W Wielkanoc parafianie z podlubelskiego Grabowca postawili przy wjeździe do miasteczka charakterystyczny krzyż. W tym czasie mieszkańcy małopolskiego Burzyna modlili się pod podobnym, ale ustawionym na rynku. Pięciometrowy, z dwoma ramionami stanął też przed urzędem gminy w Wierzbicy jako wotum w setną rocznicę urodzin Jana Pawła II.

Karawaki, krzyże z pionowym pniem i dwiema poprzeczkami, z których jedna, górna, jest krótsza od dolnej, są pamiątką po epidemiach cholery, przed którymi miały chronić. Nazwa pochodzi od hiszpańskiej miejscowości Caravaca, gdzie znajduje się pierwowzór tego popularnego w całej Europie krucyfiksu – relikwiarz zdobyty przez kastylijskiego króla podczas wojny z Maurami w XIII wieku. Jako talizman przeciwko cholerze wzór ten spopularyzował się w XVI wieku.

Co za kilkadziesiąt lat będzie Polakom przypominało o pandemii koronawirusa? W wersji optymistycznej – nowe, piękne miasta. W pesymistycznej – domy zamienione na samowystarczalne jednostki, nowoczesne bunkry. A w wersji realistycznej – nowe karawaki.

Christophe Gernigon, wykładowca akademicki i designer z Montpellier, zaprojektował restaurację przyszłości. Nad każdym z krzeseł zwisa hełm z pleksi.

Paryż, 29 maja, goście restauracji HAND testują osłony Plex'Eat projektu Christophe'a  GernigonaParyż, 29 maja, goście restauracji HAND testują osłony Plex'Eat projektu Christophe'a Gernigona FOT. EAST NEWS

X-Hood to zaprojektowane przez singapurskie studio projektowe komfortowe przyłbice dla pacjentów, zaś paryskie studio BELEM proponuje „aula modula”, czyli „projekt redefiniujący przestrzeń mieszkań, pozwalający na kreatywność i umożliwiający przekształcenie każdego pomieszczenia w przestrzeń do pracy”. Innymi słowy – budynki zaprojektowane tak, by każde pomieszczenie można było dowolnie otworzyć i zamknąć z każdej strony.

Holenderskie studio Gortemaker Algra Feenstra we współpracy z firmą Interflow zbudowało niewielkie, mieszczące 10 łóżek oddziały intensywnej terapii, które można ustawić niemal gdziekolwiek. Też holenderskie Studio Prototype zaprojektowało Vital House, jednostkę z prefabrykatów do izolacji pacjentów. Architektów i projektantów od początku pandemii wspiera w twórczej działalności Niderlandzki Królewski Instytut Architektury (na stronach polskiego Narodowego Instytutu Architektury i Urbanistyki trudno znaleźć słowo o COVID-19).

Koronawirus jest dla projektantów na całym świecie okazją do przedyskutowania idei, zaprezentowania kreatywności i przyciągnięcia uwagi do swoich produktów. Czy jednak z tych czasem uroczo niepraktycznych projektów, jak sferyczne przyłbice rodem z filmów s.f. z lat 50. zaproponowane przez biuro Plastique Fantastique, zostanie nam coś, z czego przeciętny użytkownik planety Ziemia będzie korzystał w czasach „postkowidowych”? A może wyobraźnię projektantów zweryfikuje rynek, czyli sami odkryjemy, co tak naprawdę jest nam potrzebne, a co zbędne.

Nawet kilka dni musiały czekać na drewniane trumny rodziny zmarłych na COVID-19 z Guayaquil w Kolumbii. Wyszła im naprzeciw firma ABC Displays, na co dzień produkująca kartonowe elementy do reklam. Wyprodukowała 10 prototypów łóżek, które po śmierci pacjenta mogą być przekształcone w trumnę. Łóżko jest biodegradowalne, a jego produkcja kosztuje 127 dolarów, czyli znacznie mniej niż tradycyjna trumna. Kolumbijscy internauci okrzyknęli projekt makabrycznym, kierujący firmą Rodolfo Gómez uważa, że łóżka-trumny są komfortowe i funkcjonalne.

Scenariusze są dwa. W pierwszym pandemia zostanie opanowana i co najwyżej będziemy bardziej ostrożni w kwestiach higieny czy dystansu społecznego. Nie wpłynie to jednak drastycznie na zmiany przyzwyczajeń, a zatem i na projektowanie czy większą architekturę. Architekt Jakub Szczęsny, autor słynnego warszawskiego piętrowego domu Etgara Kereta, który znajduje się w 152-centymetrowej szczelinie między blokiem mieszkalnym a przedwojenną kamienicą: – Nasza „kwarantannowa” kreatywność szybko zostanie zastąpiona przez produkty, które będziemy mogli kupić.

Najwęższy dom świata przy Chłodnej prawie gotowyNajwęższy dom świata przy Chłodnej prawie gotowy Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta

Maćków, wrocławski architekt, którego pracownia odpowiada m.in. za przebudowę domu handlowego Renoma, jako przykład podaje tragiczną powódź z 1997 roku. – To wydarzenie mocno zapadło w pamięć społeczną Dolnoślązaków i spodziewano się, że zmiany po powodzi będą znaczne. A jednak znów w najlepsze buduje się na polderach, betonuje rzeki. Jeśli pandemia będzie doświadczeniem krótkotrwałym, skończy się jak z powodzią.

W drugim scenariuszu nawroty pandemii i czasowe lockdowny zdarzać się będą regularnie. – To sprowokuje – mówi Szczęsny – daleko posunięte zmiany w życiu społecznym i rodzinnym. Już dzisiaj pojawia się w naszych głowach swoiste memento mori, myślimy o tym, jak uchronić bliskich i siebie przed zarażeniem. Spowolnienie gospodarki zmieni też nasze przyzwyczajenia konsumenckie.

Pierwszy scenariusz w projektowaniu przedmiotów i przestrzeni oznacza wróżenie z fusów. W drugim normalność stanie się jednak, zgodnie z zapowiedziami Morawieckiego i Macrona, trochę nowa. Bo niektóre nowe modele czy nawyki zostaną z nami na dłużej.

Monika Tutak-Goll, redaktorka „Wysokich Obcasów”: – Pięć osób na kilkudziesięciu metrach, każda z innymi potrzebami… Córce wstawiłam do pokoju łóżko piętrowe, które jest moim odkryciem – pod nim mam stolik i fotel albo mogę usiąść z laptopem na schodkach. I tak się wymieniamy – córka na łóżku, syn pod łóżkiem przy stoliku, drugi w pokoju, mąż w kuchni, ja na strychu albo na schodkach łóżka. Tylko córka jest poszkodowana, bo najmłodsza i nie ma zorganizowanych zajęć, czyli własnej przestrzeni. Więc napompowaliśmy zabawki plażowe i na środku mieszkania mamy wielkiego flaminga.

Przynajmniej przez jakiś czas urządzając mieszkanie, będziemy brali pod uwagę więcej czynników niż tylko stylowość rozwiązań. Tutak-Goll przyznaje, że dużym błędem było połączenie kuchni z pokojem. – Dzisiaj wszyscy potrzebujemy mniejszych pomieszczeń, mam zamiar podzielić pokój chłopców na dwie części.

W czasach postpandemicznych do „prawa do mieszkania” dołączy „prawo do balkonu”. Przyznają to wszyscy, którzy w czasie lockdownu zazdrośnie patrzyli na sąsiadów pracujących (jedzących, imprezujących, bawiących dzieci…) na balkonach. Maćków: – Balkony, ta niby tylko architektoniczna kosmetyka, z pewnością staną się elementem, na który nabywcy będą zwracać szczególną uwagę.

Zamiana przestrzeni mieszkaniowej w domowe biuro wymagać będzie od nas zmian w przyzwyczajeniach konsumenckich. W odstawkę pójdą ciężkie prostokątne stoły, przydatne okażą się okrągłe lekkie stoliki pod laptop i notes. Krzesła? Tylko lekkie, wygodne, najlepiej biurowe. A jadalnia łatwo przekształcająca się w biurowy open space to najbliższa przyszłość wszystkich, którym home office będzie zdarzał się częściej. O tym, że będzie, pokazuje przykład Twittera, który zamierza zlikwidować większość biur i polegać na pracy zdalnej oraz wynajmie sal konferencyjnych.

Siedząc w domach, zrozumieliśmy też, że minimalizm i koncepcyjne zabawy formą są OK, ale trochę elementów pielęgnujących pierwotniejszą część naszej natury nie zawadzi. Katarzyna Zarzycka z działającej od 1920 roku hodowli roślin Tomaszewski mówi, że ogromną popularnością w ostatnich miesiącach cieszyły się rośliny ogrodowe i przeznaczone na tarasy czy balkony. Hitem już są rośliny antysmogowe – czyli po prostu oczyszczające z dawien dawna powietrze skrzydłokwiaty, rapisy, paprotki i draceny, które wracają triumfalnie do polskich mieszkań.

Roślinny boom widać nawet w chemii budowlanej. Dee Schlotter, color marketing manager w firmie PPG Paints, zauważa, że klienci częściej potrzebują kolorów biofilnych, a więc odtwarzających wrażenie obcowania z naturą.

Ale z przyjaznym i funkcjonalnym, pozwalającym zachować intymność urządzaniem przestrzeni może być różnie. Przede wszystkim dlatego, że nie będzie czego urządzać. Dane o wzroście bezrobocia, problemach kredytobiorców i gwałtownie uelastycznionym rynku pracy przeczą teoriom, że – jak piszą branżowe portale – „z mody wyjdą kawalerki”. Założenie, że w tycich, czasem kilkunastometrowych mieszkaniach, szumnie nazywanych „micro-flat” mieszkają ludzie, którzy wybrali je z powodu panujących trendów, jest przynajmniej odważne. Tym odważniejsze, że nowi klienci, w sytuacji zawodowej jeszcze mniej stabilnej niż niedawni prekariusze, z myślą o kolejnych lockdownach będą podpisywać umowy kredytowe na stumetrowe apartamenty.

„Prawo do balkonu” raczej nie stanie się prawem każdego obywatela, prędzej prawo do ogrodu na dachu – zielone dachy już stały się normą w nowych budynkach, teraz zaczną przeistaczać się w dostępne dla wspólnoty mieszkaniowej tereny zielone. Docenimy też ogródki działkowe, wszystkie te zapuszczone „działki po babci”. Przez lata zaniedbywane, jak mówi Szczęsny, stały się fenomenem wielkomiejskiej klasy średniej. Projekty małych, tanich domków pozwalających zmieścić rodzinę i pozostawiających jeszcze przestrzeń na ogródek czy trawnik w pandemii sprzedawały się jak nigdy wcześniej.

Lecz Maćków zwraca uwagę, że wraz z koronawirusem nie zniknie problem braku kilku milionów mieszkań: – Hasła „Trzy miliony mieszkań” nie wymyślił Kaczyński, to matematyka. Polska średnia mieszkań na tysiąc mieszkańców jest znacznie poniżej unijnej średniej. Przez najbliższe dwie dekady wciąż będzie to bezpieczny biznes, a popytu raczej nic nie będzie w stanie złamać.

To pierwsza dobra wiadomość dla deweloperów. Jest i druga: – Zubożenie społeczeństwa, trudności z kredytami sprawią, że czynnikiem wyboru mieszkania znów będzie jedynie cena. Jak kilkanaście lat temu kupować będziemy źle zaprojektowane mieszkania, daleko od centrum, ze słabą komunikacją miejską, z kanalizacją w postaci szamba.

Pandemia i kryzys gospodarczy wbiły się w sam środek innego kryzysu – klimatycznego. Biznes związany z designem i sprzedażą nowych usług próbuje to wykorzystać, przekonując, że zmiany w projektowaniu będą spowodowane koronawirusem – to nośne hasło marketingowe. Lecz przyglądając się proponowanym nowościom, możemy być zaskoczeni. Zdaniem popularnych portali branżowych mieszkania mają być energooszczędne i ekologiczne, wyposażone w kolektory słoneczne, panele fotowoltaiczne, mechaniczną wentylację czy odzysk wody deszczowej. Często wymienia się ochronę antysmogową i systemy smart home rozbudowywane o nowe funkcje.

Ale rozwiązania eko nie są już wielką nowością, przekonali się do nich – wraz z rosnącą świadomością klientów i presją opinii publicznej – deweloperzy, a smart… Jeśli będzie druga fala albo przyjdzie, jak zapowiada Bill Gates, kolejna wielka pandemia, naprawdę najważniejsze będzie, aby nasz telewizor komunikował się z lodówką i barkiem, byśmy wiedzieli, w którym momencie wstać po dolewkę i nachosy?

Wielkie miasta potrafią ściągnąć na siebie zagładę same, bez interwencji z zewnątrz. W sierpniu 1858 roku poziom wody w Tamizie obniżył się tak, że odsłonięte zostały zalegające w niej nieczystości. W cieple lato ścieki zaczęły się rozkładać, a wielki smród uniemożliwił pracę parlamentu. Kolejne epidemie cholery, które w pierwszej połowie XIX wieku zabiły ponad 30 tysięcy londyńczyków, miały źródło właśnie na dnie rzeki, ale dopiero w efekcie wielkiego smrodu gruntownie przebudowano kanalizację. Przy okazji zbudowano nowe nabrzeża Tamizy, przyczyniając się m.in. do rozwoju dzielnicy Chelsea, dzisiaj jednej z najmodniejszych i najdroższych.

Podczas każdej z epidemii ostatnich lat budynki użyteczności publicznej i architektura miejska odgrywały jedną z kluczowych ról w jej powstrzymaniu lub minimalizacji strat.

Niejaki Le Corbusier mówił: „Dom nadaje się do zamieszkania tylko wtedy, gdy jest pełen światła i powietrza”. Twierdził tak w czasie, gdy świat wracał do, jak chciano wierzyć, równowagi po I wojnie i nowa, modernistyczna architektura miała oddawać ducha oczyszczenia – tak symbolicznie, jak i fizycznie. Rosnący w sławę szwajcarski architekt nawoływał, by w mieszkaniach nie było już „brudnych, ciemnych zakątków”. Higiena przestrzeni miała wyprzedzić wewnętrzne oczyszczenie mieszkańców. Kliniczna wręcz biel wyróżniała modernistyczne projekty, a wybitny badacz tego okresu Paul Overy pisał, że kurz uwięziony w nadmiarze dekoracyjności jest „wrogiem higieny, który należy wyeliminować za wszelką cenę”.

Sonia Shah, autorka książki „The Fever and Pandemic”, podkreślała niedawno w BBC, że dawniej życie w miastach skracało średnią długość życia. Miasto czyniło wolnym, ale było też śmiertelną pułapką. – Gwałtowny rozwój miast podczas rewolucji przemysłowej doprowadził do wzrostu zanieczyszczeń, a ulice były siedliskami infekcji. Tyfus i cholera stały się poważnym problemem i doprowadziły do budowy nowych systemów sanitarnych.

Przypomnieliśmy sobie o tym podczas wybuchu epidemii w Nowym Jorku czy niezwykle zurbanizowanej Belgii, gdzie statystyki zakażeń koronawirusem wykraczały poza średnie dla innych krajów.

Organizatorzy Pandemic Architecture Competition związani z greckim portalem Archisearch piszą w manifeście konkursowym, że sprawy takie jak dobre samopoczucie zawsze były istotne dla architektów, a szpitale przyjmowały rozwiązania mające ograniczać rozprzestrzenianie się chorób i ułatwiające wracanie do zdrowia. Prognozując, że pandemie staną się częścią naszej rzeczywistości, twierdzą, że miasta przyszłości będą musiały poradzić sobie z nagłą dużą liczbą chorych i utrzymaniem normalnego życia dla pozostałych. Z jednej strony ważne jest zatem odpowiednie budowanie przestrzeni przeznaczonych na usługi medyczne oraz funeralne, z drugiej – takie projektowanie przestrzeni, by chronić zdrowie mieszkańców nie tylko odizolowanych w mieszkaniach.

Czy przyszłością projektowania miast, przestrzeni publicznych będzie powrót do zimnowojennej retoryki, myślenia o budynku jak o ochronie, tyle że nie przed promieniowaniem, lecz przed zarazą?

Anna Dudzińska, dziennikarka specjalizująca się w tematyce architektonicznej, mówi, że pytanie powinno brzmieć inaczej: – Jak powinna wyglądać dobra architektura? Bo pojawiający się trend myślenia o tym, że wszyscy uciekniemy na wieś, jest marketingowym oszustwem. Raz, że ucieczka z miasta jest dla wielu niemożliwa, dwa, że jeśli jakimś cudem prawie wszyscy wyjedziemy, to nic w miastach się nie zmieni. Jako radiowiec jestem wyczulona na dźwięki i dobitnie usłyszałam, że w czasie pandemii miasto i wieś nagle zaczęły brzmieć tak samo. Mam na myśli dźwięki natury, ale też idee. Kwietne łąki w miastach, publiczne parki, rola zieleni, bioróżnorodność – zmiana wyglądu miast zdaje się być oczywistością. Tak jakby potrzeba było pandemii, żebyśmy wrócili do pomysłów z końca XIX wieku.

Agata Twardoch, architektka i urbanistka związana z Wydziałem Architektury Politechniki Śląskiej, podkreśla, że projektowanie z myślą o przyszłej epidemii wyklucza pojęcie „przestrzeni publicznej”, gdyż ta z definicji jest miejscem, w którym zachodzą interakcje społeczne. I widzi ciemne strony ewentualnej pandemicznej rewolucji urbanistycznej, która wcale nie musi uczłowieczyć miasta. – Bardzo obawiam się tego, że będziemy myśleli o zamknięciu, szczególnie przestrzeni wspólnych. Już pojawiają się takie idee. Na szczęście chyba nie zdołają się upowszechnić. Siedzieliśmy w domach raptem niecałe dwa miesiące i już widzimy, że jesteśmy złaknieni kontaktów, że nie jesteśmy w stanie żyć w odcięciu od społeczeństwa, spotykania się. Liczę raczej na impuls dla przyspieszenia trendów sprzed pandemii – zamykania ulic dla samochodów, otwierania dodatkowych chodników, tak by przestrzeń publiczna się poszerzyła i mogła funkcjonować w nieco innych warunkach zaufania społecznego.

Podczas pandemii wiele miast na świecie zamknęło niektóre ulice. Nowy Jork wyłączył kilka z ruchu tylko na 11 dni, ale np. w kalifornijskim Oakland zamknięto ponad 120 kilometrów dróg. Burmistrzyni Libby Schaaf napisała na Twitterze, że chce, by mieszkańcy mogli uprawiać rekreację na świeżym powietrzu z zachowaniem odpowiedniego dystansu społecznego, a ludzie nie tłoczyli się wyłącznie w parkach.

Ivan Blasi, koordynator nagrody Miesa van der Rohe, jednej z najbardziej prestiżowych w architekturze, w portalu Property Design mówił: – Dystans społeczny w przestrzeni publicznej nie musi oznaczać grodzenia taśmą policyjną, co ma miejsce choćby w wielu sklepach. Można użyć takich rozwiązań, które zachowają komfort użytkowników przestrzeni – roślin czy innych elementów dekoracyjnych nieprzywodzących na myśl miejsca zbrodni.

Nagle zaczynamy doceniać rolę prekaryzowanych latami grafików – przejrzyste, wyraziste, ale nie napastliwe komunikaty o koronawirusie w komunikacji miejskiej czy na tablicach ogłoszeń lepiej na nas działają niż ofoliowane kartki z drukarki „Park zamknięty do odwołania”.

Agata Twardoch: – W polskich realiach przeszkodą w takim uczłowieczaniu i jednocześnie zabezpieczaniu przestrzeni będą raczej finanse niż mentalność ludzi. Przychody miast spadają, władze szukają oszczędności. W Gliwicach pierwszą decyzją było zamknięcie rowerów miejskich. Budżetowo to symboliczny zysk, a dla komfortu życia duża strata. Idąc tropem kryzysu, nie wyobrażam sobie rewolucyjnych zmian mających wpłynąć na zmianę czy poprawę architektury. Z pewnością wyhamują wielkie projekty, bo kryzys po pandemii nakłada się na koniec unijnej perspektywy finansowej 2014-20. Już raczej nie będą powstawały „białe słonie” przynoszące miastom zwykle więcej szkody niż pożytku, wznoszone po to, by wykorzystać unijne pieniądze. Za to boję się zatrzymania inwestycji w publicznym mieszkalnictwie i wyprzedaży działek komunalnych, bo miasta mogą chcieć w ten sposób łatwo zasilać topniejący budżet.

Ale na te działki może nie być tylu chętnych co dotychczas. Przenosiny korporacji do home office mogą spowodować upadek dzielnic biurowych.

Prawdopodobny jest też – przynajmniej w bogatych dzielnicach najzamożniejszych miast krajów pierwszego świata – scenariusz bliskowschodni. Anna Dudzińska: – Mieszkałam przez jakiś czas w Dubaju i z przerażeniem patrzyłam na tamtejszą architekturę. Z jednej strony apartamenty na 45., 50. piętrze sterylnych wysokościowców, z drugiej setki deweloperskich osiedli z 7 tysiącami identycznych domów, z identycznym wyposażeniem wnętrz, do tego bez infrastruktury. W czasie pandemii miasto zamknięto do tego stopnia, że ludzie nie mogli wyjść na spacer z psem. W efekcie najbogatsi, ci z prestiżowych drapaczy chmur, zaczęli wynajmować homogeniczne domki jednorodzinne poza centrum, by mieć choć spłachetek trawy. Co prawda sztucznej, ale zawsze to jakaś przestrzeń i imitacja natury.

W dobrym czy złym kierunku, ale przestawienie zwrotnicy w architekturze czy myśleniu o przestrzeni zajmie trochę czasu. A co z drobnymi, codziennymi rozwiązaniami wdrażanymi niemal od ręki? Hasło „nowej nowoczesności” będzie na pewno brzmiało: przemyśleć siebie, znaleźć nowy sposób wykorzystania zasobów, które już mamy.

W Dubaju zbudowano hipermarket, do którego się wjeżdża samochodem, wybiera na ekranie produkty i odbiera spakowane zakupy bez jakiegokolwiek kontaktu ze sprzedawcami ani nawet ze sklepową przestrzenią. Do perfekcji opanowano też kwestie higieny – powłoki antywirusowe, windy przywoływane głosem, pokoje hotelowe na kod z telefonu komórkowego.

Wydział Wzornictwa warszawskiej ASP wspólnie z Politechniką Warszawską zaprojektował elementy osłon dla personelu medycznego i zawory przekształcające maskę do nurkowania w antywirusową.

Fińska firma Fortum zaprojektowała klamki, które można otwierać bez użycia dłoni, a jedynie przedramieniem.

Studenci z Hongkongu proponują samodezynfekującą się klamkę wyposażoną w ogniwo ze światłem UV zabijającym drobnoustroje.

Pracownia M-Rad z Los Angeles wykonała pokryty miedzią przeciwdrobnoustrojową mobilny punkt testowania, który po ustaniu pandemii zostanie zamieniony w jednostkę do obsługi bezdomnych. Znajdą w niej schronienie, dostaną jedzenie czy pomoc medyczną.

Z tysięcy projektów, które można znaleźć w sieci, te pozwalają mieć nadzieję, że „pandemiczne” projektowanie przemysłowe i przestrzeni nie skończy się kilkoma efektownymi popisami w rodzaju retro s.f. designerskich przyłbic. I może się okazać najwłaściwszą odpowiedzią na przyszłe potrzeby społeczeństw.

Ale są też przykłady, które każą wątpić w to, czy kapitalizm w obecnej formie wyciągnie naukę z koronawirusa.

Epidemia eboli rozpoczęła się w grudniu 2013 roku w gwinejskiej wiosce Méliandou. Pacjentem zero był Emile Ouamouno, dwuletni chłopiec. Co zmieniło się we wsi po ustaniu epidemii, w której wyniku zmarło, według oficjalnych danych, ponad 11 tys. osób, a śmiertelność zbliżała się do 50 proc.? Ścięto drzewo, na którym gnieździła się rodzina nietoperzy – prawdopodobne źródło wirusa. Zwierzęta zamieszkały blisko ludzi, bo światowe koncerny wydobywcze doprowadziły do wylesienia terenów wokół wsi.