Maj 1978 r. Jan Wolski, rolnik ze wsi Emilcin spod Opola Lubelskiego, jedzie przez las i widzi dwie postacie. Zrównuje się z nimi, a wtedy one wskakują na wóz i rozmawiają niezrozumiałym dla Wolskiego językiem. Chwilę później ujrzał biały pojazd przypominający niewielki autobus unoszący się nad polaną. Obcy poprowadzili go do windy, wjechał i wszedł na pokład. W środku były kolejne dwie osoby – tak jak ich towarzysze miały zielone twarze i dłonie, czarne kombinezony. Zieloni kazali się Wolskiemu rozebrać i obejrzeli go ze wszystkich stron. W pojeździe nie było lampek, zegarów, przyrządów, tylko gładkie ściany i ławki. Na jednej leżały żywe, ale nieruchome ptaki – kruki i gawrony, jakby sparaliżowane. Obcy odłamywali kawałki pokarmu przypominającego plaster miodu i jedli. Częstowali Wolskiego, ale nie skosztował.

– I tak się cuś uśmiechali takim uśmiechem, nie tak jak my się śmiejemy oczami, tylko tak się cuś wykrzywiali – powiedział w filmie „Odwiedziny, czyli u progu tajemnicy” nakręconym w 1978 r. przez TVP.

Potem zieloni wskazali otwór wyjściowy i windę. Wolski ubrał się, nałożył czapkę, ukłonił się i powiedział: „Do widzenia”. Tamci też się ukłonili. – Zjechałem na dół i poszłem do konia – opowiedział.

Incydent w Emilcinie uważany jest za najlepiej udokumentowany przypadek bliskiego spotkania trzeciego stopnia w Polsce.

1954 rok. Amerykański chłopiec odpiera atak obcych. Zdjęcie pochodzi z publikacji fikcyjnej opowieści o ataku Marsjan1954 rok. Amerykański chłopiec odpiera atak obcych. Zdjęcie pochodzi z publikacji fikcyjnej opowieści o ataku Marsjan Fot. Kurt Hutton / Getty Images

Trump nie powie

UFO istnieje. Przyznała to pod koniec kwietnia marynarka wojenna USA. Wprawiła tym w euforię wszystkich ufologów świata, a kongresmenów zmobilizowała do rozpoczęcia prac nad nowymi przepisami dotyczącymi niezidentyfikowanych obiektów latających.

Ale po kolei. Jako pierwszy, w IV wieku naszej ery, UFO opisał rzymski kronikarz Juliusz Obsequens. Jego „Księga znaków cudownych” jest katalogiem niezwykłych zjawisk astronomicznych, pogodowych, biologicznych. Niektóre z zapisów dotyczących obiektów zaobserwowanych na niebie ufolodzy uznają za pierwsze wzmianki o UFO. W roku 1561 mieszkańcy Norymbergi ujrzeli ponad głowami setki trójkątnych i sferycznych kształtów. 300 lat później tysiące mieszkańców USA donosiło o flotach statków powietrznych przelatujących nad ich głowami.

UFO pojawiało się w różnych częściach świata w pierwszych dekadach XX wieku, ale prawdziwy początek ery wizytowania nieba przez nieznane obiekty nastąpił w 1947 r. w Roswell w Nowym Meksyku. Niejaki William Brazel, pracownik pobliskiego rancza, znalazł tam rzekomy wrak latającego spodka. Z historii Roswell wykwitły teorie o ukrywanych przez rządy wizytach statków i istot pozaziemskich na naszej planecie. Narodziła się ufologia. 2 lipca, dzień, w którym w Roswell lądowali domniemani kosmici, obchodzony jest jako Światowy Dzień UFO. Całkiem niedawno Trump pytany o tajne do dzisiaj dokumenty rządowe dotyczące incydentu powiedział: – Nie powiem, co wiem, ale to bardzo interesujące.

Termin UFO (Unidentified Flying Object – niezidentyfikowany obiekt latający) powstał na początku lat 50. w dowództwie amerykańskiego lotnictwa. Piloci mieli tym mianem określać wszystko, co zaobserwowali na niebie, a czego nie mogli rozpoznać. Rząd zaczął katalogować raporty. W ramach projektu „Blue Book” przeanalizowano prawie 13 tys. meldunków o UFO. Zamykający śledztwo raport przygotowany w 1968 r. na Uniwersytecie Kolorado pod dyrekcją fizyka Edwarda Condona stwierdzał brak dowodów na pozaziemskie pochodzenie niezidentyfikowanych obiektów czy zagrożenie z ich strony. Ocenił ich wartość dla badań naukowych i rozwoju technologii jako zerową.

Delegitymizacja ufologii jedynie zmobilizowała ufologów. Dzisiaj MUFON (Mutual UFO Network), największa organizacja zajmująca się UFO, działa w ponad 40 krajach, ma tysiące członków i sympatyków. Od kilku dekad organizowane są kongresy, konferencje, zloty. Analizuje się setki doniesień, nagrań, raportów o bliskich spotkaniach z obiektami nieznanymi. Incydent w Emilcinie jest jednym z przykładów. Sprawą zajmował się jeden z czołowych polskich ufologów, socjolog Zbigniew Blania-Bolnar. Rolnik Jan Wolski, który spotkał obcych, został poddany badaniom psychologicznym, okulistycznym, laryngologicznym, neurologicznym. Blania-Bolnar przeprowadził wywiady z mieszkańcami wsi, zebrał materiał dowodowy w miejscu lądowania. Napisał dwie książki. Ufologiczna fundacja Nautilus postawiła w Emilcinie pomnik.

Co one, k..., wyczyniają?!

Serwis internetowy amerykańskiej Paradigm Research Group, którego motto brzmi: „Mamy prawo do prawdy”, nie różni się wiele od największych portali, takich jak BBC czy CNN. Tytuły ciągle napływających nowych wiadomości donoszą m.in. o wywiadowczych działaniach istot pozaziemskich ingerujących w stosunki międzynarodowe czy w rozwój technologii – również śmiercionośnej. Ufologia karmi się teoriami spiskowymi i nieprzerwanie je wytwarza. Nie oznacza to jednak, że temat UFO jest pomijany przez poważne media. „New York Times” recenzował wydaną kilka lat temu książkę „UFO Sightings Desk Reference” – kompendium danych o ponad 120 tys. przypadkach zaobserwowania nieznanych obiektów na niebie w USA z lat 2001-15. W roku 2017 największy amerykański dziennik zdecydował się na publikację nagrań, które wyciekły z Pentagonu. To zapisy z kamer myśliwców marynarki. Ich wyjątkowość polega na tym, że zawierają ścieżkę dźwiękową – słychać rozmowy pilotów na temat tego, co widzą. W kwietniu tego roku dowództwo marynarki upubliczniło filmy.

Na czarno-białym zapisie widać cylindryczne obiekty wykonujące nagłe, zaskakujące manewry – skręty, zwroty, loty wsteczne. Wszystko na ogromnych prędkościach. Najbardziej interesujące są reakcje pilotów. Ludzie obeznani jak nikt inny na świecie z niebem i najnowocześniejszymi technologiami awiacji wydają się zdumieni. Powtarzają się pełne ekscytacji okrzyki niedowierzania: „co to jest?”, „cała flota”, „co one, k..., wyczyniają?!”.

W oficjalnym komunikacie marynarka wojenna Stanów Zjednoczonych stwierdza, że obiekty na filmach nie zostały zidentyfikowane i ich pochodzenie, operator czy funkcja pozostają nieznane.

Przyjmuje się, że zdecydowana większość zjawisk, jakimi zajmuje się ufologia, ma racjonalne i z reguły dość błahe wytłumaczenie. Rzekome statki kosmiczne to najczęściej drony, latające stacje meteorologiczne, satelity, samoloty, wyjątkowo jasne gwiazdy, meteory, a nawet latawce czy lampiony. Prawdziwe UFO – nie w sensie kosmicznym, lecz faktycznego niezidentyfikowania – to od 5 do 15 proc. przypadków. Oświadczenie Navy jest intrygujące, bo oznacza, że najbardziej zaawansowana technologicznie instytucja na świecie, jaką jest wojsko USA, przeprowadziła dochodzenie, zrobiła szczegółowe badania i mimo to nadal nie wie, co, u licha, piloci zaobserwowali i nagrali. Tym samym pierwszy raz od lat 60. rząd USA przyznał: UFO istnieje. Czy niezidentyfikowane obiekty przybywają z pozaziemskich cywilizacji, jest oczywiście zupełnie osobną kwestią.

W tym punkcie warto przedstawić postać Alexandra Wendta.

UFO nie tykamy

Profesor Uniwersytetu Stanowego Ohio. Wykładał na Yale, Darmouth College i Uniwersytecie Chicagowskim. Uznany za czołowego amerykańskiego politologa ostatniego 20-lecia, wybitny przedstawiciel szkoły konstruktywizmu w stosunkach międzynarodowych. Zawodowa metryka Wendta jest istotna – mamy do czynienia z autorytetem naukowym. Choć wierzy w UFO, Wendt nie jest ufologiem. Przy każdej okazji powtarza, że odrzuca wszelkie teorie spiskowe. Interesują go fakty.

Te, które pchnęły go w kierunku UFO, są następujące: ciekawość ludzka nie zna granic. Naturalną reakcją Homo sapiens na coś, czego nie zna i nie rozumie, jest spróbować to poznać. Inwestujemy miliony w technologie mające wyłapać sygnały od inteligentnych form życia z dalekich galaktyk. Pytanie: dlaczego więc nie robimy nic, aby poznać i zrozumieć fenomen UFO – tych kilku procent rzeczywiście nieznanych zjawisk występujących tuż pod naszym nosem, w naszej atmosferze.

Próbą odpowiedzi jest esej „Sovereignty and the UFO” z 2008 r., który Wendt napisał wspólnie z profesorem Raymondem Duvallem z Uniwersytetu Minnesoty. Uznany został za pierwszą pracę naukową o UFO. Autorzy proponują teorię wyparcia badań nad UFO z powodu antropocentrycznego modelu państwa i społeczeństwa, który obowiązuje we współczesnym świecie. Jądrem, wokół którego zorganizowana jest większość nowożytnych społeczeństw, jest człowiek. Nie Bóg, jak miało to miejsce w starożytnej Grecji i Rzymie, lub Natura – jak w wielu kulturach prekolumbijskich Ameryk. Kwestia UFO – ewentualnego odkrycia, że odwiedzają nas obcy – jest problematyczna dla cywilizacji opartej na modelu antropocentrycznym. Pojawia się element zewnętrzny – najpewniej wielokrotnie od nas bardziej zaawansowany, skoro dotarł tu z tak daleka – który kwestionuje centralną rolę człowieka. Państwo nie ma interesu w tym, aby zajmować się UFO. Świat nauki również stroni od badań, bo też tkwi w paradygmacie mówiącym o człowieku jako najinteligentniejszej formie życia. UFO na akademiach pozostaje tabu. Poważne zajęcie się tematem niesie ryzyko ostracyzmu i utraty finansowania badań.

 

Wendt dał o UFO wykład z serii TED Talks. Jego postulat: podstawowym zadaniem nauki jest dążenie do prawdy. Skoro nauka – tak jak Pentagon – przyznaje, że na naszym niebie dochodzi do zjawisk, których nie rozumiemy, jej obowiązkiem jest próba ich wyjaśnienia. Wendt proponuje budowę globalnej sieci wykorzystującej zaawansowane technologie do wyłapywania, rejestrowania i badania nieznanych obiektów na niebie.

Po wykładzie dostał maile od naukowców z podziękowaniami za zajęcie się tematem, którego nikt nie ma odwagi tknąć.

Wiemy, że nic nie wiemy

Odwieczne pytanie: czy jesteśmy sami we wszechświecie? Naukowcy zgadzają się co do tego, że ujmując rzecz czysto matematycznie, to mało prawdopodobne. W naszej galaktyce jest 10 miliardów planet podobnych do Ziemi, a we wszechświecie miliard galaktyk. Trudno o sensowne uzasadnienie tezy, że tylko tu powstała inteligentna forma życia. Oficjalne stanowisko Białego Domu, wypracowane za czasów Obamy po powtarzających się obywatelskich interpelacjach, brzmi: „Rząd nie dysponuje dowodami na to, jakoby istniało życie poza naszą planetą lub aby pozaziemskie byty weszły w kontakt lub w jakikolwiek sposób miały styczność z choćby jednym przedstawicielem rasy Homo sapiens. (...) Prawdopodobieństwo istnienia życia poza Ziemią jest wysokie. Jednocześnie – biorąc pod uwagę dystans nas dzielący – szansa, że kiedykolwiek je poznamy, jest znikoma”.

Jedna z popularnych w świecie naukowym teorii głosi, że wysoko rozwinięte cywilizacje doprowadzają się do autozagłady, zanim osiągną zdolność skomunikowania się ze sobą. Ma to tłumaczyć martwą ciszę wszechświata. Obalić ten tok myślenia może forsowane przez ufologię założenie, że obcy nas odwiedzają. Ale taka konstatacja rodzi kolejne pytania: dlaczego się nie ujawniają, lecz kontaktują skrycie z ranczerami z Nowego Meksyku czy rolnikami z Lubelszczyzny? Co tutaj robią, skoro milczą? Od czasów rzymskich prowadzą rekonesans? Chcą nas przygotować na spotkanie? Wykorzystać? Zniszczyć? Stephen Hawking powiedział: „Jeśli obcy nas odwiedzą, efekt będzie podobny do lądowania Kolumba w Ameryce. Rdzenni Amerykanie raczej na tym nie zyskali”.

Tak argumentuje Wendt: wiemy, że nic nie wiemy. Wypadałoby się czegoś dowiedzieć.

Prawda nas wyzwoli

Marynarka wojenna USA też chce się czegoś dowiedzieć. O 180 stopni zmieniła regulamin – kiedyś lotnicy mieli ignorować spotkania z niezidentyfikowanymi obiektami, dziś mają je dokumentować. W Pentagonie powstała już specgrupa ds. UFO – Unidentified Aerial Phenomenon Task Force.

Wiedzę pragną również poszerzyć kongresmeni. Komisja ds. wywiadu zwróciła ostatnio uwagę, że nie ma jednolitych przepisów dotyczących tego, w jaki sposób różne agendy powinny reagować na doniesienie o nieznanych obiektach. Należy takie przepisy stworzyć – postulują senatorowie. Według projektu ustawy agencje wywiadu przed zatwierdzeniem ich budżetów na kolejny rok będą miały obowiązek składania raportów o UFO. Zainteresowanie sprawą nie wynika z wiary Kongresu w życie pozaziemskie. Politycy podejrzewają, że wrogowie USA dysponują technologią szpiegowską, o jakiej Ameryka nie ma pojęcia i której nie próbuje nawet rozpoznać. Zgodnie z zasadą brzytwy Ockhama, według której należy przyjąć najprostsze tłumaczenie skomplikowanej niejasności – Kongres ma rację. Taka interpretacja kwestii UFO wpisuje się też doskonale w nową narrację o początku dwubiegunowego świata – ze starzejącym się imperium amerykańskim i rosnącym chińskim. Jeśli ktoś ma kasę i determinację, żeby stworzyć takie UFO, o jakim nie śniło się nawet Ameryce, w dodatku po to, żeby ją podglądać – to tylko Chińczycy.

Zagadka z Roswell też ma proste wyjaśnienie – o ziemię nie rozbił się latający spodek, tylko wojskowy balon meteorologiczny. A nieopodal Emilcina najprawdopodobniej nie lewitował statek kosmitów, tylko śmigłowiec z pobliskiego lotniska.

Ufolodzy wiedzą jednak swoje. Na cokole pomnika we wsi napisali: „10 maja 1978 roku w Emilcinie wylądował obiekt UFO. Prawda nas jeszcze zadziwi...”.