Kevin Ruud, były premier Australii: – USA robią dziś nieodparte wrażenie kraju, który nie potrafi sprostać wewnętrznym kryzysom, o zewnętrznych nie wspominając.

Dominique Moïsi, Institut Montaigne, Paryż: – Czyż pandemia nie pokazuje, że Ameryka stała się nieadekwatnym mocarstwem z nieadekwatną hierarchią priorytetów?

„New York Times”: „To pewnie pierwszy kryzys od ponad stu lat, kiedy świat nie zwraca się w stronę Ameryki, oczekując jej przywództwa”.

Stephen M. Walt, Harvard: – COVID-19 przyspiesza przeniesienie władzy i wpływu z Zachodu na Wschód.

Newt Gingrich, senator Republikanów: – Jeśli nie chcemy, żeby nasze wnuki mówiły po chińsku i słuchały się Pekinu, musimy zacząć działać.

„Der Spiegel”: – Pandemia może oznaczać początek ery chińskiej dominacji.

Zrujnowany autorytet

Świat ogląda na ekranach dantejskie sceny z przepełnionych amerykańskich szpitali, kilometrowe kolejki przed izbami przyjęć, samochody-chłodnie ustawione przed szpitalami, gdzie w kostnicach zabrakło miejsc. Jeszcze dłuższe ogonki ustawiają się pod urzędami pracy po odbiór zasiłków (choć wielu petentów odchodzi z kwitkiem, kiedy okazuje się, że nie są uprawnieni). Na autostradach przez kilka mil auto za autem stoją ludzie wyczekujący na paczki z banku żywności.

Świat czyta statystyki: w Ameryce na COVID-19 zachorowało 2,2 mln ludzi i zmarło 100 tys. – więcej niż w jakimkolwiek innym kraju. Prezydent imperium zachęcał na Twitterze do protestów przeciw obostrzeniom, jakie wprowadzili gubernatorzy stanów.

Dominique Moïsi na łamach „Foreign Policy” zwraca uwagę, że koronawirus pokazuje siłę i obnaża słabości społeczeństw. Niemcy demonstrują niebywały kapitał społeczny i sprawność instytucji, ale jednocześnie egoizm i niechęć do wzięcia odpowiedzialności za przywództwo w Europie. Rosja czy Brazylia – katastrofalne w skutkach zakłamanie i tępotę władzy. Chiny pokazują, jak skuteczna jest partia w egzekwowaniu środków zaradczych, co pozwala zatrzymać zarazę, i jednocześnie, do czego prowadzą cenzura i dławienie informacji – gdyby ich nie było, do wybuchu epidemii na taką skalę w ogóle by nie doszło.

W USA na wierzch wychodzą bolączki, które nasilały się w ostatnich dekadach. Rozwarstwienie i niezałatwiony problem rasowy: Afroamerykanie chorują i umierają o wiele częściej od reszty społeczeństwa głównie z powodu biedy i ogólnego gorszego stanu zdrowia populacji czarnych. Dezinformowanie i ogłupianie społeczeństwa przez biznes, Kościoły i polityków: do ogromnej części społeczeństwa nie sposób się przebić z komunikatem o konieczności obostrzeń.

Obcinanie funduszy federalnych na agendy rządowe: odchudzano również te odpowiedzialne za zapobieganie epidemiom.

Dysfunkcja systemu ubezpieczeń i ochrony zdrowia: chorzy bez ubezpieczeń nie mają lekarzy pierwszego kontaktu i zalewają oddziały ratunkowe.

Brak nowoczesnej osłony socjalnej: miliony wyrzuconych z rynku pracy przez kryzys zostaną bez wsparcia.

Obezwładniająca instytucje, media i społeczeństwo polaryzacja: nic, nawet ogólnonarodowy kataklizm zabijający dziesiątki tysięcy ludzi, nie przynosi zgody i solidarności.

Atak terrorystów na USA 11 września 2001 r. był punktem zwrotnym – zakończył dekadę bezdyskusyjnej hegemonii Ameryki po pokonaniu Związku Radzieckiego w zimnej wojnie. To była ostatnia wojna, jaką Ameryka wygrała. W ostatnich dwóch dekadach poniosła ogromne straty ludzkie, ekonomiczne i wizerunkowe w kampaniach afgańskiej i irackiej. W międzyczasie zapoczątkowany na Wall Street globalny kryzys ekonomiczny doprowadził do zakwestionowania modelu kapitalistycznego. Dzisiejsza pandemia jest według wielu obserwatorów jeszcze większym tąpnięciem niż rok 2001 – przyspiesza destabilizację i rozkład amerykańskiego imperium.

Ian Bremmer, szef grupy konsultingowej Eurasia: – W czasie zimnej wojny z Sowietami jasne było, że nasz system jest najlepszy. Teraz nie jest to takie ewidentne. Ostatnie dziesięciolecia podważyły autorytet Ameryki, wywołały poczucie, że nasz model jest oszustwem. Powstaje pytanie: jeśli USA nie mogą już przewodzić światu, jaka jest alternatywa? Dla wielu tą alternatywą są Chiny.

Chińskie dobro

Evan Osnos, pisarz i reporter, tuż przed wybuchem pandemii, napisał: „W stopniu, jakiego outsiderzy nadal nie pojmują, Chiny gotowią się, aby kształtować XXI wiek, tak jak USA ukształtowały wiek XX”. Jedną ze strategii realizowanych przez Pekin jest podkopywanie moralnego autorytetu Zachodu, na którym opiera się rozróżnienie na dobre i złe systemy polityczne. W efekcie model chiński – bez pluralizmu, wolności słowa – ma zostać uznany za pełnoprawną alternatywę. Również w sensie moralnym.

Wedle tej narracji w ogólnym rozrachunku Chiny przynoszą większości swych obywateli więcej dobra niż zła, więc warto uznać je za autorytet i podążać za nimi. Rządy Trumpa, które w bezprecedensowy sposób relatywizują podstawowe zachodnie wartości, sprzyjają promowaniu takiej opowieści. Odpytywani przez Osnosa eksperci nazywają Trumpa „największą strategiczną szansą dla Chin”.

„New York Times” zwraca uwagę na bolesny dla Amerykanów paradoks: najgorzej z pandemią radzą sobie USA, a najlepiej Korea Południowa i Niemcy, kraje zbudowane po drugiej wojnie m.in. dzięki kolosalnemu wysiłkowi Ameryki, która dała im wsparcie finansowe, dyplomatyczne i ochronę militarną.

Przez powojenne dekady USA zasilały kasą i zaangażowaniem takie inicjatywy jak plan Marshalla i takie instytucje jak NATO, ONZ, WHO czy MFW. Rzecz jasna robiły to w swoim interesie, a bilans działań Stanów Zjednoczonych nie we wszystkich częściach świata jest dodatni. Amerykanie pomogli zbudować dobrobyt zachodniej Europy, później zlikwidować żelazną kurtynę. Jednocześnie przegrali wojnę w Wietnamie i dokonywali zbrodni w wielu krajach Azji i Ameryki Łacińskiej. Przede wszystkim jednak byli obecni. Podejmowali wysiłek, który – przynajmniej deklaratywnie – miał czynić świat lepszym, a jego motorem były wartości demokratyczne.

Donald Trump w inauguracyjnym przemówieniu w styczniu 2017 r. ogłosił hasło „America First” i konsekwentnie wyprowadza imperium z globalnej sceny – wchodzi w konflikt z NATO, ONZ, Unią Europejską, wycofuje USA z wielostronnego porozumienia w sprawie Iranu i z globalnego sojuszu na rzecz zatrzymania zmian klimatycznych. Za krytyką idą decyzje o zakręcaniu kurka z kasą. Mocarstwo nie chce już przewodzić.

Chiny wchodzą w powstającą próżnię.

Chińska inteligencja

Evan Osnos obrazuje to anegdotą:

Na sesję Światowej Organizacji Handlu (WTO) w Marrakeszu w październiku 2018 r. zjechali ministrowie z 40 krajów. Dyskutowano o kluczowych dla wielu światowych gospodarek regulacjach dotyczących obrotu płodami rolnymi i owocami morza. Trump, krytyczny wobec WTO, przysłał urzędnika niskiej rangi, który przeczytał parę zdań z kartki i wyjechał. Przez dwa dni na spotkaniach nie było żadnych Amerykanów. Chińczycy byli najbardziej aktywni na każdej sesji, zapewniając, że są strażnikami handlu międzynarodowego.

30 maja 2020 r. Donald Trump ogłosił wyjście USA ze Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Jako najważniejszy powód wymienił – nie bez racji – zdominowanie instytucji przez Chiny. Trudno o bardziej symboliczną decyzję: Amerykanie nie próbują przejąć kontroli, tylko dezerterują.

W ostatnich latach Pekin zwielokrotnił nakłady na pomoc międzynarodową. Stał się jednym z najhojniejszych płatników do budżetu ONZ i jej sił pokojowych. W listopadzie 2016 r. Meng Hongwei został pierwszym Chińczykiem w historii na stanowisku szefa Interpolu.

Niedługo minie dziesięć lat od historycznej wizyty poprzedniego prezydenta Chin Hu Jintao w Waszyngtonie. W styczniu 2011 r. w stolicy USA witały go salwy z 21 dział. Komentatorzy notowali, że od lat nikt nie dostał takiego przyjęcia, i uznali wizytę za pierwszą, podczas której Amerykanie rozmawiali z Chińczykami jak równy z równym. W następnych latach utrzymywały się dwa trendy. Pierwszy: rosła społeczna energia Chińczyków mierzona w badaniach socjologicznych takimi wskaźnikami jak ocena perspektyw na przyszłość swojego kraju czy postrzeganie jego roli w świecie. Drugi: energia Amerykanów malała.

Ćwierć wieku temu gospodarka Chin była mniejsza od włoskiej. Dziś ustępuje tylko amerykańskiej i nadal, mimo okresowych kryzysów, rośnie szybciej od niej. Odsetek Chińczyków żyjących w skrajnej biedzie spadł poniżej 1 proc.

Jeszcze dekadę temu nikt nie kwestionował hegemonii Doliny Krzemowej w dziedzinie nowych technologii. Ale Pekin miliardami zasilił badania nad sztuczną inteligencją i eksploracją kosmosu, podpatrywał u Amerykanów biznesowe praktyki napędzające start-upy, chiński wywiad wykradał tajne rozwiązania największym amerykańskim gigantom.

Dziś doganianie USA w tym sektorze symbolizuje budząca emocje i kontrowersje dominacja Huawei w technologii 5G.

NOWY JEDWABNY SZLAK

W Kisumu w zachodniej Kenii, gdzie bywałem, są i Amerykanie, i Chińczycy. Pierwsi we współpracy z kenijskimi instytutami prowadzą badania nad szczepionką na malarię czy lekami na AIDS. Drudzy wybudowali lotnisko i drogi. Całe miasto jeździ na chińskich skuterach (jeszcze kilka lat temu na rowerach, też chińskich) i rozmawia przez chińskie komórki.

Afryka to największy rezerwuar ekonomiczny świata. Powstają tam tysiące kilometrów nowych dróg, setki lotnisk, biurowców, osiedli, fabryk, elektrowni. Większość z tego stawiają Chińczycy, oni też wyciągają z afrykańskiej ziemi większość jej bogactwa. Jakby tego było mało, milionom biednych Afrykanów sprzedają swoje najtańsze produkty, od trampek przez papierosy po jabłka, a milionom aspirującym do nowej afrykańskiej klasy średniej – te droższe, jak samochody, telewizory, meble.

Były brytyjski premier Tony Blair mawiał, że jak wieczorem powiesz Chińczykowi, że potrzebna jest nowa droga, rano zobaczysz ekipę z kilofami.

Gdy przez ostatnie 15 lat Chińczycy wysyłali swoje ekipy do Afryki, Amerykanie słali myśliwce nad Bliski Wschód. Można pytać, kto na tym lepiej wyszedł. Strategię ekspansji zapoczątkowanej w Afryce kontynuuje i rozszerza projekt nowego Jedwabnego Szlaku (oficjalnie: inicjatywa Pas i Droga) okrzyknięty przez niektórych chińskim planem Marshalla. Inicjatywa pomyślana jest jako geopolityczny instrument budowania sojuszy gospodarczych i politycznych na całej planecie opartych na inwestycjach transportowych i przesyłowych.

Za pożyczki od chińskich banków powstają drogi, mosty, tunele, linie kolejowe, rurociągi i porty w 65 krajach świata, w których mieszka 60 proc. światowej populacji.

Polska jest jednym z nich. Jaka jest siła rażenia planu w przestrzeni soft power, pokazuje choćby przykład prezydenta Andrzeja Dudy. Podpisanie umowy z Chinami uważa on za swój osobisty sukces i przy licznych okazjach przywołuje przyjaźń z Xi. W styczniu Jedwabny Szlak dotarł do Polski: po 12 dniach podróży z chińskiego Xi’an, pokonawszy 9477 km nową, szerokotorową linią do Sławkowa, przyjechał pociąg z kontenerami załadowanymi sprzętem elektronicznym, AGD, częściami do maszyn itp.

Niewiele później, gdy jasne było już, że Pekin ukrywał wiedzę o koronawirusie i zamknął zainfekowany Wuhan o wiele za późno, Duda wysłał do Xi depeszę z podziękowaniami za „szybką i zdecydowaną reakcję, która [...] uniemożliwiła dalszy niekontrolowany rozwój epidemii i w ten sposób ocaliła wiele istnień ludzkich zarówno w Chińskiej Republice Ludowej, jak i w innych państwach”. Generał Robert Spalding z amerykańskiej Rady Bezpieczeństwa Narodowego skomentował: „To przypomina mi oświadczenie z czasów sowieckich, kiedy ktoś wychwalał Związek Radziecki i jego prawdomówność”.

– Polska znajduje się w trójkącie pomiędzy USA, Chinami i UE – mówi Aleksander Smolar, szef Fundacji im. Stefana Batorego. – Potrzebujemy sojuszu z USA ze względów bezpieczeństwa oraz kulturowego i gospodarczego zakotwiczenia w Unii. Jednocześnie chcemy się załapać na środki z Chin. Waszyngton wysyła sygnały, że jeśli Europa Środkowa chce skorzystać na wyprowadzaniu amerykańskiej produkcji z Azji, musi prowadzić politykę wobec Pekinu zgodną z interesami USA. Nieuchronnie będziemy musieli dokonywać wyborów w tym obszarze, nieraz kosztem utraty interesów. Jednocześnie powinniśmy opracować strategię wyjścia z rodzących się napięć na linii Waszyngton – Bruksela. Nie można dopuścić, aby Amerykanie wykorzystywali nas w swoich zabiegach osłabiania Unii, które będą trwały nawet po Trumpie. Sojusz transatlantycki słabnie nie tylko ze względu na jego prezydenturę, ale też dlatego, że interesy USA leżą dziś głównie w Azji i Ameryce Łacińskiej. Unia jest dla Waszyngtonu biznesowym konkurentem. Ani Amerykanie, ani Chińczycy nie są zainteresowani procesami integracyjnymi w Europie.

Propaganda pomocy

Duda nie jest odosobniony. Wiele państw Europy zabiega dziś o przychylność Pekinu, bo wiążą się z nią ogromne pieniądze. Polska jest członkiem grupy 16+1, w ramach której regularnie spotykają się urzędnicy i przedsiębiorcy z 16 krajów Europy Środkowo-Wschodniej, Południowo-Wschodniej i Chin. Format wywołuje niesmak w Brukseli.

Chińczycy wydzierżawili na 40 lat port w Pireusie. Negocjują z Włochami w sprawie portu w Trieście. Szykują się do strategicznych inwestycji w Chorwacji i Słowenii. Mało kto podnosi dziś na Starym Kontynencie kwestie, które jeszcze dekadę temu dominowały w przekazie o Chinach – praw Tybetu, Ujgurów czy więźniów politycznych. W niedawnym badaniu Włosi zapytani o mocarstwa, jakie darzą największym zaufaniem, na pierwszym miejscu wskazali Chiny, później Rosję i dopiero za nimi USA.

Pokrzykiwania notabli z dworu Trumpa, że wirus jest winą Chin, a nawet sugestie, jakoby Chińczycy użyli go jako broni biologicznej, Pekin kontrował konkretnymi działaniami: wysłał lekarzy do 16 państw, a 125 krajom podarował sprzęt medyczny. Chińska machina propagandowa wyolbrzymia znaczenie takich działań.

– Unia wysyłała pomoc do Chin, gdy wybuchła tam epidemia, ale robiła to dyskretnie, bo taka była prośba Pekinu – zauważa Aleksander Smolar. – Chińczycy swoją pomoc nagłaśniają, jak się da, i opakowują w antyamerykańską propagandę.

Pod koniec marca sekretarzowi stanu USA Mike’owi Pompeo nie udało się przeforsować określenia „wirus z Wuhanu” w oświadczeniu zamykającym szczyt najbogatszych państw świata G7.

Amerykanie zdają sobie sprawę z tego, że w wojnie informacyjnej Pekin spycha ich do defensywy. Z Waszyngtonu płyną coraz bardziej nerwowe komunikaty. Jeden z republikańskich jastrzębi, senator z Arkansas Tom Cotton, w dramatycznym oświadczeniu wzywa do wysyłania dodatkowych sił wojskowych w rejon Pacyfiku. „Chińska partia komunistyczna chce wykorzystać światowy chaos, do jakiego doprowadziła wywołana przez nią pandemia” – mówi.

Pod koniec maja Trump zapowiedział wprowadzenie pakietu sankcji przeciw Chinom, m.in. zakaz wjazdu do USA dla niektórych chińskich notabli.

Wyścig zbrojeń

Pekin dysponuje potencjałem wystarczającym, żeby wypchnąć Amerykanów z Pacyfiku. Stworzył potężny system łodzi podwodnych, sonarów i rakiet. Ma najnowocześniejsze systemy rakietowe ukryte u podnóży gór zdolne trafiać lotniskowce w ruchu. Tajny raport niemieckiego ministerstwa obrony, do jakiego dotarł „Der Spiegel”, stwierdza, że chińska marynarka wojenna wykorzystuje chwilową nieobecność amerykańskich lotniskowców na Pacyfiku spowodowaną epidemią, żeby zwiększyć presję na kraje regionu. Pentagon już od paru lat – choć wypowiedziami nieoficjalnymi i anonimowymi – przyznaje, że USA przegrałyby wojnę z Chinami wokół ich granic.

Oczywiście w skali globu USA utrzymują znaczną przewagę militarną. Owszem, zaprezentowany w zeszłym roku przez Pekin międzykontynentalny pocisk balistyczny Dongfeng-41 może osiągnąć prędkość 25-krotnie większą od dźwiękowej i dotrzeć do celów oddalonych o 15 tys. kilometrów. Nikt, w tym Amerykanie, nie dysponuje taką bronią. Ale USA utrzymują bazy wojskowe na całym świecie, wydają na zbrojenia kilka razy więcej niż Chiny, mają ponad 6 tys. głowic nuklearnych przy 260 chińskich; 11 lotniskowców – Chińczycy dwa. USA sąsiadują z sojusznikami, a wokół Chin są Indie, Indonezja, Japonia, Malezja, Filipiny, Tajwan, Wietnam – kraje, z którymi Pekin pozostaje w konfliktach terytorialnych.

Gdy powstaje ten tekst, trwa wymiana ognia na granicy chińsko-indyjskiej.

Geopolityczna pozycja USA nadal jest więc korzystniejsza. Ponadto Chiny nie mają tak świetnych uniwersytetów, ciągłego dopływu najzdolniejszych naukowców z całego świata. Nie mają tak silnie oddziałującej popkultury. Przewag Ameryki można by wymienić więcej, jednak trend pogłębiającego się kryzysu przywództwa USA przy jednoczesnym szybkim wzroście Chin będzie się utrzymywał.

Warto pamiętać, że ostatnie dziesięciolecia, kiedy Chiny nie były dominującą potęgą na planecie, są odstępstwem od reguły. Od starożytności do końca XIX w. Chińczycy rywalizowali o prymat gospodarczy z Indiami. Udział Rzymu, potem Francji, imperium brytyjskiego był ledwie ułamkiem ich siły. Sytuacja zmieniła się u progu XX w., kiedy na przód wysunęli się Amerykanie. Wydaje się, że dziś wszystko wraca na swoje miejsce.