W sobotę 11 lipca wszyscy użytkownicy telefonów komórkowych w Polsce otrzymali od Rządowego Centrum Bezpieczeństwa wiadomość o treści: „II tura wyborow prezydenckich w niedziele 12.07. Osoby 60+, kobiety w ciazy oraz osoby niepelnosprawne będą mogly glosowac w komisjach wyborczych bez kolejki” [pisownia oryginalna].

Sam SMS nie miał żadnej mocy prawnej – przywilej ten został nadany za pomocą rozporządzenia ministra zdrowia. Jednak przekaz przypominający najstarszym obywatelom o możliwości głosowania bez kolejki przyniósł niewątpliwie skutek – frekwencja wśród osób powyżej 60. roku życia wzrosła pomiędzy I a II turą o niemal 9 pkt proc. (64,2 proc. w porównaniu z 55,4 proc.). Zważywszy na to, że osób powyżej 60. roku życia jest w Polsce ponad 9,5 mln, przełożyło się to na prawie 900 tys. dodatkowych głosów. W żadnej innej grupie wiekowej nie zanotowano podobnego skoku mobilizacji.

W świecie stworzonym przez tradycyjne ekonomiczne modele zakładające istnienie ludzi idealnie racjonalnych i posiadających pełnię informacji wiadomość wysłana przez RCB nie miałaby żadnego sensu ani wpływu. Nie zmieniła przecież w żaden sposób stanu faktycznego – osoby powyżej 60. roku życia byłyby wpuszczane bez kolejki, również gdyby wiadomość nie została rozesłana, a jej treść powinna być dla zainteresowanych znana, bo wiedza o takim przywileju jest w interesie najstarszych Polaków.

W rzeczywistości jednak jej rozesłanie miało niewątpliwie ogromny wpływ na imponujący wzrost frekwencji. Z jednej strony zapewniło, że wszyscy zainteresowani wiedzieli o swoim przywileju, z drugiej stanowiło po prostu przypomnienie o samych wyborach i zachęciło do wzięcia w nich udziału zaledwie dzień przed głosowaniem, a więc w momencie układania bieżących planów. Wiadomość od RCB całkowicie zmieniła coś, co w ekonomii behawioralnej nazywa się architekturą wyboru.

Przewidywalnie irracjonalni

To, co sprawia, że Richard Thaler, zdobywca ekonomicznego Nobla z 2017 r., jest wybitnym naukowcem, jest jego niechęć do pracy. Dzięki temu nie zajmuje się błahostkami i potrafi się skupić jedynie na tym, co najważniejsze. Tak przynajmniej żartuje jego długoletni współpracownik i laureat tej samej nagrody z 2002 r. Daniel Kahneman. Wraz z Amosem Tverskym ta trójka rozpoczęła 40 lat temu atak, którego celem było obalenie mitu racjonalnego człowieka kalkulatora, podejmującego decyzje tylko na podstawie zimnego rachunku zysków i strat. Tak narodziła się ekonomia behawioralna.

Pomimo rosnącej popularności tej dziedziny, co łatwo zaobserwować nie tylko w wykazie noblistów, ekonomia behawioralna pozostaje w kontrze do standardowych modeli ekonomicznych. Thaler postanowił więc doprowadzić do metodologicznego przełomu. Jego badania pokazują, że wpływ irracjonalności na nasze decyzje nie jest tymczasowy i niemożliwy do przewidzenia, lecz jest systematyczny.

Jakie wino zamówimy w czasie miłej kolacji? Dla zdecydowanej większości z nas informacje zawarte w menu wprowadzają więcej konfuzji niż jasności. Z jednym ważnym wyjątkiem – ceny. Zakładamy, że ceny win w restauracji są uszeregowane zgodnie z tym, ile kosztują w prawdziwym świecie, a więc w pewnym stopniu odzwierciedlają ich wartość w oczach specjalistów.

Zapewne nie zdecydujemy się na najtańszy kieliszek – dlatego że w tej logice powinien być najgorszy i po to, żeby nie wyjść na skąpców. Nie chcemy jednak wydawać fortuny, poza tym tak naprawdę nie znamy się szczególnie na winach. Koniec końców najprawdopodobniej zamówimy drugą najtańszą pozycję w menu. Dla restauracji to żadne zaskoczenie – robi tak ogromna większość klientów. To właśnie dlatego drugie najtańsze wino jest zazwyczaj sprzedawane z najwyższą marżą.

Wybór wina z restauracyjnego menu to tylko jedna z setek decyzji podejmowanych przez nas codziennie. Żadna z nich nie dzieje się w próżni i bez kontekstu, lecz opiera się między innymi na tym, w jaki sposób różne opcje są nam przedstawiane. W naukach behawioralnych ten kontekst nazywa się architekturą wyboru. Jest nim właśnie karta win i szeregujące ją ceny poszczególnych trunków.

Wpływ kontekstu na nasze decyzje stanowi główny obiekt ekonomii behawioralnej. Kahneman, Tversky, Thaler i ich następcy zidentyfikowali oraz usystematyzowali powtarzające się w ludzkich decyzjach zniekształcenia poznawcze, tworząc ramy pozwalające przewidzieć i modelować irracjonalność, a zatem traktować ją jako podstawę do badań ekonomicznych oraz decyzji politycznych.

Neutralność nie istnieje

W tej drugiej dziedzinie Thaler już rozpoczął rewolucję. Jego książka „Impuls”, napisana wraz z Cassem Sunsteinem, byłym głównym doradcą Obamy w dziedzinie regulacji, spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem nie tylko zwykłych czytelników, ale też polityków, inspirując brytyjskich konserwatystów do stworzenia w 2010 r. specjalnego zespołu eksperckiego do spraw ekonomii behawioralnej (Behavioral Insights Team, BIT). Thaler i Sunstein nie ukrywali zresztą daleko idących ambicji, podkreślając we wstępie, że wychodzą z propozycją rewolucji w polityce publicznej. W ich oczach proponowane rozwiązania są korzystne dla wszystkich – mogą w znaczący sposób poprawić standard życia obywateli, a jednocześnie nie powinny wzbudzać kontrowersji żadnej ze stron politycznego sporu.

Naszą preferencją na poobiedni deser może być pączek, ale jeśli w stołówce przy kasie zamiast pączków sprzedawane są jabłka, to najpewniej zdecydujemy się na zdrowszą opcję. Możemy chcieć, żeby w wypadku śmierci nasze organy posłużyły komuś innemu, ale jeśli wymaga to przejścia przez skomplikowaną drogę administracją, najprawdopodobniej się nie pofatygujemy, a zatem nie zostaniemy dawcami. Jak argumentuje Thaler, wybory są zawsze przedstawiane w jakiś sposób – albo państwo traktuje nas z punktu jako dawców i pozwala się wypisać, albo odwrotnie. Co za tym idzie, neutralność jest ułudą, a ignorowanie tego problemu sprawia, że tworzymy mimochodem system, w którym preferencje większości obywateli nie są realizowane.

Czasem wystarczy szturchnąć

Celem, do którego zmierzają Thaler i Sunstein, jest libertariański paternalizm, a zatem państwo które – gdy to możliwe – pozostawia pełną wolność wyboru obywatelom (w tradycji libertariańskiej), jednocześnie upewniając się, że opcja domyślna jest skonstruowana w sposób odpowiadający preferencjom większości społeczeństwa (paternalistycznie zakładając, że rząd jest w stanie zidentyfikować preferencje większości). Kluczem do zrozumienia proponowanej przez nich idei jest tytuł książki.

Przetłumaczony na język polski jako „impuls”, „nudge” to po angielsku nic innego jak szturchnięcie łokciem. Thaler i Sunstein twierdzą, że czasem wystarczy kogoś delikatnie szturchnąć, żeby sprowokować go do podjęcia słusznej decyzji. Istotą libertariańskiego paternalizmu jest zatem to, żeby zmiana z opcji domyślnej była możliwie nieskomplikowana, a paternalizm łatwy do obejścia. Reformy oparte na takich szturchnięciach jak domyślne zapisywanie studentów na hojnie subsydiowane obiady w szkolnych stołówkach lub pracowników na hojnie subsydiowane przez pracodawców fundusze emerytalne w Stanach Zjednoczonych oraz Wielkiej Brytanii czy uczynienie zgody na bycie dawcą narządów domyślną opcją w Wielkiej Brytanii pokazały siłę ekonomii behawioralnej, drastycznie zmieniając proporcję tych uczestników, którzy wypisują się z systemu.

Nieraz lepiej podać rękę

Sukces agendy reform promowanej przez Thalera i Sunsteina nie powinien jednak odwrócić naszej uwagi od zagrożeń. Wiele przykładów w „Impulsie” kontrastuje ze szturchnięciem z zerową opcją domyślną – w której obywatele zostają bez dobrego planu emerytalnego, dopłaty za dogrzanie mieszkania albo zdrowej diety. W rzeczywistości istnieją jednak inne formy wsparcia poza szturchaniem, często skuteczniejsze.

Makabryczne ilustracje na opakowaniach od papierosów ograniczają palenie, lecz mniej niż wysokie ceny papierosów wynikające z dodatkowych podatków. Zamiast namawiać ludzi do oszczędzania na emeryturę za pomocą szturchnięcia, można tak zreformować system emerytalny, żeby zapewniał godziwe emerytury poprzez późniejszy wiek emerytalny oraz wyższe składki. Nieraz korzyść z mocniejszej interwencji państwa znacznie przewyższa koszt w postaci ograniczenia wolności do działania przeciwko interesom swoim i innych. Tymczasem, jak pokazał raport brytyjskiej Izby Lordów, metody polecane przez Thalera i Sunsteina są wprowadzane zamiast bardziej zdecydowanych interwencji, a nie służą ich dopełnieniu.

Koronnym dowodem potwierdzającym obawy lordów jest sposób, w jaki brytyjski rząd zdecydował się odpowiedzieć na epidemię koronawirusa. Gdy większość krajów europejskich po kryzysie zdrowotnym wywołanym przez pandemię we Włoszech wprowadziła w marcu radykalne obostrzenia i zamknęła wiele gałęzi gospodarki, Boris Johnson poszedł inną drogą. Szkoły i sklepy pozostały otwarte, a główne zalecenia rządu ograniczyły się do promowania mycia rąk i sugerowania autoizolacji w wypadku występowania objawów.

Decyzje podjęte na Downing Street tłumaczył nie kto inny jak David Halpern, szef Behavioral Insights Team. W jego opinii wprowadzenie lockdownu w nieunikniony sposób doprowadziłoby w przeciągu paru tygodni do społecznego zmęczenia i łamania jego reguł. Dlatego zamknięcie gospodarki jest ruchem, który należy stosować w ostateczności, w czasie szczytu epidemii, a nie na jej początku w celu ograniczenia liczby zakażeń. To można osiągnąć mniejszym kosztem – promując drobne zmiany w zachowaniu, które jednocześnie znacznie zmniejszają ryzyko przenoszenia się wirusa. Brytyjski rząd postawił zatem na szturchnięcie – plakaty zachęcające do regularnego mycia rąk („przez 30 sekund, tyle ile zajmuje zaśpiewanie Happy birthday ”), kichania w rękaw oraz niedotykania dłońmi twarzy (sposobem na to jest wyrobienie nowego nawyku, na przykład stukanie palcami o nogawki).

Brytyjski optymizm poznawczy skończył się szybką klęską. W czasie, gdy cała Europa zamykała gospodarki w trosce o uniknięcie włoskiego scenariusza, 12 marca Johnson szczycił się, że Zjednoczone Królestwo jako jedyny kraj prowadzi epidemiologiczną strategię opartą w całości na zdobyczach nauki, a nie dyktowaną panicznymi odruchami. Zaledwie 11 dni później dokonał zwrotu o 180 stopni i zakazał obywatelom wychodzenia z domu w celach innych niż niezbędne do przetrwania. Symulacja epidemiologiczna wykonana przez matematyków z Imperial College London pokazała bowiem, że utrzymanie otwartego kursu sprawi, że liczba ofiar koronawirusa w Zjednoczonym Królestwie przekroczy 600 tys. osób. Jednocześnie w samym środowisku ekonomistów behawioralnych pojawiły się głosy protestu przeciwko Halpernowi wskazujące na to, że jego uwagi o nieuniknionym zmęczeniu lockdownem były jedynie spekulacją, a nie potwierdzoną teorią naukową.

Szturchanie nie zastąpi debaty

Jest jeszcze jeden problem. Choć argumentem za używaniem szturchnięć jest to, że zostawiają one wolność wyboru, to często wpływają negatywnie na transparentność i mogą działać w sposób upokarzający. W jednym z eksperymentów zespołu Halperna bezrobotni zarejestrowani w urzędzie pracy w mieście Loughton zdawali test mający ocenić ich zdolności. Wszyscy byli informowani o wysokim wyniku, co miało przełożyć się na większą pewność siebie i sprawić, że lepiej wypadną na rozmowach o pracę. Eksperyment zadziałał: osoby zdające test szybciej znalazły zatrudnienie. Jednak jak długo taka metoda oparta na oszustwie i pośrednio upokorzeniu może działać, zanim stanie się powszechną wiedzą, że test to bzdura? Poczucie oszukania i upokorzenia niszczy relacje na linii obywatel – państwo, a utraconego zaufania nie da się odzyskać.

Przykład fiaska brytyjskiego podejścia do walki z koronawirusem bazującego na ekonomii behawioralnej pokazuje zagrożenia płynące z przekierowania polityki publicznej na strategię opartą w całości na szturchnięciach. Podstawowym dylematem pandemii jest konflikt pomiędzy dwiema wartościami kluczowymi z punktu widzenia rządzących – zdrowiem publicznym oraz gospodarką. Opierając się na szturchnięciach, rząd brytyjski obiecywał salomonowe rozwiązanie – gospodarka może działać prawie normalnie, a liczba zachorowań pozostanie niska, bo ludzie będą myć ręce, uderzać palcami w spodnie i nie podawać sobie dłoni na powitanie.

Rzeczywistość okazała się mniej różowa. Przenosząc odpowiedzialność z rejestru odgórnych zakazów na sferę osobistej odpowiedzialności, Johnson i jego doradcy wystawili swoich obywateli na niepotrzebne epidemiologiczne ryzyko i zostali szybko zmuszeni do diametralnej zmiany podejścia. To doskonały przykład, jak łatwo niekontrowersyjne rozwiązania proponowane przez Thalera i Sunsteina – mające na celu promowanie pozytywnych dla wszystkich rozwiązań, jak na przykład mniejsza prędkość jazdy na drogach czy zdrowsze wybory żywnościowe – mogą zostać nadużyte w sytuacjach opartych na konflikcie interesów.

Jeśli bowiem zgadzamy się na to, że procedura opt-outu pozwala osiągnąć prawie takie same efekty jak prawne regulacje, a jednocześnie zachowuje naszą wolność wyboru, to czemu nie rozszerzyć jej do zagadnień dotyczących praw pracowniczych? To o tyle retoryczne pytanie, że podobny argument jest już używany w obronie umów cywilnoprawnych, które stanowią swoisty opt-out od umów o pracę, nieobarczony prawami pracowniczymi. W ogromnej większości osoby pracujące na takie umowy nie mają jednak nic do powiedzenia – to nie one dokonują wyboru.

Ryzyko wynikające z tego, że opcjonalność rozwiązań promowanych przez agendę szturchania może się negatywnie odbić na słabszych, mających gorszą pozycję negocjacyjną członkach naszego społeczeństwa, nie jest jedynym zagrożeniem. Opieranie polityki publicznej na analizie ludzkich zachowań przy jednoczesnym odsunięciu na dalszy plan ich motywacji i przedstawianych racji jest tym groźniejsze, że mechanizm ten opanował już nasze procesy społeczne, oparte w ogromnym stopniu na algorytmach i sztucznej inteligencji napędzającej architekturę wyboru przedstawianą nam codziennie w mediach społecznościowych, platformach zakupowych i portalach rozrywkowych. Dla nich nasza opinia nie jest istotna, bo w zupełności wystarczają dane – dzięki nim mogą wywnioskować, jakie są nasze preferencje (w tym te polityczne) oraz przekonania (w tym religijne). Na podmiotowość nie ma w tej logice miejsca.

Może lepiej zostanę w domu

Choć w domyśle miał być przeznaczony dla ludzi starszych lub z niepełnosprawnościami oraz kobiet w ciąży, alert RCB był wysłany do wszystkich osób posiadających telefony komórkowe w Polsce, wpływając na architekturę wyboru całego elektoratu. Grupy uprzywilejowane dowiedziały się z wiadomości, że mogą liczyć na preferencyjne traktowanie i głosowanie bez kolejki.

Nie jest jednak tak, że przekaz dla reszty wyborców był całkowicie neutralny. Ekonomia behawioralna uczy, że nawet małe, często nierejestrowane przez nas świadomie zmiany w otoczeniu wpływają na nasze decyzje. W tym wypadku była to wiadomość, z której mogliśmy się dowiedzieć, że nie tylko należy spodziewać się kolejek w lokalach wyborczych, ale też przygotować się na to, że nasz czas oczekiwania może się wydłużyć ze względu na preferencyjne traktowanie części obywateli. Nie sposób oszacować, ile osób w obliczu tego szturchnięcia postanowiło pozostać 12 lipca w domach.

Naukowe uznanie dla ekonomii behawioralnej jest więcej niż zasłużone – noble dla Kahnemana i Thalera nagrodziły pionierów, którzy wbrew opinii większości kolegów po fachu kontynuowali krucjatę mającą pokazać, że ludzie są tylko ludźmi, również wtedy, gdy podejmują kluczowe decyzje dla swojego dobrobytu. Kiedy sprawiają, że obywatele częściej korzystają z przysługujących im praw, poszturchiwania mogą odegrać bardzo pozytywną rolę. Są też kluczowe w adresowaniu zagadnień, które wymagają utrzymania wolności wyboru z powodów religijnych i moralnych, jak przy zagadnieniu organodawstwa.

Lecz szturchanie nie może być lekarstwem na wszystko. Nie rozwiąże za nas dylematów dotyczących sprawiedliwości społecznej ani nie znajdzie złotego środka w relacji pomiędzy państwem, rynkiem i obywatelami. Traktując ludzkie wybory jako środek do osiągnięcia odgórnie przyjętego celu, a nie cel sam w sobie, tworzy ryzyko ograniczenia sfery demokracji i debaty publicznej, oddając je władzy algorytmów. Kuksaniec powinien służyć obudzeniu. Dopiero wtedy przychodzi czas na trudne, świadome wybory.