O pożyteczności satelitów nad Ziemią już jestem przekonany, ale czy warto ruszać dalej, np. na Księżyc?

Jakub Mielczarek: Nie ma na razie dobrego pomysłu na księżycowy biznes. Może pozyskiwać z niego wodę? W sierpniu indyjska sonda Chandrayaan-1 potwierdziła, że w księżycowych kraterach leży lód.

Przecież wody nie brakuje na Ziemi...

Jakub Mielczarek: Chodzi o dostarczanie wody na orbitę okołoziemską lub okołoksiężycową. Wynoszenie ładunków z Ziemi jest trudne i kosztowne z uwagi na to, że trzeba pokonać dużą siłę ciążenia naszej planety. Łatwiej transportować ją z Księżyca.

Niczego innego oprócz wody nie opłaca się sprowadzać ze Srebrnego Globu?

Jakub Mielczarek: Dużo mówi się o helu-3, który byłby paliwem w przyszłych elektrowniach termojądrowych. Ale na razie ich nie ma. Pierwszy komercyjny reaktor powstanie najwcześniej w czwartej dekadzie tego wieku. I niekoniecznie będziemy w nim spalali hel-3.

Ale Księżyc może się nam przydać jeszcze w inny sposób. Można wykorzystać to, że jest skierowany do nas zawsze tą samą stroną, jest więc to świetne miejsce do budowy stacji radarowej, która byłaby stale wycelowana w stronę Ziemi i monitorowała jej otoczenie. Lokalizując np. satelity albo śmieci kosmiczne.

Aleksandra Bukała: A zaśmiecanie wokółziemskich orbit zaczyna być poważnym problemem. Za jakiś czas, jak w słynnej animacji „Wall-e”, będziemy się musieli przebijać przez kupę śmieci, żeby się wydostać w kosmos.

Michał Kracik: Księżyc albo orbita okołoksiężycowa to też idealne punkty startowe, z których można by wyruszać dalej. Ma mniejszą siłę ciążenia i łatwiej stamtąd startować.

Jakub Mielczarek: A na miejscu można produkować paliwo - wodę da się rozłożyć na tlen i wodór, czyli składniki paliwa rakietowego. Wtedy rzeczywiście Księżyc mógłby na siebie zarabiać.

Tylko po co latać jeszcze dalej?

Artur Chmielewski: Z bardzo różnych powodów. Amerykanie myślą o budowie bazy na Księżycu, żeby po prostu nie opanowali go tylko Chińczycy. Z innego powodu interesuje nas Mars, naukowcy chcą zrozumieć, jak planeta pokryta rzekami i jeziorami może się przemienić w pustynię. Lądujemy na Tytanie, bo to nam pokazuje, jak wyglądała Ziemia przed 3,8 mld lat, gdy wkraczało tu życie.

Z kolei na księżyce Europa i Enceladus wybieramy się, żeby sprawdzić, czy jest tam życie w ukrytych oceanach. Jeżeli jest poza Ziemią życie w Układzie Słonecznym, to obecne pokolenie ma już narzędzia, żeby je odkryć. Taka jedna pozaziemska bakteria czy ryba zmieni sposób, w jaki patrzymy się na gwiazdy, gdyż - statystycznie - będzie to znaczyło, że musi tam być dużo ICH!

Michał Kracik: W ostatnich latach powstało kilka firm, np. Planetary Resources, które myślą o górnictwie kosmicznym, chcą pozyskiwać surowce z asteroid. Choć na razie jest na to chyba za wcześnie.

Aleksandra Bukała: Niestety, nie ma takiego surowca, którego cena uzasadniałaby wysoki koszt pozyskania i sprowadzenia go spoza Ziemi.

Nawet złoto?

Jakub Mielczarek: Pierwiastki ziem rzadkich są cenniejsze niż złoto, ale nawet ich na razie nie opłaca się sprowadzać z asteroid.

Aleksandra Bukała: W branży się śmiejemy, że musielibyśmy odkryć jakiś fantastyczny kryptonit czy unobtainium, który był wydobywany w układzie Alfa Centauri w filmie „Avatar”.

Michał Kracik: Ale rachunek ekonomiczny może się zmienić, kiedy zaczną się wyczerpywać surowce na Ziemi albo cena ich pozyskania wzrośnie, bo zaczniemy bardziej dbać o środowisko.

Jakub Mielczarek: Szacuje się, że do końca wieku będzie nas, ludzi, kilkanaście miliardów. Zapotrzebowanie energetyczne i na surowcowe będzie więc coraz większe. Żeby temu sprostać, będziemy musieli ruszyć w kosmos.

Dlatego inwestorzy uważają, że w kosmosie będzie można zarobić. To widać w statystykach. Wystarczy policzyć, jak dużo fundusze venture capital, których specjalnością są ryzykowne przedsięwzięcia technologiczne, inwestują w sektor kosmiczny w Stanach. Pięć lat temu jedynie pojedyncze były zaangażowane w eksplorację kosmosu, a dzisiaj już około 200 funduszy inwestuje w to co roku kilka miliardów dolarów. Ten dramatyczny wzrost jest m.in. wynikiem spektakularnych sukcesów firmy SpaceX Elona Muska.

Musk zadeklarował, że chce lecieć na Marsa.

Michał Kracik: Żałuję, że człowiek jeszcze nie postawił stopy na Czerwonej Planecie. Przecież plany takiej misji były już pół wieku temu, zanim wylądowaliśmy na Księżycu.

Aleksandra Bukała: Brakuje poparcia opinii publicznej dla takich wizji, a co za tym idzie, nie ma funduszy. Dość powszechnie się spotykamy, nawet w Polsce, z takim komentarzem: „Nie ma na leki dla emerytów, a wy chcecie lecieć na Marsa”.

Michał Kracik: Ale to nie są wcale niebotyczne koszty. Budowa stacji na Księżycu, jak się szacuje, kosztowałaby 20-40 mld dol., a załogowa wyprawa na Marsa - 100-150 mld dol. Przypomnę, że organizacja olimpiady w Rosji kosztowała 50 mld dol. Niemcy mieli w zeszłym roku nadwyżkę budżetową rzędu kilkudziesięciu miliardów dolarów.

Aleksandra Bukała: Wartość globalnego rynku kosmicznego jest mniejsza niż roczny budżet USA na zbrojenia.

Michał Kracik: Racjonalnym argumentem za podejmowaniem kosmicznych wyzwań jest to, że technologie w tym celu opracowywane znajdują także praktyczne zastosowanie na Ziemi.

Aleksandra Bukała: Można długo wymieniać, od teflonu po ubrania z polaru.

Michał Kracik: Kiedy pracowałem na MIT, każdy wniosek o grant, który miała sponsorować NASA, wskazywał także na dodatkowe ziemskie aplikacje. Jeśli opracujemy futurystyczny skafander dla astronautów, to podobne rozwiązania mają szansę posłużyć dzieciom z porażeniem mózgowym. Druk 3D z metalu rozwijany z myślą o silnikach rakietowych i zbiornikach na paliwo przyda się niezależnie od tego, w jakim stopniu technologia ta zostanie wykorzystana w przemyśle rakietowym. To w pewnym stopniu minimalizuje ryzyko fiaska kosmicznych inwestycji.

Czy kosmos będzie nowym Dzikim Zachodem, gdzie kto pierwszy, ten lepszy? Czy też powinniśmy ściśle uregulować kosmiczną działalność?

Jakub Mielczarek: Obecnie opieramy się na traktacie o przestrzeni kosmicznej z 1967 r., którego sygnatariuszami jest większość państw. To główny dokument prawny, który reguluje aktywność poza Ziemią, w szczególności określa, że żadne ciało kosmiczne nie może stać się własnością osoby prywatnej czy państwa. Można je eksploatować, pozyskiwać surowce, ale nie można ich zająć na własność ani prowadzić tam działalności militarnej. Ale wiele spraw jest do dziś nieuregulowanych, np. kwestia śmieci kosmicznych. Są tylko zalecenia mówiące, że np. satelita nie powinien przebywać na orbicie dłużej niż 25 lat. Jednak to nie jest prawo, którego złamanie wiązałoby się z jakimiś konsekwencjami.

Aleksandra Bukała: Brak uregulowań bywa problemem. W mojej poprzedniej firmie robiliśmy mechanizm, który ma być elementem łazika marsjańskiego. Specjaliści od podatków zapytali nas, gdzie to wysyłamy. Mówimy, że do Wielkiej Brytanii. "I tam już zostaje?". "Nie, potem jedzie do Włoch". "I tam zostaje?". "Nie, potem do Holandii, a jeszcze potem do Gujany Francuskiej". "To może - pytali zrozpaczeni - powiedzcie, jakie jest ostateczne miejsce dostawy?". "Mars". I ci biedni księgowi muszą sobie z tym jakoś poradzić, bo urząd skarbowy na pewno nie będzie miał litości.

Stwarzacie biurokratom nieziemskie problemy.

Aleksandra Bukała: Nareszcie jest branża, choć na razie malutka, oferująca na tyle ciekawą pracę, że zatrzymuje w Polsce młodych i zdolnych, którzy nie szukają wyłącznie większych pieniędzy, lecz także wyzwań. No i światowych standardów.

Program lotu na Księżyc - Apollo - był tak skomplikowanym przedsięwzięciem technologicznym, że Amerykanie musieli od zera stworzyć wiele narzędzi koniecznych do zarządzania gigantycznym projektem, siecią tysięcy podwykonawców. My byliśmy od tego odcięci, bo choć Rosjanie rozwijali podobne narzędzia, to nie dzielili się tą wiedzą z sojusznikami. Dlatego mamy teraz problemy z komercjalizacją takich wynalazków jak niebieski laser. Musimy się nauczyć zarządzania, jeśli chcemy uczestniczyć - nawet jako podwykonawcy - w projektach europejskiej agencji kosmicznej ESA.

Creotech produkuje elektronikę nie tylko na potrzeby misji kosmicznych - nie bylibyśmy w stanie przy tej wielkości rynku utrzymać linii technologicznej - lecz także dla branży medycznej czy motoryzacyjnej. Dzięki kosmicznemu know-how jesteśmy w stanie sprostać wymaganiom każdego klienta.

Michał Kracik: Dodam jeszcze nietypową korzyść, jaką z lotów w kosmos ma dydaktyka. Z doświadczenia pracy ze studentami, przyszłymi projektantami, wiem, że kosmos bardzo otwiera wyobraźnię. Zmienia warunki, do których są przyzwyczajeni, zmusza do rewizji, wydawałoby się, najbardziej oczywistych założeń. W stanie nieważkości człowiek funkcjonuje inaczej, pewne zjawiska nie są oczywiste, więc projektant musi zmienić perspektywę i otworzyć się na inne możliwości.

Lot na Księżyc zachęcił mnóstwo młodych ludzi do kariery w dziedzinie nauk ścisłych i technicznych, wyrosła cała generacja inżynierów, dzięki którym mogły powstać wynalazki, które teraz nas otaczają.

Aleksandra Bukała: Wielu z tych, którzy pracowali w programie Apollo, właśnie teraz odchodzi na emeryturę i robi się luka pokoleniowa. Dla polskich młodych inżynierów to okazja, bo w ESA niedługo będą się zwalniać setki etatów.