Pozostaniemy tylko kosmicznymi turystami, którzy zawsze wracają do ziemskiego domu, czy może kiedyś na stałe się gdzieś przeprowadzimy?

Jakub Mielczarek: Ziemia nie będzie wiecznie nadawała się do życia. Słońce, żółty karzeł, za mniej więcej 5,5 mld lat opuści tzw. ciąg główny gwiazd i wejdzie w fazę czerwonego olbrzyma. Spuchnie do rozmiarów dwóch jednostek astronomicznych, jego promień sięgnie więc Ziemi. I to będzie koniec życia na naszej planecie.

Dość odległa perspektywa.

Jakub Mielczarek: Ale już wcześniej nastąpią katastrofalne zmiany. Natężenie promieniowania słonecznego wzrasta w takim tempie, że w ciągu miliarda lat wyschną wszystkie oceany. A w międzyczasie grożą nam inne katastrofy. Średnio raz na 100 mln lat następuje wielkie wymieranie związane z kosmiczną kolizją. Ostatnie uderzenie dużej asteroidy - 66 mln lat temu - doprowadziło pod koniec kredy do wyginięcia dinozaurów.

Artur Chmielewski: Jeżeli chcemy udowodnić, że jesteśmy bardziej inteligentni niż dinozaury, to rasa ludzka, żeby ocaleć przed następnym uderzeniem większego meteorytu, będzie musiała mieć przyczółki na Księżycu, Marsie i może Tytanie. Pytanie nie brzmi, czy coś w nas uderzy, tylko kiedy. W tej chwili naszą motywacją jest zdobywanie wiedzy, lecz wcześniej czy później stanie się nią przetrwanie gatunku.

Michał Kracik: Nie trzeba uderzenia asteroidy, bo sami stanowimy większe zagrożenie dla planety. Ziemia może stać się niezdatna dla życia z powodu globalnej wojny jądrowej, nadmiernej eksploatacji, złego gospodarowania zasobami, wywołanych przez nas zmian klimatu czy zbytniego przeludnienia. Myślę, że to nie jest kwestia milionów lat, lecz znacznie szybciej będziemy potrzebowali jakiejś alternatywy.

Aleksandra Bukała: Ale przy obecnym stanie techniki jedyne ciało niebieskie poza Księżycem, które jest w zasięgu naszych możliwości, to Mars. A podróż tam trwałaby wiele miesięcy i byłaby skrajnie wyczerpująca oraz ryzykowna. Astronauci, którzy przebywają na stacji orbitalnej, gdy wracają na Ziemię, nie są w stanie się ruszyć. Są wynoszeni z kapsuły lądującej i potem przez tydzień dochodzą do siebie. Członków pionierskiej misji na Czerwoną Planetę nikt nie wyniesie z lądownika marsjańskiego, nikt im nie da tygodnia urlopu na dojście do siebie, bo będą musieli od razu brać się do roboty. A po drodze będą jeszcze narażeni na promieniowanie kosmiczne czy spotkanie z mikrometeoroidami, które z ogromnymi prędkościami pokonują przestrzeń międzyplanetarną.

Jakub Mielczarek: Przestrzeń kosmiczna nie jest naszym naturalnym środowiskiem. Dotychczas prawie wyłącznie lataliśmy na niskie orbity okołoziemskie, czyli na odległość kilkuset kilometrów. To obszar, w którym jesteśmy jeszcze chronieni przez pole magnetyczne Ziemi. Tysiąc kilometrów od Ziemi zaczynają się pasy radiacyjne van Allena, gdzie kumulują się cząstki wysokoenergetyczne z wiatru słonecznego. Jedynie misje księżycowe przecinały pasy van Allena, ale były to krótkie, kilkudniowe wyprawy. Nasza biologia jest ogromnym ograniczeniem w kontekście eksploracji kosmosu.

Aleksandra Bukała: Poza tym program Apollo był możliwy dzięki temu, że byliśmy w stanie zbudować statek na Ziemi i go z tej Ziemi razem z astronautami wystrzelić w kierunku Księżyca. To była ciasna puszka. Tydzień w takiej ciasnocie można przetrwać, ale nie miesiące. Statek na Marsa musi być większy, a zatem cięższy. Nie jesteśmy w stanie zbudować go na Ziemi, bo nośność współczesnych rakiet jest ograniczona. Jest pomysł, aby zrobić fabrykę na Księżycu i tam go zmontować, ewentualnie, dowożąc materiały etapami z Ziemi. To byłoby przedsięwzięcie ogromnie kosztowne i czasochłonne.

Czyli jednak jesteśmy skazani na życie na Ziemi?

Aleksandra Bukała: W tej chwil ogranicza nas wielki koszt wyniesienia w kosmos każdego kilograma. Plus gigantyczne odległości. Musimy znaleźć sposób, dzięki któremu pokonamy ograniczenie związane z prędkością światła. W branży mówimy, że aby człowiek mógł zasiedlić inne planety, musimy opanować sztukę teleportacji.

Jakub Mielczarek: Pierwsza teleportacja stanów kwantowych fotonów na orbitę została już wykonana, w ubiegłym roku. Inne futurystyczne pomysły mówią, że kosmiczną eksplorację będzie prowadzić sztuczna inteligencja - umysł przeniesiony do maszyny.

Nie będziemy wysyłać w podróż naszych ciał, tylko nasze umysły?

Aleksandra Bukała: Zastanawiam się, czy w ogóle da się człowieka oddzielić od biologii. Dla nas wszystko jest przecież ważne - emocje, zapach, dotyk.

Jakub Mielczarek: Ale w tej nowej postaci cyfrowej nasze doświadczenia i wrażenia mogą być dużo, dużo szersze niż w biologicznej cielesnej powłoce.

Michał Kracik: Jeśli będziemy w stanie „przegrać” naszą osobowość do robota czy maszyny, a potem jeszcze zaakceptujemy to, że jest to istota równa biologicznemu człowiekowi, to rzeczywiście kosmos stanie otworem.

Ale czy to w ogóle możliwe?

Jakub Mielczarek: Szacuje się, że do symulacji ludzkiego mózgu złożonego z mniej więcej 100 mld neuronów potrzeba około 500 petaflopsów mocy obliczeniowej. Najszybszy obecnie komputer na świecie ma moc obliczeniową ponad 100 petaflopsów. Ale gdy popatrzmy na trendy z ostatnich 20 lat, zauważymy, że wzrost mocy obliczeniowej to trzy rzędy wielkości na każde dziesięciolecie. To oznacza, że w ciągu dziesięciu lat z pewnością powstanie komputer posiadający moc obliczeniową, jakiej potrzeba do zasymulowania ludzkiego mózgu. Będzie go można wyłączyć na czas podróży, a u celu - włączyć. Symulacja nie odczuje tego. W ten sposób - w postaci cyfrowej - będziemy w stanie podróżować dużo dalej.

Cyfrowa wersja człowieka skolonizuje Drogę Mleczną?

Jakub Mielczarek: Nasza Galaktyka ma średnicę około 100 tys. lat świetlnych. Żeby dotrzeć z jednego jej końca na drugi, światło potrzebuje 100 tys. lat. Co w praktyce oznacza, że gdy wyślemy w tę drogę umysł i będzie on pędził z prędkością światła, to i tak zajmie mu to 100 tys. lat. Osiągając 10 proc. prędkości światła, potrzeba na to miliona lat. Taką prędkość jesteśmy w stanie uzyskać w ramach technologii jeszcze dzisiaj nieistniejących, ale możliwych w skali najbliższych kilkuset lat. Chodzi np. o silniki bazujące na antymaterii.

Wciąż to niewyobrażalne skale czasowe.

Jakub Mielczarek: Milion lat to wcale nie jest wiele, patrząc na historię życia na Ziemi. Milion lat temu Homo erectus zaczął zasiedlać Europę.

Michał Kracik: Biorąc pod uwagę obecne tempo rozwoju cywilizacji, można spekulować, że nasze możliwości będą coraz większe i kosmiczne podróże staną się bardziej realne. Na pewno odkryjemy nowe technologie, których w tej chwili nawet sobie nie wyobrażamy. Kiedy Amerykanie zadeklarowali, że w ciągu dekady wylądują na Księżycu, to nie mieli jeszcze ani gotowych rakiet, ani lądowników czy skafandrów, nie wspominając o innych problemach, które musieli rozwiązywać każdego dnia, przygotowując się do wylotu. Po prostu bardzo chcieli to zrobić.

To, co powiem, będzie może trochę kontrowersyjne, ale przyczynił się do tego wyścig zbrojeń. Pewnie nie wylądowalibyśmy na Księżycu, gdyby nie rywalizacja zimnowojenna dwóch mocarstw. Zmierzam do tego, że dalsza eksploracja kosmosu jest kwestią znalezienia odpowiedniej motywacji, woli i przekonania rządów i społeczeństw.

Co by nas mogło zmotywować? Znowu rywalizacja militarna?

Michał Kracik: Albo jakiś duży kamień, który leci ku nam.

Aleksandra Bukała: Wtedy już będzie za późno.

Artur Chmielewski: Można mieć różne motywacje, na przykład podkreślać korzyści płynące z rozwoju technologii kosmicznych. Ale mam nadzieję, że nawet bez tego chcielibyśmy wybrać się w kosmos. Ludzie mają w sobie pewien pęd, chcemy wiedzieć, co jest za horyzontem, skąd przyszliśmy i co nas czeka. 

Przestrzeń kosmiczna wytęża nasze mózgi do maksimum, daje nam inspiracje i zmusza do zadawania pytań, które zaczynają się zawsze słowami „jak i dlaczego”. A gdy na te pytania znajdujemy odpowiedzi, to kosmos prezentuje nam jeszcze trudniejsze zagadki. To, że my chcemy i staramy się te zagadki zrozumieć, jest największym pięknem ludzkości i motywacją, która ma źródło w nas samych.