Vadim Makarenko: Praca zdalna – błogosławieństwo czy przekleństwo?

Bartłomiej Brach*: To pytanie nie do końca dobrze postawione. Mieszamy dwie sytuacje: pracy z domu oraz pracy podczas pandemii. Sama praca zdalna może być błogosławieństwem – niektórzy zawsze pracowali w domu, były zawody własnego gabinetu, jak pisarz czy tłumacz – o ile spełnimy cztery warunki.

Pierwszy: musimy mieć miejsce. A Polska jest krajem o jednej z najmniejszych przestrzeni mieszkalnych w Europie. Tłoczymy się w mieszkaniach i wygospodarowanie przestrzeni do pracy – nie mówiąc już o gabinecie – jest naprawdę wyzwaniem.

Drugi warunek: ludzie w naszym bezpośrednim otoczeniu. Pracując zdalnie, odcinamy sobie bardzo ważną rzecz związaną z życiem biurowym – rozmowy na papierosie, przy kawie, podczas obiadu. To moment, w którym możemy zapytać kolegów: jak idą projekty, co się dzieje – ale też po prostu: „Jak się czujesz?”, „Co u ciebie?”, „Jak syn, jak córka?”, „Co tam na zajęciach sportowych?”. Ze wszystkich badań wynika, że takie biurowe pogaduszki są nam bardzo potrzebne.

Trzeci warunek to rutyna. Wydawało się, że praca w biurze rozprasza, bo cały czas ktoś podchodzi, czegoś chce, przychodzą maile. Ale w domu rozpraszają nas kuchnia, pranie, sprzątanie, joga.

Czwarty warunek to cel, czyli przeświadczenie, że pracujemy, by zrealizować coś dla nas ważnego. W domu cały czas przełączamy się z telekonferencji na telekonferencję, odpisujemy na maile, coś piszemy, ale nie widzimy, żeby z naszej pracy coś się wykluwało. Te efekty widać, kiedy jesteśmy z innymi ludźmi albo dopiero po jakimś czasie. Pracujesz w firmie odzieżowej. Kiedy jesteś w firmie, widzisz powstawanie kolekcji – na manekinach są upinane kolejne ubrania. Kiedy jesteś w domu, to ciężko powiedzieć, jak i czy w ogóle ta kolekcja powstaje, mimo że robisz swoją pracę najlepiej, jak potrafisz.

Ale o co chodzi z tym mieszaniem dwóch porządków – pracy zdalnej i pracy zdalnej podczas pandemii?

– Praca zdalna może być błogosławieństwem, o ile wiemy, jak ją wykonywać. Praca zdalna podczas kryzysu to zawsze będzie przekleństwo, nieważne, jak do niej podejdziemy. Bo musimy wykonywać dwie prace: bieżącą, i to często w trudnych warunkach, ale także pracę, która ma nas przygotować na to, co przyniesie przyszłość.

Firmy już wiedzą, że dotychczasowy model działania będzie nie do utrzymania. Spadają przychody, zmieniają się dostawy, ceny, warunki importu, więc musimy robić to, co jest w danym momencie kluczowe, ale też przygotowywać firmę na to, co się zdarzy za miesiąc albo za kwartał.

Mamy więc dwa etaty wymagające różnych trybów działania i myślenia – z jednej strony efektywności w danej chwili, a z drugiej strony zdolności przewidywania, kreatywności oraz planowania. Taka praca jest podwójnie obciążająca, a na domiar złego wykonujemy ją w sytuacji, do której nie jesteśmy przystosowani kulturowo.

Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Pandemia to czysta niepewność, a jesteśmy narodem, który – jak wynika z badań – bardzo sobie ceni unikanie niepewności. Za wszelką cenę szukamy pewności, przewidywalności, poczucia bezpieczeństwa. Nie potrafimy sobie powiedzieć: no dobrze, nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co się zmieni, ale będziemy w tej zmianie – co potrafią np. Szwedzi.

A jak się czują ludzie, którzy nie mogą pracować zdalnie? Czy ta sytuacja nie pogłębia dodatkowo podziałów społecznych?

– Kiedyś mówiliśmy o zawodach prestiżowych i nieprestiżowych, teraz mówimy o pracownikach „essential workers” i „non-essential workers”. Essential worker, czyli pracownik kluczowy – to ten, który musi wykonywać swoją pracę, bo inaczej wszyscy odczujemy jej brak. Pracownik służby zdrowia, dyskontu, firmy logistycznej, dostawca, kurier, człowiek wytwarzający żywność, leki. 

Ty i ja jesteśmy przykładami tej drugiej grupy.

Gdyby twoja praca dziennikarza albo moja praca badacza na rok, na dwa została zlikwidowana, czy ktokolwiek by się zorientował? Odczuł jakiś brak korzyści albo wręcz stratę?

– Ten podział ma kolosalne skutki dla pracowników. Każdy z nas próbuje zbudować w sobie poczucie, że jego praca ma jakiś sens, że robimy coś, co jest pożyteczne. Nawet jeśli pracujesz głównie dla pieniędzy, to masz z tyłu głowy przeświadczenie, że warto ze względu na jakąś inną gratyfikację niż tylko finansowa. Teraz odkrywamy, że bardzo często to iluzja. Część zawodów – jak np. praca w reklamie – w czasach pandemii mogłaby nie istnieć i nic by się nie stało.

Natomiast są zawody, na które nie zwracaliśmy uwagi albo wręcz traktowaliśmy z pogardą, a odkryliśmy, że bez nich nie ma społeczeństwa. Pielęgniarki – lekceważone i nędznie wynagradzane – teraz są naszymi bohaterami. Albo ludzie, którzy wywożą śmieci z naszego osiedla. Na co dzień prawie ich nie zauważamy, a teraz... Oni mogą czuć podwójny sens swojej pracy, bo dodatkowo widzą, że inni zauważają ich znaczenie.

Czy ten podział zostanie na dłużej?

– Wszyscy tak bardzo chcemy wrócić do starej normalności, że będziemy starali się za wszelką cenę przywrócić ten porządek, który znaliśmy. I znów dawne zmienne – związane z siłą przetargową albo z kompozycją płci w danym zawodzie – będą sprawiały, że jednych lepiej wynagradzany, drugich gorzej, jedni są bardziej szanowani, a drudzy mniej.

A wrócimy do biur? Będą jeszcze potrzebne? Jedni mówią, że będą, ale dużo mniejsze. Ale Eric Schmidt, były prezes Google’a, powiedział: popyt na przestrzeń biurową wzrośnie.

– To jest pytanie, które bym odwrócił. Powiedz, jak się czułeś, nie mogąc chodzić do redakcji?

Doskonale. Potrzebuję spokoju, skupienia i to mam.

– To jesteś wyjątkowy. Większość osób chodzi do pracy nie tylko po to, żeby zarobić, ale też po to, żeby zaspokoić potrzebę socjalizacji. W biurze znajdujemy szanse na to, żeby być z innymi. Spotykamy się z ludźmi podobnymi do nas, którzy mają coś interesującego do powiedzenia, z którymi możemy niezobowiązująco poplotkować i poczuć, że tworzymy coś więcej.

A menedżerom czy właścicielom firm też pasuje, żeby ludzie byli w biurach, bo chcą wpływać na to, jak pracownicy realizują zadania. Kontrolować. Tam mają większą władzę niż na Zoomie albo przez telefon.

Tylko pytanie: jakie te biura właśnie będą?

Dużo trudniejsze.

– Oczywiście możemy sobie wyobrazić dwie skrajności: malutkie biura, do których się wpada, by załatwić formalności, odebrać pocztę, zostawić pracę, odbyć spotkanie i wyjść – albo jeszcze większe, żeby ludzie mogli zachowywać dystans społeczny i czuć się bezpiecznie.

Bliższa realizacji jest ta druga wizja, bo w biurach będziemy spędzać dużo czasu. Chodzenie do restauracji czy kawiarni zostanie uznane za bardziej niebezpieczne ze względów sanitarnych, takie miejsca trudniej kontrolować niż biuro, w którym można wprowadzić każdego rodzaju restrykcje. Więc będziemy woleli spotykać się w biurach. Jest jeszcze jeden ważny powód, dla którego wrócimy: chcielibyśmy, żeby nasza gospodarka była w większym stopniu oparta na wiedzy. A wiedza to też wymyślanie, które często jest procesem grupowym. Wspólne wymyślanie bardzo trudno symulować w przestrzeni wirtualnej. Prof. Gianpiero Petriglieri opisał w „Harvard Business Review”, jak praca zdalna w grupie na wideokonferencji jest niesamowicie męcząca i dlatego bardzo mało kreatywna. Kiedy pracujemy z grupą, musimy czuć, że się rozumiemy, że się synchronizujemy. To bierze się z tego, że czytamy sygnały niewerbalne, bardzo często podświadomie. Siedząc z ludźmi przy jednym stole, możemy dostrzec, czy inni wspierają nasz pomysł, czy się dobrze dogadujemy, czy coś zgrzyta, w jakim kierunku idzie rozmowa. Na Zoomie czy Teamsach albo się nie widzimy, albo widzimy kawałek twarzy, nie widzimy całej grupy, musimy poświęcać sporo energii na analizowanie ludzi po drugiej stronie ekranu, na odgadywanie, w jakim są stanie.

Tomek Opasiński, który pracował w dziale kreatywnym Netflixa, też uważa, że pewnych spotkań nie da się zastąpić telekonferencją. Trzeba spotkać się, usiąść na podłodze, rysować i obserwować reakcję drugiej strony. Tylko czy będziemy mieli dowolność w wyborze charakteru pracy? Szefowie mogą krzywo patrzeć na pracownika chcącego pracować zdalnie?

– Do trybu, w którym żyliśmy do tej pory, czyli ciągłego przebywania w biurze, a raz w miesiącu – w nagrodę – pracy przez dwa dni z domu, nie ma powrotu. Praca będzie zmienna. Będziemy chodzić do dużo większych biur, ale nie codziennie. A może przejdziemy na system zmianowy? Jeśli firma nie będzie w stanie dokupić metrów kwadratowych, to wprowadzi zmiany jak w fabrykach.

*Bartłomiej Brach – założyciel firmy brightlight, antropolog, bada kulturę organizacji, analizuje znaczenie, jakie ludzie nadają swojej pracy i firmom. Autor raportu „W poszukiwaniu sensu pracy”