"Przecież to powrót do średniowiecza!" – mówimy, gdy chcemy napiętnować czyjąś ciemnotę. Najczęściej myślimy wtedy z – nie ukrywajmy – poczuciem wyższości, iż zwolennikom ciemnoty pomogłaby porządna edukacja i więcej dobrobytu, aby zmądrzeli. Ale to nieprawda. Nadchodząca era, w której wysadzający się w imię Allaha mają często i pieniądze, i dyplomy uniwersyteckie, potrzebuje zupełnie innych rozwiązań.

Ta era to nowe średniowiecze. Czym ono jest? „Nowe średniowiecze” czy „neomediewalizm” bywa wymieniane w różnych, często niepowiązanych albo przeciwstawnych kontekstach. Neomediewalizm jest trochę jak „ponowoczesność” – możesz wrzucić do worka z tą etykietką bardzo wiele rzeczy i będzie pasowało. Nowym średniowieczem można nazwać wyżej wymienioną ciemnotę (irracjonalizm) czy fundamentalizm religijny, ale też fascynację motywami średniowiecznymi w popkulturze czy postulaty dezurbanizacji.

Klątwa Bierdajewa

Niestety, termin „nowe średniowiecze” ma złą prasę, bo jeden z jego wczesnych użytkowników, rosyjski myśliciel Mikołaj Bierdiajew wyrządził mu niedźwiedzią przysługę. W katastroficznym eseju „Nowe średniowiecze” (1924) Bierdiajew pisze o nieodgadnionej naturze przeszłości, głosząc gdzieniegdzie konkretne postulaty dekonstrukcji państw, zatrzymania obiegu informacyjnego czy wyłączenia giełdy. W takim świecie wrócilibyśmy do prostego życia w małych wspólnotach, opartego na rytmie religii. Owa wstecznicza wizja naznaczona jest traumą po tragedii pierwszej wojny światowej. Skoro bowiem pędząca cywilizacja doprowadziła do śmierci i pożogi, myślał Bierdiajew – to trzeba ją wyłączyć, a przynajmniej cofnąć na niższy poziom złożoności.

Co ciekawe, podobne rozumienie „nowego średniowiecza” da się czasami spotkać na reakcyjnej prawicy. Z kolei na lewicy „nowe średniowiecze” funkcjonuje często jako obelga albo zarzut – jeśli mówisz coś, co jest dla mnie zbyt konserwatywne, to głosisz „nowe średniowiecze”. Takie skrajne, potoczne rozumienia terminu nazywam klątwą Bierdiajewa. Doświadczyłem jej niejednokrotnie, prezentując koncepcję neomediewalizmu sieciowego, który jest narzędziem przydatnym w prognostyce. Aby w ogóle zacząć rozmowę, musiałem najpierw wysłuchać, z czym się każdemu kojarzy średniowiecze, dlaczego było złe (lub dobre) i jak można (lub nie można) mówić dziś o średniowieczu.

Tymczasem aby zrozumieć neomediewalizm, potrzebne jest to, co śp. Bronisław Geremek, zresztą wybitny mediewista, nazywał cnotą umiarkowania. Potrzebne jest podejście spokojne i wolne od uprzedzeń. To ważne, bo neomediewalizm nie ma nic wspólnego z liberalną połajanką, konserwatywnym biadoleniem ani odniesieniami do motywów średniowiecznych w popkulturze. To raczej nowy język do opisu rzeczywistości XXI wieku, użyteczny dla prognostyki. Zakłada on, że obecnie na powierzchnię wychodzą makrostruktury i procesy typowe dla średniowiecza; i że to one w coraz większym stopniu mogą organizować nam rzeczywistość. Z tego względu należy spojrzeć na rzeczywistość nie z perspektywy krótko- czy średnioterminowej, ale z historycznego oddalenia. Dzięki temu dojrzymy w tle procesy długiego trwania, czyli typy zjawisk, które doskonale wychwytywali tacy myśliciele jak francuski historyk Fernand Braudel oraz polsko-amerykański myśliciel Immanuel Wallerstein.

Takie nowe ujęcie jest potrzebne, bo Europejczycy wydają się dziś żyć w ahistorycznej szklarni i nie potrafią wyciągać wniosków z przeszłości. Właśnie dlatego niemiecki filozof Peter Sloterdijk powtarza, że Europa musi się postarzeć, czyli filozoficznie przetrawić dziedzictwo historii, aby znaleźć nowy język do opisu piętrowych przemian świata. Dopiero mając język, można tworzyć recepty na złożone problemy cywilizacyjne. Proponuję w tym duchu założenie, że należy szukać we współczesnych trendach analogii do procesów typowych w pierwszej kolejności dla przejścia starożytności w średniowiecze, a w drugiej – dla późniejszych okresów średniowiecza.

Dzięki temu da się opisać siedem wzajemnie powiązanych megatrendów. Pierwszy to neomediewalizm w stosunkach międzynarodowych, którego ojcem jest brytyjski politolog Hedley Bull. Kolejne rozwijam na bazie wskazań samego Umberta Eco oraz współczesnego stanu wiedzy na temat prognostyki i dynamiki globalizacji. To mediewalizmy w następujących wymiarach: demografia, religia i etniczność, prawo, ekonomia, technologia i urbanistyka. Co ciekawe, zjawiska te stanowią integralną wiązkę, to znaczy oddziałują na siebie wzajemnie i wspólnie ewoluują. Jeśli rzeczywistość zazębia się i zaczyna przypominać wieki minione w tak wielu wymiarach jednocześnie, to bezwzględnie domaga się opisu!

W wymiarze akademickim najlepiej został opisany neomediewalizm w stosunkach międzynarodowych. Rozwijał go Bull w pracy „The Anarchical Society” (1977). Już wtedy dostrzegł, że zmierzamy do porzucenia klasycznie rozumianej suwerenności, typowej dla tradycyjnych państw narodowych. Dlatego przyszłość to mnogie, nachodzące na siebie ośrodki władzy, fragmentacja tożsamości, integracja państw w większe bloki oraz rozwój nieterytorialnych organizacji międzynarodowych, a także technologiczne zjednoczenie świata. Przyszłość to także erozja i transformacja roli państw, coraz bardziej zależnych od aktorów niepaństwowych.

Bull nie używa języka teorii sieci, ale ma na myśli usieciowienie i rozwarstwienie ośrodków władzy oraz współzależność, która jest cechą rozpoznawczą globalizacji. Choć neomediewalizm niekoniecznie ma zasięg globalny, bo mogą być regiony, które działają według innej logiki, to teoria Bulla wydaje się w roku 2020 poprawna – aktorzy niepaństwowi, tacy jak Google i Facebook, są dziś potężniejsi niż niejedno państwo, a Unia Europejska to idealny przykład integracji państw w bloki spajane wielkimi ideami (analogicznymi do chrześcijaństwa kiedyś). W tym duchu rozwijał myśl Bulla m.in. politolog Jan Zielonka – w książce „Europa jako imperium” (2007) nie tylko dowodził, że Unia jest dziś pokojowym imperium rozszerzającym się dzięki miękkiej sile dyplomacji i presji gospodarczej, ale także podkreślał, iż jest ona tworem na modłę średniowieczną. Niestety, w kolejnych latach Zielonka najwyraźniej zaprzestał rozwijania neomediewalizmu, być może w wyniku krytyki ze strony politologów, którzy nie widzą sensu w używaniu analogii historycznej jako narzędzia do analizy świata. A szkoda. Gdy bowiem czyta się współczesne prace Zielonki na temat kryzysu liberalizmu i Unii (np. „Kontrrewolucja”), widać, że autor nie wie, jak na kryzys zareagować. Niemoc ta wynika z niemożności przekroczenia i przebudowy języka, który – powiedzmy za Wittgensteinem – wyznacza granice wyobraźni. Inaczej mówiąc: z wnętrza ahistorycznego paradygmatu liberalnego pewnych procesów i rozwiązań po prostu nie widać, a inne – choćby je było widać – wydają się bezsensowne, straszne lub niemożliwe do zrealizowania. Tymczasem właśnie odniesienia do historii mogą odblokować naszą wyobraźnię i podsunąć recepty.

Jeśli przyjmiemy perspektywę historyczną, to obecna niemoc intelektualistów europejskich stanie się zrozumiała – wszak podobną niemoc odczuwały elity Rzymu. W pewnym momencie próbowały one regulować dynamikę kulturowo-politycznego tygla Europy w czasie Pax Romana, ale bez pojęcia, o czym marzą i w co wierzą frakcje podzielonego ludu. Następcy Seneki pisali traktaty o równości i tolerancji oraz o konieczności zgody, a politycy zachodzili w głowę, jak by tu zorganizować gniewne tłumy ludzi, żeby niedługo nie było rewolty. Był to dylemat na wskroś współczesny: jeśli lud coraz częściej nie marzy o tolerancji, do której nakłania elita, to jakim językiem do niego mówić?

Magnum in parvo, czyli śladami Umberta Eco

Popchnijmy zatem koła historii naprzód i napiszmy o tym, o czym w Europie na razie się milczy, ale będzie się mówić – bez zażenowania i głośno – już za dziesięć lat. Aby za bardzo nie uciec w spekulacje, trzymajmy się intuicji Eco jako znawcy średniowiecza.

Esej „Powrót średniowiecza” (1977) to przykład tego, co łacinnicy nazywali magnum in parvo – wielkie bogactwo treści w małej objętości. W pracy tej Eco przedstawia szkic koncepcji nowego średniowiecza, zarysowując lub czasem tylko wskazując wymiary, w których należy poszukiwać zjawisk nowego średniowiecza jako trendu cywilizacyjnego. Po odsianiu wielu nieistotnych konotacji Eco przedstawia własną listę procesów i struktur, których wyłonienie się w świecie można na poważnie uznać za neomediewalne. Są to: (a) wielka jednostka socjopolityczna, porównywalna do Pax Romana; (b) zjednoczenie świata m.in. dzięki wspólnemu językowi i technologii oraz społeczne konsekwencje tego jednoczenia; (c) religia i etniczność jako ważny czynnik tożsamości; (d) wielka migracja, która przynosi obyczaje z innych części świata; (e) metropolizacja miast i alienacja grup społecznych, (f) niedoinformowanie i trywializacja informacji, (g) tendencja do nieustannych aktualizacji bez troski o pierwotne źródła w kulturze. Na podstawie m.in. tych intuicji da się zidentyfikować całą gamę zaskakująco średniowiecznych procesów, które nabiorą pędu w kolejnych dekadach. Oto one.

Eco pisze, że znakiem nowego średniowiecza jest masowa migracja, która „przynosi nowe zwyczaje i nowe poglądy na świat” oraz propaguje je w ramach wielkiej jednostki politycznej gwarantującej regionalny pokój. Taką jednostką był starożytny Pax Romana, a jak wiemy choćby z neomediewalizmu Zielonki, taką też jednostką wchłaniającą ludy jest dziś Unia Europejska. Podobieństw UE do Rzymu jest zresztą znacznie więcej: obie mają powojenną strukturę, to znaczy powstały w wyniku wyczerpania wojnami, obie dążą też do poszerzenia stref wpływów, obie są obszarem rywalizacji różnych religii misjonarskich, a wreszcie obie wytworzyły koncepcje wielokulturowości, aby zarządzać złożonością kulturową.

Choć tym, którzy pamiętają kryzys migracyjny z 2015 roku, nie trzeba o tym przypominać, to jednak warto podkreślić, że Unia jest i będzie obszarem wielkiej migracji – głównie z terenów Bliskiego Wschodu i Afryki – która przynosi nowe obyczaje i normy kulturowe związane w dużym stopniu z islamem. Tylko w 2015 roku do Europy przybyło milion migrantów, a szlaki to pęcznieją, to kurczą się w zależności od polityki międzynarodowej, w szczególności polityki Turcji i śródziemnomorskich państw Unii. Temat migracji bywa przy tym niezrozumiany, trywializowany, demonizowany lub przemilczany, tymczasem trzeba przyjąć ją jako stały element europejskiej rzeczywistości na całe najbliższe stulecie. Według prognoz szefa niemieckiego wywiadu Bruno Kahla z wykładu „Zur Zukunft der internationalen Ordnung”, wygłoszonego dla Hanns-Seidel-Stiftung (2017), niedługo ponad miliard ludzi będzie dążyć do wyemigrowania z miejsca zamieszkania, a celem migracji będzie bardzo często Europa. Według wykładowcy NATO Gunnara Heinsohna jest to związane z wysoką dzietnością i zarazem małą chłonnością demograficzną wielu systemów gospodarczych w krajach rozwijających się. Jeśli o jedno miejsce w systemie społecznym rywalizuje pięć lub sześć osób, to innym pozostaje wojna o zasoby, rewolta wewnętrzna lub emigracja.

Tak czy inaczej potencjał migracyjny świata będzie rósł, na co wpływ będzie mieć także globalne ocieplenie. Wielka migracja jest faktem, a jej odpowiednikiem jest Völkerwanderung, wielka migracja tzw. barbarzyńców, która zmieniła kulturowy pejzaż starożytnego Rzymu i wytworzyła nową cywilizację zachodnią po jego zapaści. Dlatego będziemy mieć w Unii podobne zjawiska kulturowe i polityczne do tych, których doświadczył Rzym. Czeka nas segregacja, fundamentalizm religijny i gniewny krzyk tłumu. A także obietnica zbawienia i poszukiwanie wspólnych wartości, żeby to wszystko pospinać do kupy.

Nie, nie chodzi wcale o to, że Unię czeka upadek, jak powtarzają skrajni konserwatyści i agenci wpływu Rosji. Wręcz przeciwnie, Pax Europeana, tak samo jak Romana, przy mądrym zarządzaniu może trwać stulecia. Co więcej, nasza gospodarka nie opiera się dziś tylko na rolnictwie, handlu i podboju, a więc w przeciwieństwie do Rzymu w okresie stagnacji mamy dobre zasoby, aby zarządzać rosnącą złożonością Europy.

Średniowiecze było erą religii. Gdy jedna gałąź chrześcijaństwa zdominowała rynek usług religijnych w Rzymie, stała się duchowym i politycznym spoiwem całego Imperium. A potem przetrwała upadek i spoiła Christianitas średniowiecznych królestw.

Religia w Pax Romana odgrywała ważną rolę społeczną. Była psychologiczną ostoją dla osób wyalienowanych ze swojego miejsca zamieszkania, które pokonywały w celach zarobkowych wielkie odległości; była też bezpieczną oazą umożliwiającą np. nocleg i wyżywienie u współwyznawców we wspólnotach, a potem w parafiach. Mało kto sobie dziś to uświadamia, tak samo jak to, że miasto Rzym w I wieku n.e. było wielkim tyglem kulturowym zamieszkanym przez aż milion ludzi bez dostępu do współczesnych technologii komunikacyjnych.

Podobny powrót religii jako spoiwa i ostoi przed nieprzewidywalnym światem obserwujemy dzisiaj, zarówno wśród ludności rdzennej Unii, jak i migrantów. Wspólna religia pozwala przezwyciężać poczucie wykluczenia, a także radzić sobie z szokiem wywołanym dystansem kulturowym – czyli odmiennością kulturową kraju gospodarza. Tak jak kiedyś judaizm, różne odłamy chrześcijaństwa, pogaństwa czy kult boskiego cesarza wchodziły ze sobą w interakcję, a często też podbierały sobie nawzajem wyznawców, tak dziś toczy się interakcja religijna między dwoma odłamami chrześcijaństwa (katolicyzm, protestantyzm), różnymi gałęziami islamu oraz areligią – czyli światopoglądem agnostyczno-ateistycznym. Przy tym tożsamości religijne nakładają się na te etniczne i klasowe, tworząc wciąż nieprzeniknioną dla socjologów mieszankę.

Już teraz widać jednak, że interakcje te zachodzą według praw teorii sieci, gdzie konkretne etniczności i konkretne religie są ważnymi zmiennymi: wpływają na dynamikę przemieszczania się, wyborów mieszkaniowych, a nawet na tworzenie się segregacji według określonych zasad. Brak zrozumienia dla tych czynników i twierdzenie, że migrantom wystarczy dać dobrą pracę i edukację, aby się zintegrowali, jest wielką głupotą, za którą Europa Zachodnia zapłaci separatyzmami, rewoltami i kulturową bałkanizacją. Podczas gdy kiedyś w Europie Zachodniej obowiązywała zasada cuius regio, eius religio (czyja władza, tego religia, tzn. władca wybiera oficjalną religię na danym terytorium), tak dziś w systemie demokratycznym ta zasada wraca odwrócona. Dziś obowiązuje zasada cuius religio, eius regio (czyja religia, tego władza, tzn. faktyczna większość na danym terytorium wprowadza swoje praktyki cywilizacyjne jako dominujące).

Jak twierdzi Michał Zabdyr-Jamróz w książce „Miasta w nowym średniowieczu”, zmierzamy do świata, w którym zaczyna występować pluralizm prawny – czyli stan, gdy na jednym terytorium dla różnych osób mogą obowiązywać różne systemy prawne. Migranci bowiem przynoszą swoje prawo ze sobą i – jeśli nie przejdą szybkiej integracji – mogą zechcieć być poddani własnym prawom jako systemom sprawdzonym. Realnym scenariuszem jest sytuacja, w której sędzia zapyta pozwanego przed rozprawą niczym w średniowieczu: „Pod jakim prawem żyjesz?”, i wyda werdykt zgodny z określonym systemem.

Jeśli twierdzisz, że to farmazony, spójrz na Francję. Wspólnoty islamskie, mimo starań prezydenta Macrona, nie chcą publicznie zadeklarować wyższości francuskiego prawa krajowego nad religijnym prawem szariatu. Podobnie w Wielkiej Brytanii. Jak twierdzi orientalista Piotr Kłodkowski w „Miastach…”, rozwiązania kiedyś typowe dla Indii czy Bliskiego Wschodu dziś docierają do Europy, czego dobrym przykładem jest brytyjski Muslim Arbitration Tribunal, który pozostaje poza systemem prawnym kraju, rozstrzygając równocześnie spory cywilne wśród społeczności islamskiej. Jeszcze innym przykładem są małżeństwa islamskie, a wiec ceremonie religijne obowiązujące dla lokalnych społeczności, ale nierozpoznane przez państwo. Jak z nimi postępować? I tu zaczynają się kłopoty. Gdy w kwietniu 2020 brytyjski sąd apelacyjny stwierdził nieważność małżeństw islamskich, dało się słyszeć zarówno głosy pochwalające tę decyzję, jak i zwracające uwagę na wielką krzywdę kobiet. Decyzja bowiem pozostawiła kobietom dochodzenie swoich praw wyłącznie w systemie prawa religijnego, już wyjściowo je dyskryminującego.

Choć mamy system kapitalistyczny, przeżywa on kryzys. Nie tylko w związku z epidemią COVID-19. Nie trzeba czytać prac Thomasa Piketty’ego, aby dostrzec, że społeczeństwa zaawansowanego kapitalizmu to wspólnoty często biedniejące, w których klasa średnia przeżywa kryzys. Dlatego w miejsca, w których kapitalizm zawodzi, wleje się nowy feudalizm.

System feudalny był zestawem zobowiązań między możnymi a wasalami. Jak pisał historyk Tacyt: „ci, którzy stracili domostwa i pola na rzecz rabusiów lub uciekli przed poborcami podatkowymi i nie mogą odzyskać własności, szukają majątków bogatych i stają się ich poddanymi”. Podobnych wyborów będzie dokonywać coraz częściej zachodni prekariat – czyli klasa społeczna, która odznacza się nie tyle biedą, ile nieustannym niepokojem o jutro. Prekariat z różnych względów nie jest w stanie oszczędzić tyle, by stworzyć poduszkę finansową np. na wypadek choroby. To właśnie prekariat we Francji stworzył rewolucyjny ruch „żółtych kamizelek”; to właśnie prekariat odpowiada za brexit; to właśnie prekariat masowo głosuje na tzw. populistów, którzy obiecują ludowi powrót na należne mu miejsce w systemie. Taki lud w stanie egzystencjalnego napięcia i nieustannej niepewności jest w stanie oddać wiele wolności i obiecać bezwarunkową lojalność w zamian za bezpieczeństwo, przewidywalność i niezagrożoną opiekę zdrowotną. Jeśli państwo lub aktorzy biznesowi zaproponują takie rozwiązania, znajdą sobie posłuch.

Obecna feudalizacja kapitalizmu nie oznacza, że kapitalizm zniknie. Będzie raczej ewoluował w stronę socjaldemokratyczną i feudalną. Coraz częściej już nie tylko firmy z postulatem CSR (społecznej odpowiedzialności biznesu), ale także grupy społeczne domagają się zakodowania w mechanizmach kapitalizmu etyki odpowiedzialności, podkreślając konieczność opieki podmiotów biznesowych nad lokalnymi populacjami. Wypisz wymaluj średniowieczny paternalizm. Ewolucję tych postulatów do wymiaru programów politycznych znacznie przyśpieszy pandemia, która powoduje gwałtowne ubożenie, szczególnie najgorzej zabezpieczonej klasy pracującej i średniej. Tak jak w wyniku epidemii w średniowieczu feudalizm targany był kolejnymi kryzysami, tak dziś będzie z kapitalizmem. Prędkość feudalizacji kapitalizmu będzie wprost proporcjonalna do kurczenia się klasy średniej, przynajmniej w obrębie cywilizacji zachodniej. Co ciekawe, ekspansję neofeudalizmu będzie stymulować postęp technologiczny.

Dlaczego? Ze względu na ekspansję algorytmów i rosnące niedoinformowanie społeczeństwa.

Zacznijmy od tego drugiego. W średniowieczu informacji było za mało. Wobec braku technologii komunikacyjnych przenosiły się drogą mówioną, a potem pisaną. Panował analfabetyzm, nie było mediów, a ich odpowiednikami byli bardowie, karczmarze czy miejscy krzykacze obwieszczający wolę możnych. Dziś z kolei media to wielkie, wielokanałowe tuby informacyjne, które – chcąc nie chcąc – uczestniczą w płynnych strukturach władzy politycznej, selekcjonując informacje i tworząc wizję rzeczywistości swoich odbiorców. Dochodzi do sytuacji, w której dostępnych informacji jest tak wiele, że w zasadzie nie wiadomo, na których się skoncentrować i którym zawierzyć. Tak rodzi się niedoinformowanie z przesytu: przepustowość informacyjna ludzkiego mózgu zostaje zatkana, co skutkuje dezorientacją. Stąd już tylko krok do nowego analfabetyzmu, czyli braku umiejętności lub świadomej odmowy przyswajania informacji o świecie. Człowiek, który ma za dużo informacji, jest bowiem nieodróżnialny od tego, który nie ma żadnej informacji. Dlaczego? Bo skończy jak osiołek z bajki Aleksandra Fredry, któremu w żłoby dano, w jeden owies, w drugi siano. Bez wiedzy, co lepiej skonsumować, nie skonsumuje nic i dojdzie do sytuacji, w której „oślina pośród jadła – z głodu padła”. Sytuację dodatkowo pogarszają media społecznościowe, tworząc wokół ludzi bańki informacyjne, czyli wirtualne światy pozornie spójnych informacji, będących często zafałszowanym wycinkiem rzeczywistości.

Aby ten przesyt uporządkować, nasza cywilizacja inwestuje w komputerowe algorytmy porządkujące rzeczywistość. To porządkowanie odbywa się jednak według określonych kryteriów i interesów, co daje z kolei właścicielom algorytmów ogromną władzę nad ludzkimi duszami. To wiedzowładza – władza nad tym, co dany człowiek będzie uważał za wiedzę i o czym będzie wiedział. Możliwość wyrabiania takich przekonań, którą do ręki dostają giganci technologiczni (GAFA – Google, Amazon, Facebook, Apple etc.), daje im możliwość kształtowania ludzkich zachowań, a więc władzę większą, niż mają najpotężniejsze służby wywiadowcze świata.

Powyższe procesy mają też wpływ na urbanistykę. Zmienia się koncepcja planowania przestrzennego oraz samopercepcja miast jako węzłów globalizacji. Według Eco dzisiejsze metropolie to często obszary segregacji na tle ekonomicznym czy etnicznym, gdzie coraz widoczniejsze staje się ludzkie wyobcowanie. Dlaczego tak jest? Dziś powiedzielibyśmy, że odpowiada za to m.in. zasada sieciowania hierarchicznego, która mówi o tym, że pewne procesy rozkładają się nierównomiernie według określonych kryteriów, wytwarzając centra i peryferia interakcji (np. hub and spoke).

Jak pokazują badacze pod kierownictwem Rudolfa Cesarettiego w pracy „Population-Area Relationship for Medieval European Cities” (2016), dzisiejsze miasta przypominają te średniowieczne dużo bardziej niż te z innych okresów. Także w wymiarze planowania przestrzennego. Jak zauważa Michał Zabdyr-Jamróz, dziś nowe rozwiązania miejskie coraz częściej biorą się nie tylko z racjonalności ekspertów, ale też z metod deliberatywnych, w których emocje i subiektywny rozsądek grup społecznych liczy się co najmniej tak samo jak zimny osąd planisty i racjonalne wnioski. Tak było w średniowieczu, które nie stosowało bezosobowej i abstrakcyjnej zasady racjonalności, ale zasadę zbiorowego rozsądku. W efekcie rozwój miast pozwalał na dużą dozę spontaniczności. Ponadto, tak samo jak w średniowieczu, miasta coraz częściej promują dziś „miękkie” tożsamości regionalne, dzięki którym rozwija się współpraca transgraniczna.

Jak oswoić człowieka średniowiecza

Tych siedem mediewalizmów w duchu Eco nie jest listą zamkniętą. To jedynie zarys wzajemnie powiązanych zjawisk, z których każdemu można by poświęcić książkę. Osobną można napisać o tym, jak reagować na te trendy, aby nasza cywilizacja nie wykoleiła się na drodze do przyszłości. Z pewnością bowiem logika części opisanych tu zjawisk zagraża długofalowo demokracji liberalnej. Wydaje się, że co najmniej część jej dorobku da się ocalić, pozostaje pytanie: ile? Wśród strategii radzenia sobie z nowym średniowieczem wymieniłbym:

  1. Rozmywanie pluralizmu prawnego. Być może dla niektórych jest on akceptowalny, jednak jego normalizacja może przyśpieszyć głęboką fragmentację kulturową Europy. Dlatego należałoby opracować sposoby na jak najmniej inwazyjne rozmywanie równoległych systemów prawnych w obrębie Unii.
  2. Nowa wielokulturowość. Będzie potrzebna nie tylko do zwalczania pluralizmu prawnego, ale też do stabilizacji niebezpiecznych trendów nakładania się alienacji ekonomicznej, kulturowej, etnicznej i religijnej. Obecny model multikulturalizmu, który odpowiada za wiele jej bolączek, trzeba by przeprogramować np. w duchu wielokulturowości jagiellońskiej, której idee zapewniły niegdyś Europie wyjątkowy okres tolerancji religijnej.
  3. Kodyfikacja wartości europejskich. Mogłaby przyjąć formę europejskiej konstytucji definiującej dorobek cywilizacyjny, którego bezwzględnie będzie strzec Europa. Taki krok umożliwiłby prawne zakorzenienie minimum aksjologicznej jedności, której obecnie brakuje. XIV-wieczny islamski historiozof Ibn Khaldun twierdził, że bez poczucia takiej społecznej jedności i wspólnego celu (asabiyah) niemożliwe jest trwanie cywilizacji. Warto go posłuchać.
  4. Proteuszowa adaptacja. W przypadku pewnych procesów, które z liberalnego punktu widzenia są nieakceptowalne, skuteczna może się okazać proteuszowa adaptacja, czyli taka, która zachowa pewną esencję liberalizmu, przy jednoczesnej przemianie formy na bardziej akceptowalną przez drugą stronę.
  5. Wzmocnienie wybranych instytucji Unii Europejskiej. Unia potrzebuje liberalizacji gospodarczej i unii cyfrowej, za które powinna odpowiadać Komisja Europejska. Jednak ze względu na trendy neomediewalne KE powinna relegować część kompetencji na rzecz Rady UE. Należałoby też wzmocnić Komitet Regionów kosztem europarlamentu. Umożliwi to bardziej adaptacyjne zarządzanie fragmentacją polityczną i kulturową oraz da nadzieję na lepsze włączenie parlamentów narodowych w proces stanowienia prawa unijnego.

Ostrząc miecze do walki o Pax Europeana, musimy pamiętać, że to nie stare wraca czy powtarza się ze względu na czyjąś ciemnotę. To idzie zupełnie nowe, choć w starych bukłakach. Dzieje bowiem nie mają ani natury liniowej, ani cyklicznej. Nie są ani procesem, w którym wszystko zawsze jest unikalne, ani procesem, w którym wszystko się powtarza. Mają raczej naturę spirali – każdy okres jest unikalny, ale typowe dla przeszłości procesy wracają cyklicznie w nowej formie. Za wieczne powroty odpowiadają stałe prawa świata ludzkiego (fizyczne, sieciowe, biologiczne, psychologiczne, antropologiczne, socjologiczne etc.). Z kolei za wyjątkowość każdego okresu odpowiada postęp technologiczny, który rzutuje na wszystko.

A także – w ograniczonej mierze – postęp moralny, który trwa tak długo, jak długo pamiętamy swoje błędy z przeszłości.

*Grzegorz Lewicki - doktor filozofii, absolwent m.in. London School of Economics i Maastricht University. Prowadzi na Facebooku stronę „Global Future Studies”. Członek Klubu Jagiellońskiego. Autor książek „Nadchodzi nowy proletariat!” i „Indeks mocy państw”, pomysłodawca i redaktor książki „Miasta w nowym średniowieczu”, powstałej w ramach Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Jej idee znalazły się w Strategii Wrocław 2030.