztuczną inteligencję (...) a tymi, którzy zostali w tyle, będzie prawdopodobnie większa niż pomiędzy tymi, którzy wynaleźli maszynę parową w XIX w., a tymi, którym się to nie udało - mówił.

W tym wyścigu Chiny nie zamierzają przegrać. Dlatego w WeChacie napędzany algorytmami kapitalizm i niedemokratyczna władza muszą funkcjonować w harmonii.