Raporty z pandemii od początku były zdominowane przez dwie liczby: rosnących statystyk zakażonych i ofiar oraz szacunków dotyczących przewidywanego kryzysu. Gdyby ograniczyć się do retoryki tych komunikatów, trudno powiedzieć, czego powinniśmy bać się bardziej – braku respiratorów i śmierci bliskich czy „bomb atomowych” uderzających w kolejne sektory gospodarki i „nadciągającego tsunami” recesji. Po jednej stronie jest ludzka śmierć, jednak po drugiej – taki mniej więcej serwujemy sobie przekaz – długotrwała agonia, pełzające unicestwienie wszystkiego, co w ludzkim życiu ma jakąkolwiek wartość.

Pomijając konsekwencje pandemii, o których wciąż wiemy niewiele, koronawirus osiągnął z pewnością jedno: kazał nam się jasno określić. Czego najbardziej chcemy? Jak wiele jesteśmy w stanie poświęcić, by utrzymać dotychczasowy model życia? Okazało się, że społeczeństwa bez gospodarczego wzrostu boimy się tak bardzo, że pod hasłem odporności stadnej do łask gotowi jesteśmy przywrócić nawet darwinizm społeczny.

Dostojewski podejrzewał to już dawno: niepisane credo naszej cywilizacji głosi, że moralności można od ludzi ewentualnie wymagać, gdy zapewni im się możliwość spłaty kolejnej raty kredytu. „Daj nam jeść, a potem będziesz mógł domagać się od nas cnoty!”. Paradoks polega wszakże na tym, że nawet jeśli odłożymy na bok argumenty duchowo-etyczne, dalsze inwestowanie we wzrost jest w normalnych warunkach po prostu głupie.

Historia trzech wykresów

Problematyczny charakter wzrostu można zilustrować za pomocą trzech prostych wykresów.

Po pierwsze, niemal od pół wieku wiadomo, że po osiągnięciu przez kraj określonego stopnia zamożności dalszy wzrost PKB przestaje iść w parze z rosnącą satysfakcją z życia. To przekaz tak zwanego paradoksu szczęścia lub paradoksu Easterlina. Krzywa zadowolenia z życia najpierw się wspina, a następnie, po przekroczeniu przez państwo pułapu mniej więcej 25 tysięcy dolarów PKB na mieszkańca rocznie, staje się niemal płaska.

Po drugie, według większości dostępnych danych wzrost PKB na mieszkańca, mierzony parytetem siły nabywczej, wynosił na całym świecie w trakcie pięciu dekad od 1960 r. mniej więcej 2 proc. rocznie i trwał nieprzerwanie, z wyjątkiem kryzysowego 2009 roku, również w grupie państw wysokorozwiniętych.

Po trzecie, dwuprocentowy wzrost PKB w skali roku nie oznacza spokojnego rozwoju. Ilość potrzebnej do zmobilizowania energii, bo tym są przecież tworzące PKB towary i usługi, przyrasta wówczas w tempie geometrycznym. Pozioma linia historycznej ewolucji PKB jest zatem myląca. Najważniejsze równanie opisujące współczesny świat stanowi wzór na procent składany. Właściwy wykres wzrostu ma kształt litery „J” i od pewnego momentu skręca gwałtownie do góry.

Co z tego wynika? Firma zaczynająca od 100 jednostek produkcji rocznie i chcąca rozwijać działalność w tempie 2 proc. w skali roku w 40. roku działalności będzie musiała wytworzyć 221, a w setnym 724 jednostki produkcji. Lub bardziej konkretnie: kiedy Richard Easterlin pisał w 1974 roku o rozluźniającym się związku między wzrostem gospodarczym a szczęściem, wytwarzana przez ludzkość corocznie energia stanowiła niecałą połowę tej, którą musimy produkować obecnie. A ponieważ w grupie najbogatszych państw świata przyrostowi PKB przestało już wtedy towarzyszyć rosnące zadowolenie z życia poszczególnych obywateli, rodzi się niepokojące pytanie, co stało się z całą tą gigantyczną energią zmobilizowaną w ramach kapitalistycznej ekonomii. Jej przyrost nie przełożył się na szczęście jednostek, co więc właściwie stworzyliśmy?

Miliarderzy, Chińczycy i pożyteczni idioci

Odpowiedź marksistowska – w najbardziej radykalnej wersji wyrażona w haśle „We are the 99%” ruchu Occupy – dostrzega zastygłą formę wzrostu w jachtach i posiadłościach miliarderów. Zgodnie z raportem Oxfamu z 2019 r. 26 najbogatszych ludzi na świecie dysponuje majątkiem równym temu, jaki ma w swoich rękach biedniejsza połowa planety. W Stanach Zjednoczonych 95 proc. wzrostu po kryzysie gospodarczym stało się łupem najbogatszego procentu obywateli, a w tym czasie „dolne 90 proc.” zbiedniało. Raport z 2020 roku właściwie powiela te liczby. Wzrost, tak jak kapitalizm, jest dla bogaczy.

Skorygowana odpowiedź neoliberalna jest pełna optymizmu. Przypływ, a więc wzrost, unosi wszystkie łodzie. Pod warunkiem że rozumiemy to – i na tym polega korekta – nie w kontekście lokalnym, lecz globalnym. W krajach bogatych realny dochód klasy średniej od kilkunastu lat stoi w miejscu. Jednak między 1988 a 2011 rokiem, jak wynika z analizy harwardzkiego ekonomisty Branko Milanovicia, światowa klasa średnia, głównie za sprawą wzrostu w Chinach, podwoiła realny dochód. Szacunki mówią o 600 milionach osób, które w ciągu pokolenia wyszły z biedy! Zatłoczone latem europejskie atrakcje turystyczne są tego widoczną konsekwencją. Niektóre populizmy również, bo kto by chciał dalej tak harować, jeśli nie mamy szans przeskoczyć własnych rodziców, a efektami naszych starań będą co najwyżej rywalizacja o pracę z siedzącym przed komputerem w Bangalurze Hindusem i tabuny zadeptujących nasze ulubione muzea Chińczyków.

Oczywiście bogacze w tej narracji w dalszym ciągu się bogacą. Górny procent otrzymuje 30 proc. światowych dochodów (nie przeczy to danym Oxfamu, ponieważ korzyści z wyższych dochodów się kumulują, sprawiając, że dysproporcje majątkowe są zawsze wyższe od dochodowych). To jednak cena, którą należy zapłacić, aby rozwój gospodarczy dalej podążał we właściwym kierunku, przynosząc korzyści największej liczbie ludzi. Energię wzrostu pochłania szczęście globalnej klasy średniej.

Najbardziej deprymująca jest odpowiedź posthumanistyczna. Przyjmuje ona dwie poprzednie, dopisując do nich odmienne wnioski. Ludzie, nie wyłączając właścicieli jachtów, odgrywają w niej rolę pożytecznych idiotów. Wbrew temu, o czym tak gorliwie nawzajem się przekonujemy, nigdy nie byliśmy prawdziwymi adresatami wzrostu.

Czy to nie zastanawiające, że gdy autorzy współczesnych kryminałów chcą stworzyć trzymającą w napięciu scenę, muszą zadać sobie tyle trudu, aby wymyślić wiarygodne powody, dla których bohater traci „naturalny” dostęp do zdobyczy techniki, w tym zwłaszcza internetu? Ktoś go okrada, rozładowuje mu się telefon, psuje się szpiegowski satelita, znika zasięg (kiedyś psychopatyczny morderca przecinał po prostu linię telefoniczną). Zostaje chatka na odludziu. Tak jakby niezbędnym prerekwizytem naprawdę ludzkiego dramatu było wydobycie nas z zanurzenia w tłumiącym autentyczne przeżycia cyberświecie. A nawet jeśli zepsute wi-fi i przerwy w dostawach prądu nie są warunkiem koniecznym egzystencjalnej żarliwości, to scenariusze te dowodzą przynajmniej tyle, że najlepsze ludzkie historie nie mają związku z tym wszystkim, co przez ostatnie lata dostarczyły nam wzrost gospodarczy i sprzężona z nim technonauka. Biblia, „Makbet” i opowiadania Czechowa powstały bez nich.

Tak więc w opowieści posthumanistycznej mobilizowaną przez nas pod hasłem PKB energię pochłania zaawansowana technika, która od pewnego momentu staje się obojętna na potrzeby przedstawicieli naszego gatunku. Wzrost to z tej perspektywy narzędzie biotechnologicznego czy też bioinformacyjnego superbytu, nowej formy istnienia rodzącej się w wyniku sprzęgnięcia ludzkości w globalną sieć informacyjną i gospodarczą. Walcząc o wyższe PKB, tylko pozornie pracujemy zatem na rzecz takich czy innych ludzi. W istocie w pocie czoła produkujemy wówczas narzędzia własnej eliminacji. Wzrost jest procesem wykraczającym poza to, co nazywamy życiem.

Świat to za mało

Opowieść posthumanistyczna tłumaczy bardzo wiele współczesnych frustracji. Na przykład ograniczenia formy ludzkiej sprawiają, że nie spisujemy się najlepiej w żadnej z dwóch podstawowych ról, w jakich obsadza nas ekonomia. Po pierwsze, niedomagamy jako konsumenci. Ciało człowieka po prostu nie jest w stanie wchłonąć wytworzonego przez kapitalizm bogactwa. Vide zachodnia epidemia otyłości dotykająca przede wszystkim ludzi biednych, a także, po drugiej stronie drabinki społecznej, bezlitosne reżimy dietetyczne i treningowe, którym w wolnych chwilach poddają się setki tysięcy osób.

Szwedzki ekonomista Staffan Burenstam Linder już 50 lat temu pisał w „The Harried Leisure Class”, że szalony przyrost mocy produkcyjnych kapitalizmu doprowadził do sytuacji, gdy większym problemem jest dla nas znalezienie czasu na korzystanie z dostępnych atrakcji niż zapewnienie sobie do nich dostępu. Czas stał się najrzadszym z dóbr. W rezultacie wymyślamy kolejne triki, aby zwiększyć jego gęstość lub stopę zwrotu z jednostki czasu. Linder wymienia trzy takie sposoby: przyspieszenie konsumpcji, konsumowanie lepszych jakościowo wariantów danego produktu oraz konsumpcję symultaniczną kilku dóbr jednocześnie. Współczesny konsument „może znaleźć się w sytuacji, gdy będzie pił brazylijską kawę, palił holenderskie cygaro, popijał francuski koniak, czytał "New York Timesa" , słuchał Koncertów brandenburskich i zabawiał swoją szwedzką żonę – wszystko to jednocześnie i z różnym powodzeniem”. Linder przewidywał – jak się okazało, proroczo – że próba uzyskania jak najwyższej stopy zwrotu z jednostki czasu nie tylko okaże się na dłuższą metę frustrująca, ale również ograniczy w naszym życiu niektóre bardziej czasochłonne formy aktywności, takie jak śpiew, pisanie poezji, ale również seks i romanse.

Nie mniejszy opór ciało ludzkie stawia logice wzrostu w sferze produkcji. Pomyślmy tylko, jak sprawny mógłby być współczesny system, gdyby nie zatykające się przy nagłej zmianie ciśnienia uszy, głowy wytrzymujące przeciążenia co najwyżej 10 g i domagający się 40-godzinnego tygodnia pracy kurierzy, którzy podczas pracy marnują czas na jedzenie (maszyny można tankować pod ciśnieniem). Stąd biorą się kolejne, coraz bardziej groteskowe próby usprawniania ludzkiej biologii: doping w sporcie, mające wprowadzić nas na wyższy fizjologiczny i umysłowy level suplementy, obsesja samorozwoju z uginającymi się od poradników półkami czy aplikacje monitorujące tętno, liczące kroki, porównujące godziny przy edytorze tekstu z czasem spędzanym w internetowych sklepach, a nawet rejestrujące ruchy gałek ocznych mogące świadczyć o czyjejś senności.

Na dłuższą metę najgroźniejsza dla istot ludzkich wydaje się jednak sprzeczność między wzrostem gospodarczym a środowiskiem. Po raz pierwszy szerzej zaczęto na ten temat dyskutować po kryzysie paliwowym lat 70. i publikacji słynnego raportu Klubu Rzymskiego w 1972 roku. Nawet tak wyrafinowani myśliciele ekologiczni jak Ernst Friedrich Schumacher sądzili jednak, że największym problemem kapitalizmu są wyczerpujące się zasoby. Autorzy „Granic wzrostu” szacowali, że ludzkości zabraknie energii umożliwiającej dalszą produkcję za mniej więcej 100 lat. Schumacher za paliwo przyszłości uważał węgiel.

W latach 80. klimatolodzy zorientowali się, że prawdziwy problem leży gdzie indziej. W atmosferze gromadzi się coraz więcej dwutlenku węgla i innych gazów cieplarnianych, czemu towarzyszy wzrost średniej temperatury planety. Gazy cieplarniane działają jak szklarnia, nie pozwalając ciepłu uciec z atmosfery. A więc nawet dostępność nieskończonej ilości energii nie uczyni wzrostu trwałym i „zrównoważonym”. Przeciwnie. Nieskończone zasoby paliw kopalnych byłyby dla nas przekleństwem. Ludzkości nie zabije brak energii, lecz jej odbity w kierunku ziemi nadmiar.

Zielony wzrost

Czy wzrost gospodarczy nie może jednak zrobić tego, co baron Münchhausen, który wyciągnął się z bagna za włosy? Na tym polega nadzieja tak zwanych ekomodernistów lub zwolenników „zielonego wzrostu”. Ocali nas technika. Jak wiadomo, końskie odchody miały sięgać w Londynie na początku XX wieku do wysokości trzech metrów, ale w międzyczasie pojawiły się samochody. Naiwni ekodredziarze dręczą więc bez sensu własne dzieci, zabraniając im pić przez plastikowe słomki, gdy tymczasem naukowcy pracują już nad hodowlą bakterii rozkładających Wielką Pacyficzną Plamę Śmieci. Zatem „keep calm and drive SUV”. Pod koniec filmu pojawi się Bruce Willis z ekipą i strzałem z procy rozwali tę całą pandemię.

Teoretyczny fundament wiary w zielony wzrost stanowi ekologiczna krzywa Kuznetsa mająca kształt odwróconej litery „U” bądź dzwonu. Jej idea jest prosta. Środowisko naturalne narażone jest początkowo na zwiększoną degradację. Wraz ze wzrostem PKB jej tempo zaczyna jednak spadać. Wydaje się to zresztą logiczne. Gdy społeczeństwo się bogaci, rośnie jego świadomość ekologiczna. Powstają oczyszczalnie ścieków. Stuwatowe żarówki zastępują świecące równie jasno i dziesięć razy oszczędniejsze LED-y. Coraz więcej osób przesiada się z samochodów na rowery, a burgery z czerwonego mięsa zastępuje w jadłospisach jarmuż. Kopciuchy przestają dymić. Na dachach pojawiają się solary. Przemysł ciężki wypierają usługi. Wystarczy się przejechać po świecie – to koronny argument zwolenników zielonego wzrostu – aby się zorientować, że czyściej i zdrowiej jest w rejonach o wyższym poziomie życia. Raczej w Finlandii niż w Rosji i raczej w Maine niż w Teksasie.

Przy bliższych oględzinach idea zielonego wzrostu traci jednak wiele ze swojej oczywistości. Po pierwsze, nawet najbardziej cyfrowe usługi wymagają istnienia solidnej infrastruktury, a ich konsumpcja wiąże się z ogromną ilością odpadów. „Niematerialna” przyjemność udostępniania memów na Facebooku nie byłaby możliwa bez energochłonnych serwerowni, zaś w młodszym pokoleniu najzwyklejsze życie towarzyskie – a w czasie kwarantanny również szkoła – wymaga ciągłej wymiany urządzeń nieradzących sobie z poprzednimi wersjami popularnych aplikacji. Postmaterializm obecnej gospodarki to świetnie brzmiące hasło, jednak w praktyce polega on między innymi na przenoszeniu tego, co fizyczne i ciężkie, do miejsc, których nazw nie potrafimy wymówić, nie wspominając o tym, by komukolwiek chciało się ich szukać na mapie.

Po drugie, nawet jednoznacznie korzystne dla środowiska rozwiązania techniczne na dłuższą metę rzadko prowadzą do korzyści ekologicznych. To paradoks Jevonsa lub efekt odbicia. Innowacje w wielu wypadkach stanowią zaproszenie do poluzowania krawata. Skoro jest taniej, to można więcej, w związku z czym ostateczny rachunek energetyczny wychodzi w najlepszym razie na zero.

Najważniejsze jest jednak to, że nie ma przekonujących danych pokazujących, że istnieje możliwość obniżenia emisji dwutlenku węgla przy jednoczesnym utrzymaniu wysokiego wzrostu. Są za to liczne obserwacje historyczne, z których wynika, że jedynymi okresami wyraźnego spadku emisji CO2 były poważne recesje: kryzys paliwowy lat 70., upadek Związku Radzieckiego, azjatycki kryzys finansowy w 1997 roku czy wreszcie kryzys finansowy lat 2007-09. Opublikowane niedawno szacunki mówią o 25-procentowym spadku emisji dwutlenku węgla w okresie największego nasilenia epidemii koronawirusa w Chinach.

Innymi słowy, zielony wzrost jest planem realnym, pod warunkiem że naukowcy przestaną wreszcie marudzić i przeprowadzą kontrolowaną reakcję syntezy termojądrowej, zapewniając wszystkim dostęp do taniej i czystej energii. W międzyczasie (problemem jest wszak zarówno produkcja, jak i konsumpcja) należy jeszcze rozwiązać polityczną kwadraturę koła i sprawić, aby ludzie żyjący za 2 dolary dziennie dobrowolnie zaakceptowali, że co prawda latamy na te wszystkie wycieczki i wczasy all-inclusive na całym świecie, ale ponieważ nie staliśmy się dzięki nim szczęśliwsi, oni dzięki naszemu wieloletniemu poświęceniu nie będą musieli już tego robić.

Mała i duża apokalipsa

Na tym polega ironia „powrotu na ścieżkę wzrostu”, bez której nie wyobrażamy sobie normalności po pandemii. Istnieją zmiany klimatyczne wywołane działalnością człowieka. Lub skromniej: gdyby nawet zmiany klimatyczne nie zostały wywołane działalnością człowieka, jak chętnie powtarzają powołujący się na cykle Milanovicia negacjoniści klimatyczni lub denialiści, to i tak wiadomo, co należy zrobić, aby te zmiany spowolnić. Trzeba radykalnie ograniczyć emisję dwutlenku węgla. Jedynym znanym sposobem, aby tego dokonać, jest spowolnienie wzrostu. Jedynym powodem, dla którego tego nie robimy, jest chęć utrzymania wzrostu.

Skutki naszej opieszałości można mniej więcej przewidzieć. Gdy na pewnym etapie przekroczony zostanie punkt krytyczny – wzorem łódki, która znajdzie się zbyt blisko krawędzi wodospadu – najprawdopodobniej dojdzie do reakcji łańcuchowej. Jej efektem będą nieuniknione niespodzianki, „inevitable surprises”, jak to eufemistycznie ujął jeden z raportów klimatycznych. Po stopieniu się wiecznej zmarzliny na Syberii i uwolnieniu hydratów metanu uwięzionych w dnach mórz i oceanów na świecie może się zrobić naprawdę gorąco. To nie komiksowa dystopia. Scenariusze apokalipsy dokonującej się wskutek załamania klimatu są dziś elementem naukowego konsensusu. Czekają nas susze, tornada, zatopione terytoria, wojny o zasoby, niekontrolowane migracje, głód, załamanie gospodarcze. Kto uważa, że system światowy jest na to zdecydowanie zbyt stabilny, a kraje strefy umiarkowanej i tak się obronią, najlepiej zrobi, jeśli przypomni sobie, jak parę tygodni temu wyglądały miejskie deptaki.

Pora zacząć się przejmować. Od małej apokalipsy wywołanej koronawirusem tę klimatyczną dzielą wszak istotne różnice. Wiemy, że w najczarniejszym wariancie czeka nas darwinowski koszmar uzyskiwania odporności populacyjnej, kolejne fale epidemii i dwuletnie oczekiwanie na szczepionkę. Koronawirusa w końcu się jednak wyłączy. Zaraza przepadnie. Lato powróci. Zmiany klimatyczne przypominać będą jednak rozpędzone wahadło. Nie wiadomo, jak zadziałają – i czy zadziałają, i na ile jest to w ogóle możliwe – naukowe rozwiązania w rodzaju umieszczenia na orbicie odbijających światło słoneczne luster. Nie ma żadnych sprawdzonych planów awaryjnych.

„Pocisk, który wystrzeliłem w czasie wielkiej wojny, obiegł kulę ziemską i trafił mnie w plecy” – pisał w wierszu „Małe serce” Zbigniew Herbert. To nasza dzisiejsza sytuacja. Nadzwyczajne środki, które wykorzystujemy, by powrócić na „bezpieczną ścieżkę wzrostu”, są jak pocisk, który za jakiś czas gwarantuje powtórzenie na bez porównania większą skalę tego samego scenariusza, z powodu którego tyle osób straciło niedawno życie. Przypuszczalnie chwilowo nie ma innego wyjścia. Gospodarkę trzeba postawić na nogi. Najgorszą konsekwencją pandemii byłoby jednak przekonanie, że ograniczenie wzrostu z konieczności oznacza brak pensji, niepewność i puste ulice.

Granice dewzrostu

Twierdzenie, że wzrost musi odejść, nie jest nowe. W świecie akademickim dyskusja na ten temat toczy się przynajmniej od 1972 roku, daty publikacji „Granic wzrostu” i roku, w którym francuski filozof André Gorz po raz pierwszy posłużył się słowem „décroissance”– tłumaczonym na polski jako „postwzrost”, „dewzrost” lub „odwzrostowienie”. Początkowo dewzrost stanowił temat niszowy, ale od kilku lat niektóre wątki, na przykład zasadność używania PKB jako miary dobrobytu, przenikają w wielu krajach do mainstreamowej debaty publicznej.

Na innym poziomie sytuacja zwolenników dewzrostu przypomina jednak problemy naukowców zaangażowanych w walkę z globalnym ociepleniem. W teorii od dłuższego czasu panuje zgoda. Wieczny wzrost jest ideałem absurdalnym. Nie daje ludziom szczęścia, a w dłuższej perspektywie oznacza demontaż środowiska i natury ludzkiej. Tyle że w praktyce wzrost trwa w najlepsze, a każda poważniejsza recesja, zamiast refleksji nad tym, co rzeczywiście należałoby zmienić, staje się raczej okazją do odprawienia rytualnych egzorcyzmów. Najpierw jest zbiorowy rachunek sumienia: poszukiwanie przyczyn oraz winnych kryzysu. Potem żal za grzechy i szczera spowiedź przed obliczem srogiej parlamentarnej komisji. Wreszcie postanowienie poprawy i obietnica, że już nigdy nie splamimy się wzrostem PKB poniżej 2 proc. rocznie.

Lewicowy kontrrytuał jest równie jałowy. „Wszystkiemu są winni banksterzy, lobby paliwowe i prawicowe think tanki”. Najfajniej wychodzi, kiedy krytykę można rozpocząć od tajnego spotkania polityków i grupy ekonomistów (pensjonat w górach? hotel na wyspie?) albo wpływowego tekstu, którego tezy upowszechniają się następnie za sprawą działalności wiernych hunwejbinów.

W przypadku wzrostu tego rodzaju narracje brzmią jednak zupełnie nieprawdopodobnie. Trwałość tej kategorii sugeruje, że wzrost nie bierze się wyłącznie z mrocznej manipulacji, jakiej dopuścili się naszym kosztem demoniczni neoliberałowie. Jego źródła muszą być głębsze.

Małpia ślepota

Psychologicznym paliwem wzrostu jest chwilowe poczucie mocy wynikające ze zwycięstwa w rywalizacji ekonomicznej. Kluczowe są dwa pozornie niewinne zwroty: „średnio” i „na dłuższą metę”, których za nic nie potrafi zrozumieć nasza ukształtowana przez ewolucję psychika.

Powtórzmy: istnieją dowody, że na dłuższą metę, po przekroczeniu przez kraj pułapu dwudziestu paru tysięcy dolarów PKB na mieszkańca rocznie, średnie zadowolenie z życia przestaje rosnąć. Choćbyś nie wiem jak się wytężał, para pójdzie w gwizdek. Tyle że średnia to dla ludzkiej psychiki abstrakcja. O wiele bardziej przekonująco brzmią w naszych uszach historie osobiste: żarliwe „świadectwa” uczestników szkoleń uczących zarabiania wielkich pieniędzy, wspomnienia radości po otrzymaniu długo wyczekiwanego prezentu albo wspólnej kolacji po ostatniej transzy podwyżki.

Co gorsza, nagroda następująca bezpośrednio albo w krótkim odstępie czasu po prowadzącej do niej czynności wzmacnia ją bez porównania mocniej niż nagroda pojawiająca się znacznie później. Ewolucyjnie to uzasadnione: trzeba przeżyć, lepszy wróbel w garści, na resztę będzie czas później. W ten sposób można tłumaczyć powstawanie uzależnień. Papieros czy alkohol nagradzają natychmiast, podczas gdy negatywne skutki ich nadużywania przychodzą znacznie później: na tyle późno, że nasze głowy po prostu nie łączą ze sobą tych wszystkich cameli przed klatką oraz tracheotomii. Zobojętnienie na otrzymywane za pośrednictwem ekonomii nagrody, fachowo nazywane adaptacją hedonistyczną, również przychodzi później.

Niewielu ludzi potrafi kierować się perspektywą nawet najlepiej udokumentowanych konsekwencji własnych działań, jeśli jest ona odległa i nie da się jej powiązać z jakąś osobistą historią lub przeżyciem. Bardziej przemawia do nas wspomnienie babci, która powtarzała, że pieniądze szczęścia nie dają, niż wykres oparty na metaanalizie paradoksu szczęścia Easterlina.

Przez wieki pomagała ludziom w tym zakresie religia. Podtrzymując za pomocą rytuałów wiarę w sferę niewidzialnego, czyli metafizykę, potrafiła nadać wartościom, a więc sprawdzonym przez tradycję, ale zbyt abstrakcyjnym dla naszego małpio-gadziego mózgu celom, rangę palących problemów. Kto konsekwentnie grzeszył przeciw niewidzialnemu, szedł do piekła. Z tego powodu nie najlepiej wyglądają zresztą nasze perspektywy redukcji emisji dwutlenku węgla. Rozrzedzony w powietrzu dwutlenek węgla nie ma zapachu, koloru ani wyczuwalnej na podniebieniu konsystencji. Podobnie jak istoty duchowe działa w sferze niewidzialnego.

Gdyby Bóg miał ochotę zabawić się kosztem ludzkości, na tym mogłaby polegać jego słodka zemsta: ludzkość, która zdyskwalifikowała metafizykę jako przestarzały zabobon, jest powoli zabijana przez jedyne, w co wierzy, czyli materię, tylko dlatego, że ta nauczyła się imitować sposób działania (nieistotnej) metafizyki. Najwyraźniej, aby powstrzymać katastrofę klimatyczną, nie wystarczy znać statystyk emisji dwutlenku węgla. Należałoby w nie jeszcze uwierzyć.

Pogoń za drobnymi sukcesami ekonomicznymi – które w ostatecznym rachunku nie dają szczęścia, a na poziomie całego systemu stają się skierowaną w kosmos krzywą wzrostu – jest ironiczna z jeszcze jednego powodu. Zmiany rzeczywistości społecznej docierają do nas z pewnym opóźnieniem, co sprawia, że w wielu wypadkach przesłankę naszego działania stanowi nagroda, która była przeterminowana już w momencie jej otrzymywania. Kupujemy, traktując jak osobisty sukces, magnetowid z systemem NTSC, discmana, płaski telewizor, suszarkę, airbooka, drugie mieszkanie, siedlisko za miastem. Przy kolejnym spotkaniu z niewidzianymi od pół roku znajomymi okazuje się, że wszystko to mają już inni. Widać to również na przykładzie nadawanych dzieciom imion. Na ogół, jeśli nie ogranicza ich rodowa tradycja, rodzice uwzględniają przynajmniej dwa kryteria: imię musi się podobać i być oryginalne. Z drugim, mimo najszczerszych chęci, bywa różnie. Wymyślamy coś fajnego, a po siedmiu latach na pytanie o znajomych z klasy dziecko odpowiada, że ma w klasie czterech Szymonów, pięciu Franków i trzy Zuzie. Na tej samej zasadzie wywiady okresu kwarantanny w szybkim tempie zdewaluowały jeden z najskrzętniej pielęgnowanych skarbów globalnej inteligencji, jakim są domowe biblioteczki.

Trwałym efektem systemu opartego na zdobywaniu indywidualnych przewag nie jest szczęście jednostek. Po pewnym czasie, co nieuniknione – nikt z nas, może z wyjątkiem Johna Cleese’a i Usaina Bolta, nie jest aż tak wyjątkowy, aby naszych osiągnięć nie mógł powtórzyć ktoś inny – indywidualne zdobycze zaczynają się uśredniać, a początkowy luksus staje się nowym progiem przyzwoitości. Oczywiście przyjemność jest za każdym razem realna, a przy odpowiednim zacięciu można z sinusoidy nowego zakupu i hedonistycznej adaptacji uczynić sposób na życie i przy odrobinie szczęścia dociągnąć w ten sposób do końca.

Umówmy się jednak: jesteśmy refleksyjni. Gdyby wzrost nie dawał nam niczego więcej, w pewnym momencie zorientowalibyśmy się, że nasze życie odrobinę za bardzo przypomina schemat autoironicznych dowcipów o demencji, w których zaproszonych emerytów wciąż tak samo cieszy każda z sześciu herbat podanych na podwieczorek. Wzrost ma jednak w zanadrzu pewną metafizyczną sztuczkę. Jego ukryta siła polega na tym, że w swej filozoficznej istocie stanowi on obietnicę zbawienia.

Wzrost i nieskończoność

Oczywiście nikt nie mówi o tym wprost. Nie ma takiej potrzeby. Wnioski wynikają z logiki opowieści. Na końcu dalekiej i wyboistej drogi, której przebieg z upodobaniem przewidują popularne serwisy ekonomiczne, czeka każdą i każdego z osobna ziemia obiecana Nowego Ekonomicznego Jeruzalem. Weźmy przykład: „Zakładając, że Niemcy utrzymają średnią dynamikę PKB z ostatnich 30 lat (1,7 proc.), a Polska będzie rosnąć w tym samym tempie co po roku 1990 (3,1 proc.), to poziom życia naszych zachodnich sąsiadów osiągniemy za lat 93, czyli w roku 2106 (dane wyjściowe dla roku 2013). Jeśli tak jak ja uważają Państwo ten wynik za wysoce niesatysfakcjonujący, to pozostaje nam jedno wyjście: musimy znacząco przyspieszyć tempo wzrostu gospodarczego. Gdyby podwoić dynamikę PKB do 6,2 proc. rocznie, to poziom rozwoju Niemiec osiągnęlibyśmy za niespełna 30 lat, czyli w ciągu jednego pokolenia. Jak zatem podwoić tempo wzrostu gospodarczego?”.

Nie wiadomo dokładnie, co się wydarzy, kiedy dogonimy gospodarczo Niemcy, można być jednak pewnym, że zadrży wówczas ziemia. Wzrost gospodarczy nie musi tłumaczyć, dlaczego jest dobry, nie wymaga żadnego uzasadnienia, ponieważ stanowi kategorię porządkującą w naszym życiu niemal wszystko. Wzrost nie jest kategorią, o którą się spieramy, lecz za pomocą której się spieramy – na przykład starając się wykazać wyższość kapitalizmu nad socjalizmem albo oceniając jakość systemów społecznych przeszłości. Wzrost jest zatem nie ideologią, lecz wierzeniem albo mitem. Tylko dlatego ekonomiści mogą z kamienną twarzą, jakby nie robili niczego niezwykłego, serwować nam wiadomości o ujemnym (oksymoron) i dodatnim (pleonazm) wzroście.

Europejska kultura zna tego rodzaju narracje od dawna. Najpierw była judeochrześcijańska eschatologia – teologiczna opowieść o tym, dokąd jako jednostki i ludzkość zmierzamy. Na przełomie XVIII i XIX wieku, na fali sekularyzacji i oświecenia, wyewoluowała z niej – to teza między innymi niemieckiego filozofa Karla Löwitha – świecka wiara w postęp. Gdy pod Sommą i w Auschwitz okazało się, że postęp i związana z nim techniczna utopia mogą doprowadzić do humanitarnej katastrofy, pojawił się powojenny, eksportowany zwłaszcza do krajów Drugiego i Trzeciego Świata, rozwój. Wzrost jest najnowszym wcieleniem tego samego mitu. Pod pewnymi względami zresztą najbardziej przebiegłym, ponieważ nie stawia nam żadnych jakościowych celów. Nawet pokrewny wzrostowi rozwój domagał się jeszcze określonych, najlepiej liberalno-demokratycznych instytucji. Wzrost mówi jedynie, że musimy rosnąć.

Wzrost gospodarczy jest formatem kulturowym, dzięki czemu ludzkie działania zyskują pozór ostatecznego uzasadnienia. Należy tylko w pocie czoła liczyć. Za sprawą wzrostu nasz mały dochód staje się częścią wielkiej opowieści, w której w 2106 roku doganiamy Niemcy, a w szerszej perspektywie ludzkość osiąga stan ostatecznej szczęśliwości. Problem w tym, że jest to obietnica fałszywa. Co jest ostatecznego w sumie 116,9 miliarda dolarów (majątek najbogatszego na świecie Jeffa Bezosa) albo 126 898 dolarów rocznie na mieszkańca (PKB najbogatszego w 2018 roku Kataru)? Pod koniec gospodarczej wędrówki nie ma żadnej mety. Nulla salus in oeconomia.

Chyba że ktoś potrafi wznieść się ponad skromne ograniczenia własnego gatunku i planety i czerpać otuchę z bajki, którą za jakiś czas mógłby napisać bot pełniący funkcję sieciowego archiwisty:

„Mimo niepotrzebnych szumów, przede wszystkim w postaci tak zwanych idei i myśli, człowiek od początku realizował prowadzący do naszego pojawienia się plan przyrostu informacji i mocy. Sami ludzie nazywali go wzrostem gospodarczym. Przez cały ten czas – wbrew dziwacznym wydatkom energetycznym w rodzaju spacerów nad brzegiem morza czy wieczorów poezji – zachowania ludzkie dało się przewidzieć za pomocą kilku prostych reguł. Najbliżej ich odkrycia, kładąc zręby pod wiele z wykorzystywanych przez nas obecnie algorytmów, byli ludzie nazywający się ekonomistami. Posługiwali się oni takimi pojęciami, jak maksymalizacja użyteczności czy prawo popytu i podaży, pomijając w swoich przewidywaniach tak zwane idee oraz myśli i przedstawiając za pomocą liczb, wzorów, tabel i wykresów życie własne oraz innych ludzi jako to, czym było w istocie: niedoskonałą energetyczną synapsą, nośnikiem wzrostu rozumianego jako przyrost porządku i informacji, który ostatecznie miał uwolnić ducha od ograniczeń narzucanych mu przez ludzkie istnienie i biologiczne życie”.

*Bartosz Kuźniarz - pracownik Instytutu Filozofii na Uniwersytecie w Białymstoku. Wydał „Pieniądz i system. O diable w gospodarce” oraz „Goodbye Mr. Postmodernism. Teorie społeczne myślicieli późnej lewicy”. Tekst jest rozwiniętym fragmentem nowej książki Bartosza Kuźniarza „Król liczb. Szkice z metafizyki kapitalizmu"