Szarobeżowe domy w Lagosie, największym mieście Nigerii, spowite są mieszaniną spalin z wielogodzinnych korków i mgły znad oceanu. Krwistoczerwona twierdza, która się nagle wyłania, robi piorunujące wrażenie. Wokół niej rozpadają się chatki, dalej wielki plac – krzyżówka parkingu z targowiskiem, a nad wyjściem kolorowy napis po angielsku i po chińsku: „Niech żyje długowieczna przyjaźń nigeryjsko-chińska”.

Witamy w nigeryjskim China Town.

To nie jest zwykła chińska dzielnica. Jesteśmy w centrum operacyjnym dla handlu zagranicznego opanowanym przez Chińczyków.

– Ile za tę tkaninę? 1,5 tys. nair. Nie mam nair, ale mam dolary. To będzie cztery?

Amanda, nigeryjska sprzedawczyni, przyklepała transakcję i bierze banknoty, gdy pojawia się jej chiński szef.

– Żadnych dolarów. Tylko nairy.

Kiedy tłumaczę, że nie mam lokalnej waluty, mężczyzna wyciąga smartfona i proponuje WeChat – aplikację, która w Państwie Środka jest właściwie oficjalnym kanałem komunikacji i płatności bezgotówkowych.

Od upadku do milionera

Nad Guo Ping Sun i jego prawą ręką Nigeryjczykiem Juliusem Salomonem wiszą portrety lidera chińskiej partii komunistycznej Xi Jinpinga oraz Muhammadu Buhariego, prezydenta Nigerii. Dookoła rozstawione są nigeryjskie i chińskie flagi.

Sun mieszka i robi interesy w Nigerii od przeszło 30 lat, ale z angielskim wciąż sobie nie radzi. Potrzebuje więc Salomona.

Sun urodził się w prowincji Zhejiang, na południe od Szanghaju. W latach 70., po studiach, został przez Partię Komunistyczną skierowany do pracy jako dyrektor średniego szczebla w fabryce. Ale nosiło go, chciał czegoś więcej. W latach 80. wybrał się do Nigerii i postanowił tu zostać. Dziś jest dyrektorem Centrum Chińskiego Handlu Zagranicznego w Lagosie. Właśnie taką nazwę oficjalnie nosi tutejsze China Town.

Sun: – Nigeria jest jak Chiny. Ma dużo ludzi i ambicje, by pracować i budować.

Zapewnia, że kiedy pierwszy raz przyjechał do Afryki, nie dostał żadnej pomocy od ojczyzny. Nikt mu nie dał pieniędzy na inwestycję, wszystko zebrał sam, ale nawet z pomocą tłumacza nie potrafi wyjaśnić, jak i skąd. Nie potrafi wytłumaczyć też, jak się podniósł po upadku swojego pierwszego na Czarnym Lądzie biznesu, czyli zakładów produkujących sól. Ani jak potem rozwinął handel z Chinami, jak dorobił się kilkuset sklepów handlujących z Chinami wszystkim: od torebek po narzędzia. Ani jak w 2004 r. wybudował China Town. W uznaniu zasług Suna rząd Nigerii przyznał mu tytuł „chińskiego wodza plemiennego”.

W głośnej książce „The Next Factory of the World: How Chinese Investment Is Reshaping” (Następna fabryka świata: jak chińskie inwestycje zmieniają Afrykę) Irene Yuan Sun, amerykańska konsultantka firmy doradczej McKinsey, opisuje równie słodką wizję współpracy. Dzięki swoim korzeniom dotarła do kilkunastu chińskich przedsiębiorców w Afryce i z zachwytem opisała, jak zaszczepiają swoją kulturę przedsiębiorczości w Nigerii, Kenii, Etiopii i Lesoto. Irene Yuan Sun uważa, że zachodnia ścieżka rozwoju w Afryce się nie sprawdza w przeciwieństwie do industrializacji według chińskiego przepisu.

Zawiera się ona w historii rodziny Toung, która uruchomiła w Nigerii fabryki supertanich klapek. Po dolara za parę, taniej niż w Chinach. W ciągu roku te fabryki są w stanie wyprodukować klapki dla wszystkich Nigeryjczyków. Firma opanowała 99 proc. rynku nigeryjskiego i państw ościennych, ale cen nie podniosła. A to zapobiegło powstaniu nielegalnej dla firmy konkurencji.

Neokolonializm

Spragniona inwestycji Afryka z jej szybko rosnącą ludnością dostaje zastrzyk kapitału. Europa i USA oddychają z ulgą. A Chiny mogą tutaj inwestować i eksperymentować bez skrępowania.

Dla Angoli eksport ropy do Chin jest głównym źródłem utrzymania. Kenia ożyła dzięki miliardom z Pekinu zasilającym jej infrastrukturę. W zambijskiej Lusace Chińczycy budują lotniska, drogi, fabryki, posterunki policji i na potęgę pożyczają państwu pieniądze.

Ponad dwa lata temu w Pekinie rozpoczął się szczyt chińsko-afrykański, na który przybyło ponad 40 przywódców afrykańskich. Przywitały ich żywopłoty przycięte na kształt afrykańskich zwierząt i dobra wieść od Xi Jinpinga: na Afrykę czeka zawrotna suma 60 mld dol. pomocy i pożyczek. To tyle samo, ile Chiny zadeklarowały na poprzednim szczycie w 2014 r. Równolegle w Afryce inwestują chińskie firmy. Jeszcze 15 lat temu wartość inwestycji była bliska zera, w 2019 r. przekroczyła 72 mld dol., czyli niemal tyle, ile łącznie zainwestowały USA, Wielka Brytania i Francja. Co więcej, dzięki chińskiemu kapitałowi w Afryce powstało blisko 140 tys. miejsc pracy.

Forum współpracy chińsko-afrykańskiej w Pekinie. W centrum chiński przywódca Xi Jingping. Prezydent RPA Cyril Ramaphosa (z lewej) ściska dłoń prezydenta Senegalu Macky'ego Salla, 4 września 2018 r.Forum współpracy chińsko-afrykańskiej w Pekinie. W centrum chiński przywódca Xi Jingping. Prezydent RPA Cyril Ramaphosa (z lewej) ściska dłoń prezydenta Senegalu Macky'ego Salla, 4 września 2018 r. Lintao Zhang / AP

Chińczycy Afrykę po prostu budują: drogi, linie kolejowe, osiedla, światłowody. Są dla kontynentu – z wynikiem ponad 200 mld dol. wymiany handlowej – głównym partnerem handlowym, którym jeszcze w 2013 r. była Unia Europejska.

– „ChinAfrica”. To powszechne dziś określenie na to, jak Chiny zdominowały te rynki i jak je od siebie uzależniły – tłumaczy dr Michał Bogusz, ekspert stosunków międzynarodowych w Ośrodku Studiów Wschodnich i autor bloga „Za Wielkim Murem”. – Oczywiście niegdyś funkcjonowała podobna zbitka – „Francesinha”, odnosząca się do francuskich kolonii. Tyle że tym razem mamy do czynienia z praktycznie całym kontynentem, i to bez bezpośredniego politycznego czy wojskowego zaangażowania. Ten neokolonializm ma znacznie łagodniejsze oblicze, przynajmniej na razie. A odkąd Chiny zaczęły eksportować do Afryki także nowe technologie, służące też skuteczniejszej inwigilacji i kontroli obywatelskiej, można się spodziewać poważniejszej ekspansji.

Wojsko za długi

- Lotnisko w Addis Abebie, czyli stolicy Etiopii, robi piorunujące wrażenie. Połowa sklepów chińska, obsługa chińska,, napisy na tablicach i komunikaty z głośników po chińsku. Można odnieść wrażenie, że jest się gdzieś w środku Chin – opowiada Paweł Hansdorfer, dyrektor ds. międzynarodowych inwestycji, specjalizujący się w rynku afrykańskim w Asseco, które jest największym polskim inwestorem w branży IT na rynkach afrykańskich.

Nie wszędzie gorący oddech chińskiego smoka jest odczuwalny w takim stopniu. W Nigerii Chińczyków prawie nie widać, choć eksport z Chin do tego kraju przekroczył 10 mld dol., a państwowy dług zaciągnięty w ChRL już w 2017 r. (ostatnie dostępne dane) wynosił co najmniej 5 mld dol.

– Ilu jest tu Chińczyków? Nie wiemy, brak oficjalnych danych. Ile inwestycji? Nie wiemy, ale co chwila ogłaszane są kolejne. Z jednej strony cieszy, bo inwestycje oznaczają miejsca pracy i infrastrukturę. Ale mamy świadomość braku kontroli nad tym, kto i z czym do nas przybywa – mówi Muda Yusuf, dyrektor generalny Izby Handlu i Przemysłu w Lagosie.

– Nie czujecie się wykorzystywani jako źródło taniej siły roboczej i ogromny rynek do zalania tanimi produktami? – pytam.

– Jesteśmy dużym, prężnym rynkiem. Nic dziwnego, że chcą u nas inwestować. Oczywiście, że warto dbać o korzystne warunki dla Nigerii, ale każdą inwestycję przyjmiemy z otwartymi ramionami – odpiera zarzut Mustafa.

Przyszli mieszkańcy nowego osiedla w Dżibuti trzymają chińską flagę narodową i portret prezydenta Dżibuti Ismaila Omara Guellehasa, projekt jest wspierany finansowo przez chińską firmę China Merchants, 4 lipca 2018 r.Przyszli mieszkańcy nowego osiedla w Dżibuti trzymają chińską flagę narodową i portret prezydenta Dżibuti Ismaila Omara Guellehasa, projekt jest wspierany finansowo przez chińską firmę China Merchants, 4 lipca 2018 r. Fot. Yasuyoshi Chiba / AFP / East News

Nie precyzuje, jakie korzyści dla jego kraju oferują Chiny. Od odpowiedzi na to pytanie uciekają afrykańscy przywódcy i biznesmeni. Tymczasem neokolonializm jest coraz bardziej odczuwalny, a zadłużenie państw afrykańskich wobec Chin rośnie w ekspresowym tempie. Najbardziej drastycznym przykładem jest malutkie wschodnioafrykańskie Dżibuti, które odgrywa kluczową rolę w kontroli bezpieczeństwa transportu morskiego z Azji do Europy przez Morze Czerwone. Dług tego państwa wobec ChRL wynosi ponad trzy czwarte jego całkowitego długu zagranicznego. Chcąc „ułatwić” dłużnikowi spłatę, Chiny otworzyły na terytorium Dżibuti pierwszą zagraniczną bazę marynarki wojennej w 2017 r.

Dług publiczny Zambii zaciągnięty w Chinach wynosi dziś 11 mld dol., ale są podejrzenia, że rząd ukrywa jego prawdziwą wysokość. Zadłużone kraje afrykańskie oddają Chińczykom kontrolę nad swoimi zasobami naturalnymi, strategicznymi przedsiębiorstwami oraz infrastrukturą. Pod koniec 2018 r. John Bolton, ówczesny doradca rządu USA ds. bezpieczeństwa, ostrzegł, że w ramach spłaty zadłużenia Zambia jest blisko przekazania kontroli Pekinowi nad narodową spółką energetyczną Zesco. Zambia zapewniała, że do tego nie dojdzie. Chiny zaczęły więc przejmować publiczną telewizję ZNBC.

W książce Irene Yuan Sun między wierszami można wyczytać, że tanie chińskie klapki są także słabej jakości, że Nigeryjczycy muszą szybko wymieniać je na nowe. Przy okazji zaśmiecają własny kraj, a fabryki nie dają lokalnej społeczności nic oprócz obietnicy nisko płatnej pracy.

To, jak silnie Chiny przywiązały do siebie Afrykę, pokazał wybuch epidemii koronawirusa. Uganda – której jedna czwarta importu pochodzi z Chin – od wielu tygodni cierpi, bo drobni lokalni handlarze nie mają co sprzedawać. Nie ma tkanin, elektroniki czy sprzętów gospodarstwa domowego. Nigeria również wstrzymała handel z Chinami. Cena baryłki nigeryjskiej ropy – w ogromnej mierze kierowanej do Chin – spadła z blisko 70 dol. do 23,24 dol. (5 maja). Już w marcu, kiedy w Lagosie ogłoszono pierwszy przypadek choroby, rząd przyznał, że gospodarka kraju jest bliska załamania.

Eksperyment

Dlaczego uzależnienie Afryki od Chin ma nas w Polsce interesować?

– Tam Chiny eksperymentują, a nasz region jest dla nich niezwykle ważny – uważa dr Bogusz.

Kilka miesięcy temu warszawska ambasada Chin zorganizowała spotkanie ze swoimi dyplomatami. Przekonywano dziennikarzy, że Państwu Środka zależy tylko na robieniu biznesów i nie wtrąca się w lokalne sprawy. Na pytanie, co przyciąga chiński biznes do Polski, jeden z dyplomatów bez mrugnięcia okiem odpowiedział: – Macie tańszych pracowników niż choćby Niemcy.

Podobnie pragmatyczne układy Chiny oferują Afryce. Pomoc finansowa i inwestycje bez ingerencji w sprawy wewnętrzne i bez wymagań przestrzegania praw człowieka czy zwalczania korupcji. – Chińczycy doskonale orientują się w świecie łapówek i posługują się nimi bez skrępowania, w przeciwieństwie do zachodnich biznesów – dodaje dr Bogusz.

Afrykańskim władzom to odpowiada, bo kondycja demokracji na tym kontynencie jest wciąż słaba. Tylko 10 krajów amerykański Freedom House uważa za wolne, przy czym trzy z nich to malutkie wyspy. Natomiast 23 kraje afrykańskie określa jako mniej lub bardziej autorytarne reżimy, a siedem umieścił na liście 12 „najgorszych z najgorszych”.

Łapówki to niejedyna broń. – – Wielokrotnie przy różnych przetargach i postępowaniach naszymi największymi konkurentami są firmy z Indii i Chin. Staramy się składać naprawdę korzystne oferty - pod względem jakości często są stawiane przez klientów za wzór. Firmy chińskie mają jednak wsparcie Bank of China, który dotuje takie inwestycje lub przedstawia bardzo korzystne formy finansowania projektów denominowane w juanach. Kiedy więc dochodzi do porównywania kwestii finansowych, firmy zachodnie, które nie zaproponują atrakcyjnego modelu finansowania, mają znacznie mniejsze szanse na pozyskanie kontraktów – opowiada „Wyborczej” Paweł Hansdorfer.

Według Bogusza Chiny wchodzą do Afryki na trzech poziomach: panafrykańskim, w ramach Unii Afrykańskiej; przez lokalne organizacje, jak np. SACU, czyli Southern African Customs Union, oraz bilateralnie, z poszczególnymi państwami.

– Unia Afrykańska jest Chinom potrzebna jako przeciwwaga w międzynarodowych organizacjach, co widać teraz w WHO, które stało się przychylne Chinom po wybuchu epidemii koronawirusa. Organizacje regionalne pomagają Chińczykom w rozgrywaniu poszczególnych części kontynentu przeciwko sobie o to, która zdobędzie więcej inwestycji. A poszczególne państwa to już źródła złóż naturalnych oraz rynki do eksportu swoich towarów – tłumaczy ekspert.

I dodaje, że Chiny próbują podobnie działać w Europie.

Elity z Chin

– Mają technologię, mają pieniądze, rozumieją nasze potrzeby i działają sprawnie – mówi Prince Adeyinka Amosu, szef narodowego radia nigeryjskiego FRCN. Siedzimy w jego gabinecie, który jest jedynym klimatyzowanym pomieszczeniem w największej rozgłośni w kraju. Cały budynek wygląda tak, jakby od kilkudziesięciu lat nie widział remontu.

Bazar w nigeryjskim Lagos, 13 kwietnia 2020 r. Eksperci obawiają się, że wprowadzanie ostrych ograniczeń w poruszaniu się w celu walki z koronawirusem może w tym kraju doprowadzić do głodu.Bazar w nigeryjskim Lagos, 13 kwietnia 2020 r. Eksperci obawiają się, że wprowadzanie ostrych ograniczeń w poruszaniu się w celu walki z koronawirusem może w tym kraju doprowadzić do głodu. Fot. Sunday Alamba / AP Photo

Amosu długo wypytuje, dlaczego ktoś z Polski jest zainteresowany Nigerią i chińskimi inwestycjami. Ożywia się, gdy słyszy, że Polska też stara się o inwestycje Chin i ma sporą konkurencję w regionie.

– Oni po prostu widzą nasz potencjał. Nie tylko dlatego, że mamy ropę naftową, ale też dlatego, że chcemy się rozwijać, inwestujemy w naukę. Chętnie sami nam w tej nauce pomagają. Ja też studiowałem dziennikarstwo w Pekinie – chwali się dyrektor FRCN.

Kiedy mówię, że Chiny to nie najlepsze miejsce do nauki wolnego dziennikarstwa, słyszę: – Sam się tam uczyłem o chińskiej kulturze, żeby ich lepiej zrozumieć. A my w Nigerii mawiamy, że „Joruba nie ma nad sobą króla”, czyli że nie damy sobą kierować.

Połowa moich rozmówców w Nigerii studiowała w Chinach. Liczba afrykańskich studentów na chińskich uniwersytetach wzrosła z 2 tys. w 2003 r. do ponad 80 tys. w 2018 r. To znacznie więcej niż na uczelniach USA czy Wielkiej Brytanii. A w ubiegłym roku Xi Jinping obiecał kolejnych 50 tys. stypendiów, w większości dla inżynierów i programistów. W przyszłych afrykańskich elitach będzie więc kształtowane odpowiednie nastawienie do chińskich partnerów.

Apki made in China

W świecie nowych technologii Nigeria nie ma dobrej sławy. Na nigeryjski scam wciąż nabierają się kolejne ofiary wpłacające tysiące dolarów na poczet nieistniejących spadków, wygranych czy innych wielkich zastrzyków gotówki do odebrania.

Znacznie większa gotówka płynie do Nigerii dzięki start-upom działającym w branży finansowej.

– Fintechy stanowczo stają się naszą specjalnością – mówi Muda Yusuf z Izby Handlu i Przemysłu w Lagosie.

Pod koniec ubiegłego roku dwie nigeryjskie spółki – OPay i PalmPay – otrzymały z Chin 220 mln dol. Wśród inwestorów był duży chiński producent telefonów Transsion, o którym europejski czytelnik raczej nie słyszał. Ta firma znajduje się w Shenzhen, czyli chińskiej „dolinie krzemowej”, i jest jednym z najszybciej rozwijających się producentów sprzętu telekomunikacyjnego w Chinach. Najbardziej znana jest w Afryce, gdzie sprzedaje swój sprzęt już od przeszło dekady. W 2008 r. uruchomiła swoją pierwszą spółkę zależną w Nigerii, a dziś ma ich siedem na całym kontynencie. Od 2017 r. jest tam największym producentem smartfonów. W inwestycji w nigeryjskie fintechy wsparły go fundusze inwestycyjne. Od kilku lat pilnie obserwują afrykański rynek, a część z nich ma bliskie związki z Partią Komunistyczną. Jak choćby Sequoia Capital, której partner – Neil Shen – wchodzi w skład Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych, czyli parlamentu.

Taki skład inwestorów zwrócił uwagę świata na nigeryjskie aplikacje. OPay to dziecko Opery, przeglądarki internetowej, która jest obecnie drugą pod względem popularności w Afryce. Ma siedzibę w Norwegii, ale od 2016 r. jej właścicielem jest chińskie konsorcjum kierowane przez firmę zajmującą się bezpieczeństwem komputerowym. Od tamtej pory Opera skupiła się na aplikacjach płatniczych, w tym na działających w Kenii OKash i OPesa.

Aplikacjom dostępnym w sklepie Google Play w tym roku przyjrzał się koncern Google i odkrył, że służą one głównie do udzielania chwilówek, czyli krótkoterminowych pożyczek na bardzo wysoki procent. I Afrykanie chętnie z nich korzystają.

OPay wprowadza kolejne usługi: aplikację do wynajmu transportu motocyklowego ORide, dostawy jedzenia OFood czy sieć reklamową OLeads. A z Nigerii zamierza ruszyć na podbój Ghany, Kenii i Afryki Południowej.

Z kolei PalmPay jest aplikacją do mobilnych płatności, która chce zostać „największą afrykańską platformą usług finansowych”.

Z obiema firmami kontaktuje mnie Marek Zmysłowski, który pracował w funduszu inwestującym w nigeryjskie spółki technologiczne. Pierwszy kontakt jest entuzjastyczny, firmy szybko odpisują na maile. Kiedy wysyłam pytania o związki z Chinami i ochronę użytkowników – zapada cisza.

Chiny eksportują też do Afryki technologie nadzoru i kontroli obywateli. – Wielu afrykańskich konsumentów nie ma pojęcia, że używają chińskich produktów i usług w telekomunikacji – mówi Iginio Gagliardone, profesor z University of the Witwatersrand w Johannesburgu w RPA. Alliance for Affordable szacuje, że za transfer gigabajta danych przez sieć przeciętny Afrykanin musi zapłacić obecnie aż 8 proc. miesięcznego dochodu. Dlatego wybierając sprzęt, kieruje się przede wszystkim ceną.

W 2016 r. RPA dołączyło do programu 'Seeds for the Future' organizowanego przez Huawei.W 2016 r. RPA dołączyło do programu 'Seeds for the Future' organizowanego przez Huawei. fot. Huawei

Huawei, ZTE i China Telecom stoją za większością inwestycji w główne systemy i najważniejszą telekomunikacyjną infrastrukturę Afryki. To, co wygląda jak pomoc w modernizacji Afryki, budzi wiele pytań. „Ze względu na bliskie powiązania chińskich firm technologicznych z rządem cyfrowe systemy i infrastruktura mogą być wykorzystywane do operacji wywiadowczych i nadzoru elektronicznego” – uważają autorzy raportu „Freedom of The Net: The Rise of Digital Authoritarianism” z amerykańskiego think tanku Freedom House.

Zaledwie dwa lata temu wybuchła afera, gdy okazało się, że Pekin przez pięć lat podsłuchiwał rozmowy w siedzibie Unii Afrykańskiej w Addis Abebie. W tej samej siedzibie, którą wraz z nowoczesnym wyposażeniem władze ChRL wybudowały w darze państwom afrykańskim.

Zasłonięte oczy

- Oczywiście, że zdajemy sobie sprawę, z tego że Chiny przejmują Afrykę. Póki co jednak są nam potrzebni. A gdy przegną? W najgorszym wypadku rozwiąże się ten problem jak każdy inny - maczetami.

Ten dialog ze swoim teściem, dyplomatą z jednego ze środkowoafrykańskich państw przytoczył mi pewien europejski ekspert zajmujący geopolityką. Prosił by nie zdradzać ani jego nazwiska ani nawet konkretnego państwa, z którego pochodzi jego żona. - Afryka i tak już ma słabą opinię na Zachodzie. A tu nie chodzi o to by nimi straszyć. Ale rzeczywiście mieszkańcy tego kontynentu sobie wyobrażają, że jak coś to po prostu chiński biznes przegonią - mówi ekspert.

Ejiro Umukoro szerzej znana jako Lady E. twardo broni afrykańskiej niezależności. Tyle, że jest nigeryjską producentką telewizyjną i radiową, studiowała w Wielkiej Brytanii i pracuje jako konsultantka ds. komunikacji. I mówi tak: - Ci którzy tak twierdzą nie mają pojęcia o czym mówią. Zasłoniliśmy oczy, zasłoniliśmy uszy i nie chcemy sami przed sobą przyznać w jakich jesteśmy tarapatach. Zawsze byliśmy wykorzystywani, zawsze nas traktowano jak tanią siłę roboczą i rynek zbytu. Ale teraz różnica jest taka, że z otwartymi ramionami witamy środki, dzięki którym można będzie nami sterować i nas pilnować. I nikt nie ma odwagi o tym głośno krzyczeć.