W 1709 r. Johann Christoph Gottwald ma 39 lat, doktorat z medycyny, żonę i bogate zbiory przyrodnicze odziedziczone po ojcu, oficjalnym fizyku miasta Gdańska. Tworzy „Memoriale Loimicum” – „Pamiętnik czasów zarazy” – w którym opisuje Gdańsk podczas trwającej od roku epidemii dżumy. Stracił córkę, żonę udało się uratować. Notuje: „Ta sytuacja sprawiła, że przez jakiś czas mój dom, jako nawiedzony przez dżumę, cieszył się złą sławą. Było to bardzo niekorzystne dla mojej praktyki lekarskiej, gdyż ludzie bali się korzystać z mych usług. Jednak ponieważ plaga nasilała się, z czasem zyskałem pacjentów” (tłum. Andrzej Karolczak).

Szukanie w historycznych zapiskach podobieństw do dzisiejszej sytuacji nie nastręcza trudności. „Wolne chwile obracałem na czytanie książek i notowanie tego, co mi się w dzień zdarzyło” – wspominał Daniel Defoe w „Dzienniku roku zarazy”. Dzisiaj pisarze do „notowania tego, co się wydarzyło” używają mediów społecznościowych, ale po dwóch miesiącach lockdownu pytani o pandemię i przyszłość literatury reagują nerwowo. Barbara Klicka, laureatka Nagrody Literackiej „Gdynia”, nie chce zostać „specjalistką od życia, śmierci, jajecznicy i epidemii”. Wypowie się w dzienniku na łamach „Dwutygodnika”: „(...) przyjaciel, który zawodowo czyta i pisze, mówił mi kilka dni temu, że w 2021 spodziewa się zalewu literatury covidowej (...). Oto więc, tadam, robię za spóźnioną forpocztę”.

Nie tylko przyjaciel Klickiej obawia się o przyszłość literatury. Sloane Crosley, bestsellerowa amerykańska pisarka, ostrzega w „New York Timesie” przed niebezpieczeństwem wysypu powieści „koronawirusowych”. Na Twitterze wtóruje jej równie popularna Amber Sparks, apelując, by pisarze dali sobie 20 lat na opisanie czasów pandemii. Michał Nalewski z wydawnictwa Prószyński i S-ka: – Pandemia to bardzo literacka rzeczywistość, a przy tym musimy ten czas jakoś usensownić. Więc jakaś „Miłość w czasach pandemii” za chwilę podbije rynek. Ale podobnie jak z sagą „Zmierzch” czy „50 twarzami Greya” tylko jeden tytuł stanie się bestsellerem, reszta będzie zalegać na półkach.

Gdy 1 kwietnia Remigiusz Mróz opublikował okładkę nowej powieści „Kwarantanna”, nie wszyscy uznali to za żart. Jeden z najpoczytniejszych polskich twórców należy też do tych najpłodniejszych – w 2020 roku wydał już cztery książki. Mróz ze śmiechem przyznaje, że jest autorem, którego najczęściej posądza się „o rychłe popełnienie powieści koronawirusowej”. – To ostatnia rzecz, jaką chciałbym zrobić. Wszyscy mamy tej sytuacji serdecznie dość i pisanie o niej byłoby, po pierwsze, masochistyczne, a po drugie, sadystyczne. Oprócz tego sam akt pisania to jedynie fizyczna emanacja wszystkiego, co było przedtem. Teraz pracuję nad czymś, co nabierało kształtu przez ostatnie dwa lata.

Przyglądając się płodności literackiej Mroza, można się jedynie zastanowić, ile powieści pisze symultanicznie. Pisarz jest jednak świadomy tego, że wszystko, co niebawem powstanie, zyska niezbyt urokliwy koloryt pandemii. – Protagoniści nie będą mogli swobodnie przemieszczać się po świecie, maseczki będzie można użyć jako narzędzia do ukrycia tożsamości danej postaci, a recesja odciśnie piętno także na sytuacji materialnej książkowych bohaterów.

Reporterka Katarzyna Surmiak-Domańska: – Jako czytelniczce robi mi się niedobrze, gdy pomyślę, że już teraz miałabym przeczytać reportaż o pandemii. Musi minąć czas, musimy nabrać dystansu, ciekawsze będzie opowiadanie o tym, jak zmienił się świat, a nie jaki on był w tym czasie, bo przecież to wszyscy przeżywamy dość podobnie. Boję się pandemii relacji.

Zdaniem krytyczki Pauliny Małochleb pojęciem, wokół którego będzie się organizowała przestrzeń literatury w czasach „postpandemicznych”, będzie bieda. Fundacja Wisławy Szymborskiej, której jest sekretarzem, postanowiła zrezygnować w tym roku z przyznania nagrody imienia noblistki, a fundusze – 100 tys. zł – rozdysponować jako wsparcie dla pisarzy i pisarek. Program wsparcia poprzez jednorazowe dotacje ogłosiła też Unia Pisarzy. Stowarzyszenie na wsparcie zebrało ponad 53 tys. zł, każdy z grantów wynosi 1000 zł. Do połowy maja rozdysponowano 18 zapomóg.

Czego Sylwia Chutnik, przewodnicząca komisji stypendialnej, dowiaduje się z lektury wniosków o wsparcie? – To wielka opowieść o prekariacie. Jeśli ktoś myśli, że pisarze i pisarki są klasą uprzywilejowaną, mając na myśli kilka najpopularniejszych nazwisk, to trochę tak jakby mówić, że wszyscy piłkarze i piłkarki w Polsce zarabiają jak Lewandowski. Ludzie wykonują tysiące prac, piszą, ale oprócz tego robią różne rzeczy i mimo to ledwo utrzymują się na powierzchni.

Paulina Małochleb apeluje, by nie zapomnieć o tłumaczach literatury – przesunięcia terminów wydania książki to również zmiany w umowach, a zaliczki często stanowią niewielki procent całej kwoty, którą wydawnictwo płaci za przełożenie dzieła.

Polscy twórcy rzadko utrzymują się z tantiem – niewielu osiąga nakłady ponad 10 tys. egzemplarzy, co może dawać przychód od 25 do 50 tys. Jeśli – poza Mrozem i literaturą dziecięcą – autor jest w stanie „wyprodukować” jedną książkę rocznie, to kwoty nie są wysokie. Stąd pisarzy mniej trapi spadek sprzedaży, bardziej brak spotkań autorskich, zwłaszcza tych w bibliotekach. Za każde autorzy dostają od 300 do – w przypadku kilku nazwisk – 2 tys. zł.

Spotkania w internecie nie rekompensują też czysto psychologicznych aspektów, takich jak bezpośredni kontakt z czytelnikiem czy po prostu podróżowanie. Ile książek powstało w trasie między spotkaniami autorskimi, trudno zliczyć. No i czy da się pisać książkę, gdy dzieci walczą ze zdalnym nauczaniem, a partner czy partnerka ma kolejnego „calla”?

- Powinniśmy wykorzystać ten czas, aby oddzielić ziarno od plew – pisze Peter Haag ze szwajcarskiego wydawnictwa Kein & Aber. W katalogu jesiennych zapowiedzi umieścił słowo do czytelników, w którym wyraża nadzieję, że rynek wyjdzie z „chomiczego kołowrotka nadmiernej produkcji książek”. Twierdzi, że ludzie są przytłoczeni wyścigiem nowości, a teraz w końcu jest czas, by zaciągnąć hamulec awaryjny.

W Polsce list otwarty w podobnym duchu do mediów skierowało wydawnictwo Dwie Siostry. – Jednym z poważnych problemów naszej branży jest nie od dziś nadprodukcja tytułów i szaleńczy wyścig na nowości. Książki żyją coraz krócej, ponieważ na każdą przypada coraz mniej uwagi krytyków, coraz mniej miejsca na eksponowanych półkach księgarni, coraz mniej zasobów w budżecie czytelników. Niektóre wartościowe i wydane sporym nakładem pracy i środków tytuły zupełnie giną w tej lawinie. Może więc obecny kryzys to dobry czas na slow reading? – pyta wydawnictwo i apeluje do mediów, by więcej uwagi poświęciły starszym tytułom.

Julianna Jonek-Springer, redaktorka z wydawnictwa Dowody na Istnienie, chciałaby wierzyć, że będzie się teraz wydawać mniej bezwartościowych książek. – Ale prawda jest taka, że jeśli duże wydawnictwa z czegoś rezygnują, to raczej z ambitnej literatury, a nie celebryckich poradników. Zgadza się z nią Michał Nalewski: – Jeśli sami nie potrafimy sobie tego świata po koronawirusie poukładać, to będziemy szukać przewodników po życiu. Rozwinie się półka poradnikowa z serii „minimalizm, czyli stać cię na mniej” i wszystkie porady mistrzów wewnętrznej równowagi.

Margo Baldwin, założyciel Chelsea Green, niezależnego wydawnictwa z Vermont, USA, cieszy się kilkunastoprocentowym wzrostem sprzedaży. Publikuje książki o ogrodnictwie, a Baldwin podkreśla, że czytelnicy „chcą być bardziej samowystarczalni”. Wzrosty sprzedaży odnotowały w Stanach książki kucharskie. W Polsce, gdzie hitem jest „Chleb. Techniki wypieku, przepisy, wskazówki” Jeffreya Hamelmana. Wydawnictwo Buchmann, które wydało książkę już dwa lata temu, odnotowało ponad 160-proc. wzrost jej sprzedaży.

„Chomiczy kołowrotek” wyhamował nie tylko wskutek zamrożenia handlu i niepewności czytelników, co przyniesie finansowe jutro. Wiele rokujących tytułów oberwało rykoszetem. Surmiak-Domańska do wyjazdu do Liberii przygotowywała się od kilku lat. – Chciałam opisać kraj stworzony przez byłych amerykańskich niewolników, który stał się eksperymentem społecznym. Interesowało mnie, jak ludzie sami niedawno będący niewolnikami stworzyli państwo oparte na wykorzystywaniu innych ludzi. Na prostą po latach wojen domowych wyprowadziły je kobiety, z których dwie dostały Nobla. To bardzo skomplikowany wyjazd, ale dzięki znajomym trafiłam na człowieka, który chciał mi pomóc na miejscu, nawet wesprzeć finansowo powstanie książki. Dzień po tym, gdy dostałam wizę, okazało się, że jest lockdown, a mój pomocnik musi zwinąć biznes.

– Może teraz reporterzy więcej uwagi poświęcą polskim problemom? – zastanawia się Jonek-Springer.

Odwołane spotkania, przeniesione premiery. Centrum kongresowe Javits Center w Nowym Jorku zamiast gościć BookExpo stało się szpitalem. Promocja i sprzedaż przeniosły się do sieci. Większość moich rozmówców podkreśla, że jeśli coś się sprzedało przed pandemią, to dalej nie schodzi z list bestsellerów („Normalni ludzie” Sally Rooney czy powieści erotyczne Blanki Lipińskiej). Trudniej dzisiaj wylansować hit, zatem nie dziwi, że na aktualnym szczycie króluje nowa odsłona „Jadłonomii”, kolejny kryminał Wojciecha Chmielarza i… Remigiusz Mróz, czyli autorzy znani i przewidywalni.

Sytuacja wymaga od pisarzy i wydawnictw podjęcia nowych działań. Dotychczas niecieszące się szczególną popularnością streamingi ze spotkań autorskich stały się przymusem i zdaniem Macieja Marcisza z Grupy Wydawniczej Foksal wielu czytelników do takiej formy spotkania z ulubionymi pisarzami się przekonało. O takiej oglądalności trudno było do tej pory marzyć, nie będąc raperem czy komikiem. Dorota Masłowska przyciągnęła 35 tys. widzów, Zygmunt Miłoszewski i Mariusz Szczygieł – ponad 50 tys. Poza konkurencją jest Olga Tokarczuk, której czytanie opowiadania z tomu „Gra na wielu bębenkach” obejrzało już ponad 250 tys. użytkowników Facebooka.

Tradycyjne spotkania nigdy nie przyciągały tak licznej publiczności, a dla wydawców były dość kosztowne – przejazd, hotel, wysyłka książek do sprzedaży, ewentualnie delegacja przedstawiciela oficyny – zatem mają nadzieję, że trend się utrzyma. W przeciwieństwie do autorów, dla których samo podróżowanie i spotkania z czytelnikami były stymulujące twórczo, a do tego przynoszące większe profity. Wydaje się, że twórcy będą górą – czerwiec przyniósł jednak znużenie formą „uczestnictwa” w kulturze online, a zapowiedź setek filmów i działań internetowych wspieranych programem Ministerstwa Kultury „Kultura w sieci” wręcz ją zdewaluował.

O ile wirtualne debaty, spotkania autorskie i czytania już się przejadają, o tyle czytelnicy na dobre przekonali się do streamingu książek i audiobooków. Użytkownicy aplikacji Empik Go dostali na dwa miesiące darmowy dostęp do wersji premium – kilkaset tysięcy mogło wypróbować wirtualną ofertę największej polskiej sieci księgarskiej. Warto podkreślić, że firma płaci tantiemy i honoraria autorom mimo udostępniania treści za darmo. Jak wiele osób będzie chciało dalej płacić za rozszerzoną ofertę? Nie wiadomo, ale podobnie jak w przypadku prasy przyszłością literatury mogą się okazać płatne subskrypcje. Albo fundraising. W ostatnich latach wiele projektów literackich sfinansowały wpłaty użytkowników mediów społecznościowych, aktualnie trend się nasila.

Zdaniem amerykańskich wydawców sprzedaż e-booków wzrosła do poziomu wakacyjnego. Za oceanem od kilku lat mówi się o trendzie spadkowym w ich sprzedaży. Tracą na rzecz audiobooków i powrotu do tradycyjnej książki. W Polsce rynek e-booków nie rozwinął się tak szybko i wciąż notuje wzrost, w czasie pandemii nawet o 60 proc. Wzrost popularności e-booków i self-publishingu może sprawić, że także uznani autorzy zaczną w ten sposób wydawać swoje dzieła. Wielką popularnością cieszą się audiobooki dla najmłodszych i wielu rodziców i dzieci zostanie przy tej formie spędzania czasu.

Na szczególny charakter tego trendu zwraca uwagę Jonek-Springer: – Często się zapomina, że rynek książki to spory pożeracz drzew, generator dwutlenku węgla i odpadów. Można się tylko zastanowić, ile drzew pochłonęły choćby opasłe „Księgi Jakubowe”, których wersja audio jest największym hitem streamingowym czasu pandemii, mimo że – jak mówi Sebastian Nowak z Wydawnictwa Literackiego – to przeszło 40 godzin nagrania.

A czy twórcy zaczną pisać, uwzględniając naturę nowych mediów? Inny sposób śledzenia tekstu na ekranie, często mniejszym niż analogowa książka, inny sposób nawigowania po cyfrowej publikacji mogą wpływać na percepcję tekstu, a więc wymagać innej narracji. Wydawałoby się oczywiste, że większym zainteresowaniem może się cieszyć pisanie w stylistyce zbliżonej do choćby śledczych podcastów. Ale twórcy zarzekają się, że podstawą wciąż jest książka w swojej drukowanej formie. Do myślenia o zmianach w konstrukcji akapitów, dialogów, tempie opowieści nikt głośno nie chce się przyznać.

Marcisz podkreśla, że nowa sytuacja pokazuje, jak bardzo liczą się media społecznościowe. Osoby, które inwestowały czas (i często pieniądze) w działania online, dzisiaj to dyskontują, mając łatwiejszy dostęp do czytelników. Z kolei wydawcom „socjale” pozwalają minimalizować ryzyko – sporą część pracy działów promocji autorzy zrobią sami, a ich fani sięgną po książkę choćby jako wyraz wsparcia dla lubianego autora. Dlatego w kryzysie na rynku książki zgodnie z planem wychodzą tytuły popularnych w sieci autorów, jak Mariusz Szczygieł czy Łukasz Najder. Trudniej będą mieli nowi autorzy – debiuty, zwłaszcza prozatorskie, zostaną przesunięte na następny rok, a liczba podpisywanych kontraktów, także na polskie edycje zagranicznych bestsellerów, spadnie. Dotychczasową ekonomię prestiżu, którą wyznaczały nagrody, ale też sam wybór oficyny, w której się publikuje, zastąpi ekonomia lajków.

Wielu rozmówców anonimowo przyznaje, że jest jedno pozytywne zjawisko – odwołanie targów książki. Jak mówi jedna z promotorek: – Gdy usłyszeliśmy, że nie będzie warszawskich targów, skakaliśmy z radości.

Krytyka targów nie jest mile widziana publicznie – czytelnicy lubią tę formę spotkania z literaturą, choć dla wydawców oznacza ona skomplikowaną logistykę i olbrzymie koszty, które bardzo rzadko się zwracają. Do tego dochodzi problem, z którym mierzyli się też w ostatnich latach krytycy i czytelnicy – zalewu nowości wydawniczych w maju (targi książki w Warszawie) i październiku (krakowskie targi). Niektórzy autorzy wręcz prosili wydawców, by nie planowali ich książek na ten okres, gdyż przebić się przez medialny szum mogli tylko nieliczni – najpopularniejsi lub ci, w których promocję zainwestowano pokaźne sumy. Przestrzeń próbują zagospodarować Empik i Allegro, które – niezależnie od siebie – w tradycyjnym terminie warszawskich targów zorganizowały wirtualne targi książki. Również wydawnictwa czy strony poświęcone literaturze zorganizowały zastępcze wirtualne imprezy.

Większą renomą cieszą się letnie festiwale literackie, które negocjują z Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego nowe, postpandemiczne formy istnienia. Imprezy będą stawiać na streamingi spotkań, większą aktywność internetową i kameralność. Niektórzy rozmówcy przyznają, że pod znakiem zapytania staje zapraszanie zagranicznych autorów do Polski. Koszty organizacji były spore i – nie licząc zadowolenia czytelników chcących zdobyć autograf czy zrobić sobie zdjęcie z lubianym pisarzem – opłacały się w przypadku tylko najbardziej popularnych twórców lub gdy wydawca otrzymał grant na organizację wydarzenia. Wątpliwości budzi też ekologiczny sens takich wizyt.

Na wielu czytelnikach i księgarniach pandemia wymusiła kontakt z e-commerce. Marcin Baniak z Wydawnictwa Literackiego mówi: – Pandemia nadała nową prędkość trendom, które do tej pory były ledwie wyczuwalne.

Kto miał pieniądze na inwestycje, implementował system paczkomatów, a niektórzy uruchomili własne księgarnie internetowe – jak specjalizujące się w ambitnej literaturze zagranicznej wydawnictwo Pauza. Anna Musioł, jego właścicielka: – Było to świetne posunięcie, dające mi nadzieję na przyszłość. Rabaty dla dystrybutorów są ogromne, terminy płatności długie, więc sprzedaż bezpośrednia jest bezcenna.

Czy nowi klienci zostaną przy tej formie zakupu książek, trudno wyrokować. Wydawcy nie chcą głośno mówić o sukcesach – jakby nie wypadało w kryzysie się chwalić. Anonimowo wielu z tych, których dystrybucja nie była uzależniona od największej sieci księgarskiej, mówi o wzroście sprzedaży. W Stanach przy rosnącej dominacji Amazona większość księgarni internetowych również osiąga zyski. Polskie także notują wzrost obrotów w porównaniu z analogicznym okresem – nawet do 150 proc. Jak komentują sprzedawcy: – Robimy teraz Boże Narodzenie.

Jacek Weichert, dyrektor w Allegro, mówi, że w okresie pandemii w porównaniu z zeszłym rokiem sprzedaż książek wzrosła o 126 proc., a literatury dziecięcej – o 285 proc. Dodaje, że co piąty klient Allegro w 2019 roku kupił książkę i współpraca z serwisem dla wielu księgarni i wydawców może być koniecznością w kryzysie.

Pandemia przyspieszyła naturalną zmianę – przejścia z offline do online – i wymusza na wydawcach częstsze produkowanie audiobooków, a e-book staje się standardem. Wielu podkreśla, że wydawcy są konserwatywni i z trudnością przyjmują zmiany. Przyzwyczajeni do permanentnego działania w kryzysie sądzą, że przetrwają bez większych zmian. Tym razem strategie przystosowawcze mogą się jednak nie sprawdzić, a rozmówcy anonimowo zauważają brutalnie, że dopiero bankructwo kilku większych wydawnictw beletrystycznych, które odpowiedzialne są za nadprodukcję tytułów, przy jednoczesnym zmniejszaniu ich nakładów, by wykazać się przed akcjonariuszami czy wspólnikami wzrostem obrotów, może uświadomić innym konieczność pilnych zmian.

Ale zdaniem Anny Karczewskiej, zajmującej się promocją niezależnych księgarni, popularność wirtualnego kontaktu z książką wcale nie musi oznaczać końca księgarni pachnących papierem i farbą drukarską. Rośnie świadomość społeczna znaczenia lokalnych księgarni: – Jest szansa, że czytelnicy dostrzegą, że najbezpieczniejszym miejscem zakupu książek nie jest galeria handlowa, lecz lokalna księgarnia.

Dodając do tego rosnące ceny usług kurierskich i wydłużenie się czasu dostaw, możliwe, że odżyją małe księgarnie. Pozytywne głosy słychać z tych w średnich miejscowościach, które – po zamknięciu się Empików – wciąż mogły działać i odnotowały wzrosty sprzedaży.

Sytuacja wymusiła na małych księgarniach wzmocnienie działań promocyjnych. Warszawska Big Book Café w ramach akcji „Literacka kwarantanna” zaoferowała m.in. streamingi z czytania książek przez aktorów, muzyków czy reżyserów, zaangażowała pisarzy i pisarki do rekomendowania tytułów. Jak mówi Anna Król, twórczyni księgarni, efekt przeszedł oczekiwania: – Obroty wzrosły, książki trafiły do domów nawet za granicą. Sporo czytelników ze stolicy postanowiło osobiście odebrać zamówione tytuły, a przy okazji obejrzeć półki z nowościami, podzielić się dobrym słowem. W komentarzach do spotkań nieustannie pojawiają się wyrazy wsparcia, podziękowania, że trwamy i działamy. To wspaniałe, bo przecież zyskujemy wszyscy, a przy okazji pomagamy pisarzom i wydawcom, zasilamy cały obieg literacki.

Czy szansą dla księgarni kameralnych, ale i dużych sieci, będzie wieszczony kryzys zaufania do galerii handlowych? Komentatorzy ostrożnie podchodzą do takich spekulacji – prognozowana druga fala pandemii co prawda może wystraszyć część klientów księgarni, ale globalna zmiana przyzwyczajeń konsumenckich wydaje się utopią. Zresztą małe i średnie księgarnie mniej niż Empiku i Allegro obawiają się nadejścia „ery Amazona”. Amerykański gigant na razie Polskę omija, ale doświadczenie krajów takich jak Niemcy czy Francja pokazuje, że księgarnie mogą przetrwać, jeśli znajdą atrakcyjną formułę działania.

Claire Schmartz z luksemburskiego „D’Lëtzebuerger Land” mówi, że przed nami „czas eksperymentów”. Ale za co te eksperymenty przeprowadzać?

Niemieckie małe księgarnie na kryzys odpowiedziały aktywnością online. Furorę zrobił filmik Olafa Bachmanna z Schwerte an der Ruhr, w którym wyraźnie zdezorientowany właściciel księgarni jeździ na rowerze w poszukiwaniu adresu, pod który ma dostarczyć książki. Film wielu mieszkańcom 40-tysięcznego miasta przypomniał o miejscu prowadzonym przez Bachmanna. – Nie trzeba robić niczego spektakularnego – wyjaśnia Wiebke Ludwig, specjalistka od mediów społecznościowych z Kolonii, zaznaczając, że kanałem, z którego zbyt rzadko korzystają księgarnie, jest Instagram. O ile medium to już dawno odkryli recenzenci i blogerzy, o tyle wydawcy i sprzedawcy dopiero na nim raczkują. Za dobry przykład działań w czasie pandemii stawia się wydawnictwo Arena-Verlag z Würzburga. Oficyna ta zawsze była prekursorem, jako pierwsi – w 1958 roku – wprowadzili książki dla dzieci w miękkiej oprawie i od lat inwestują w przyzwyczajenie młodych odbiorców do wersji audio. Dziś wydawnictwo angażuje lokalne księgarnie w kampanię #GemeinsamGegenLangeweile (Razem przeciwko nudzie). Alexandra Schönleben, dyrektor zarządzająca, podkreśla, że od losu księgarni zależy los wydawnictwa, a jedynie solidarnością można pokonać nadchodzący kryzys.

Przykładem kreatywnego działania jest pomysł Literaturhaus w Bonn. Za abonament 5 euro oferuje czytelnikom wysyłkę listów z nowymi, krótkimi utworami literackimi napisanymi przez współpracujących z instytucją pisarzy. Wiebke Ludwig: – Jestem entuzjastycznie nastawiona do ogromnej kreatywności i energii, jaką wyzwolił w ludziach kryzys.

Anita Musioł zauważa, że również w Polsce czytelnicy okazują się solidarni z małymi przedsiębiorcami. Przyciąga ich, prócz naturalnej sympatii dla słabszych a walecznych, większa przejrzystość i bezpośredni kontakt z czytelnikami – Musioł sama zaczęła nagrywać podcasty – oraz wysoka jakość oraz szata edytorska. Dorota Nowak z wydawnictwa Filtry, które zadebiutuje we wrześniu, ma nadzieję, że „w tym trudnym czasie poradzą sobie wydawnictwa o wyraźnym, jasno określonym profilu, czyli takie, których marka jest gwarantem jakości”.

Wydawcy i pisarze twierdzą, że na rynku książki kryzys na dobre rozpocznie się jesienią, gdy z jednej strony trzeba będzie wydać przesunięte tytuły, poradzić sobie z presją autorów zaplanowanych na ten czas książek i szukać sposobów na dostosowanie się do „nowej rzeczywistości” rynkowej. To może wielu przerosnąć, ale jak mówi Michał Nalewski: – Jeśli świat nie zamknie się ponownie jesienią, rynek wydawniczy i potrzeby czytelników bardzo szybko wrócą na stare tory.

Podobnego zdania są ci, którzy dostarczają wydawcom i czytelnikom pożywki. Ale w ich trzeźwej ocenie dużo silniej niż u wydawców pobrzmiewa gorycz. Jeśli idzie o rynek literacki, to „przyzwyczajeni do biedy, jesteśmy biedni i będziemy tylko biedniejsi”, zdają się mówić pisarze i pisarki. Z polskimi szarakami zgadza się nawet niekwestionowany europejski celebryta, sam Michel Houellebecq, mówiąc we francuskim publicznym radiu, że „będzie tak samo, tylko trochę gorzej”.

Podobnego zdania są twórcy, gdy zapytać ich o procesy społeczne, mechanizmy rynkowe, politykę, ludzkie odruchy i zachowania. W większości dość krytycznie odnoszą się do trwałości zmian po ustaniu pandemii, do „przeorania” naszych nawyków, trwałości postanowień, zdolności do reform. Historia kibicuje ich sceptycyzmowi. Defoe cztery wieki temu pisał o mieszkańcach Londynu, że „obiecywali mieć na przyszłość więcej miłosierdzia dla bliźnich i nie czynić sobie nawzajem wyrzutów (…) każdy, kto ich widział wtedy, pomyślałby, że spotkają się ze sobą wreszcie w zupełnie innym duchu. Ale, jak powiedziałem, to się okazało niemożliwe”.