W Polsce, podobnie jak w 30 innych państwach na całym świecie, trwają prace nad aplikacją mobilną umożliwiającą "contact tracing" - śledzenie kontaktów międzyludzkich, które definiują tempo rozprzestrzeniania się epidemii.

Aplikacje rodzą wiele kontrowersji dotyczących przede wszystkim prywatności użytkowników. W normalnych czasach uznalibyśmy program monitorujący nasze kontakty z innymi ludźmi za pomysł godny państwa autorytarnego. Jednak wyzwania związane z prywatnością zostaną najpewniej rozwiązane. Dużo mniej uwagi poświęca się kwestiom takim jak zaufanie społeczne i debata społeczna nad kształtem technologii. A te są równie ważne, jeśli chcemy walczyć z pandemią zgodnie z naszymi wartościami.

Komu dajemy władzę nad naszymi danymi

Eksperci od bezpieczeństwa, prawnicy od prywatności i etycy dość skutecznie forsują standardy, które będą chronić naszą prywatność. Za rozwiązaniami prywatnościowymi opowiedziały się też Google i Apple. Te zazwyczaj konkurujące ze sobą firmy nawiązały współpracę, żeby usprawnić działanie aplikacji do śledzenia kontaktów na telefonach. Ale jednocześnie wyznaczają standard, którym będą się musiały podporządkować aplikacje tworzone w poszczególnych państwach. I jest to standard, który wymusza ochronę prywatności użytkowników - nie pozwala bowiem na stworzenie scentralizowanej bazy danych o zarażeniach i kontaktach międzyludzkich.

Równie ważne co kwestia prywatności jest pytanie o to, komu jako społeczeństwo dajemy władzę nad naszymi danymi. To pytanie, które było aktualne długo przed pandemią COVID-19. 

Alek Tarkowski (fot. Kuba Kobylecki)Alek Tarkowski (fot. Kuba Kobylecki) Alek Tarkowski (fot. Kuba Kobylecki)

Od co najmniej dekady, gdy spopularyzowały się smartfony i sieci społecznościowe, jesteśmy społeczeństwem "Big Data". Wszyscy generujemy gigantyczne zbiory treści i danych pozwalających obserwować i analizować życie społeczne na masową skalę, a przy tym w wielkim detalu. Debaty o prywatności skupiają się na negatywnych skutkach tego trendu. Ale trwają też poszukiwania sposobów, by wykorzystać dane o nas wszystkich w imię interesu publicznego. Mariana Mazzucato, kultowa profesor ekonomii od lat pisząca o znaczeniu sektora publicznego, zaproponowała w 2018 r., by prywatne dane stały się dobrem wspólnym. Mazzucato wyobraziła sobie instytucję publiczną, która byłaby powiernikiem wszystkich naszych danych i między innymi wykorzystywała je na przykład dla zapewnienia zdrowia publicznego. 

Walka z pandemią z pomocą powszechnych danych 

Eksperci myślący podobnie jak Mazzucato od kilku lat projektują modele zarządzania danymi jako dobrem wspólnym - te pozostawały jednak na papierze. Na początku 2020 r. nikt nie mógł przewidzieć, że będziemy w tym roku testować takie koncepcje w praktyce. Bowiem pomysł, by walczyć z pandemią z pomocą powszechnych danych zbieranych przez komórki, jest praktyczną realizacją postulatu Mazzucato. Globalny system do śledzenia kontaktów może się stać prototypem dla kolejnych. Kłopot jedynie w tym, że ta innowacja na skalę globalną, głęboko ingerująca w życie milionów, jeśli nie miliardów, jest wdrażana w trybie nagłym. To tryb, w którym troska o wartości i ludzki wymiar technologii bywają uznawane za mnożenie problemów.

Wyzwania związane z prywatnością są ogromne, ale przynajmniej dają się łatwo zidentyfikować. Aplikacje wykorzystujące śledzenie kontaktów nie będą bowiem pierwszymi, które nas nadzorują. Dużo trudniej jest w rachunku zysków i strat uwzględnić inne wartości. A rachunek ten musi się zgadzać, jeśli chcemy zrealizować wizję Mazzucato, nie otwierając kolejnych puszek Pandory.  

Szukając w systemach śledzenia kontaktów ratunku przed pandemią, stajemy przed problemem, który amerykańscy ekonomiści Mervyn Kin i John Kay nazywają “radykalnie niepewnym". Tak zatytułowali książkę, która wyszła w marcu 2020 r. i okazuje się świetnym przewodnikiem do zrozumienia walki z pandemią.  

Radykalnie niepewny problem to taki, wobec którego zawodzą nas intuicje. Eksperci nie potrafią stworzyć modelu opisującego zmiany, narysować prostego wykresu, który pokaże, jak będzie. Nie mieliśmy bowiem jeszcze sytuacji, w której tworzyliśmy bazę danych wszystkich ludzkich spotkań. Jakie inne wartości oprócz prywatności powinniśmy położyć na szali? 

Cztery bardzo ważne kwestie 

Po pierwsze, przejrzystość działania aplikacji wynikająca z otwartości jej kodu. Tu wydarzyła się rzecz wyjątkowa, bowiem taka otwartość stała się w projektach śledzenia kontaktów (contact tracing) standardem. Świetnie to widać w Polsce, gdzie administracja publiczna unikała dotychczas udostępniania kodu tworzonego oprogramowania. Tymczasem roboczy kod polskiej aplikacji Protego Safe jest dostępny na Githubie. Podobnie jak singapurski system BlueTrace, już wdrożony i traktowany przez wiele państw jako punkt odniesienia. Wreszcie przejrzyście swój kod tworzą Apple i Google. Czas pandemii okazał się momentem, w którym wiele organizacji zrozumiało wartość dzielenia się tym, co normalnie by traktowały jako swoją własność intelektualną. 

Drugim wyzwaniem są nierówności społeczne. Na świecie wiele osób ciągle nie ma smartfonów. W państwach rozwiniętych, takich jak Polska, 25 proc. urządzeń jest zbyt przestarzała, by umożliwić kontakt tracing z pomocą technologii Bluetooth. Jeśli aplikacje do śledzenia kontaktów mają być fundamentem naszej walki z pandemią, to te osoby będą pozbawione dostępu do niezbędnego narzędzia. Technologia podzieli społeczeństwo na "leczących się" i nie, a kryterium podziału będzie majętność. To także oznacza, że nie będziemy mieć wiedzy epidemiologicznej o części mieszkańców - na przykład o osobach najstarszych, które często nie korzystają ze smartfonów. Im bardziej eksperci od zdrowia publicznego zaczną ufać aplikacji, tym bardziej skrzywiony będzie ich obraz świata. 

Po trzecie, aplikacje śledzące kontakty redefiniują władzę - jeśli uznamy, że zdolność poradzenia sobie z pandemią jest dziś kluczowym zadaniem rządzących. To dlatego kilkadziesiąt państw zaczęło na gwałt tworzyć swoje aplikacje. Może się jednak okazać, że pandemia wzmocni pozycję internetowych gigantów, mających kontrolę nad naszymi komórkami. Apple i Google uprzedzili działania rządów i zaproponowali rozwiązanie, które będzie zaszyte głęboko w systemie operacyjnym komórek Android i iOS. Funkcja śledzenia kontaktów będzie równie podstawowa, jak wbudowany GPS czy moduł wykonywania rozmów telefonicznych. Z punktu widzenia ochrony prywatności, giganci dokonali słusznego wyboru i stoją na jej straży. Ale jednocześnie zyskują jeszcze więcej władzy - będą bowiem kontrolować system decydujący o otwieraniu się naszych społeczeństw po pandemii, i swobodzie nas wszystkich. 

Czwartą i najważniejszą kwestią jest debata społeczna i demokratyczna kontrola nad technologią. Wspomniane powyżej Google i Apple tworzą swoje rozwiązanie w dialogu z innymi ekspertami, ale tak naprawdę nikogo nie pytają o zdanie. Przyjęły rozwiązanie bez konsultacji, nie stworzyły żadnego konsorcjum z państwami i ich służbami epidemiologicznymi. Jedyne, co było niezbędne, to porozumienie - historyczne zresztą - dwóch gigantów, tak by globalny system był jednolity. 

"Siedem filarów zaufania", czyli o potrzebie dialogu społecznego 

Brakuje też dialogu społecznego na temat aplikacji tworzonych przez instytucje państwowe - takich jak polskie Protego Safe rozwijane na zamówienie Ministerstwa Cyfryzacji. Taki dialog zainicjowały w Polsce organizacje pozarządowe i środowisko ekspertów, publikując "Siedem filarów zaufania". To standardy korzystania z danych o obywatelach na potrzebę walki z pandemią. Najważniejszy dotyczy wykorzystywania tylko tych danych, i tylko w takim stopniu, jaki jest niezbędny. Inne dotyczą bezpieczeństwa danych, przejrzystości tworzonego oprogramowania czy konieczności przechowywania danych na urządzeniach prywatnych, bez tworzenia scentralizowanej bazy danych.

To minimalny standard, który musi spełniać aplikacja śledząca kontakty, żeby chronić prywatność (jestem jego sygnatariuszem). Potrzeba jednak szerszej debaty zainicjowanej przez rząd, i to nie tylko dlatego, by spełnić wymogi partycypacyjności. Wspólny namysł ekspertów patrzących z różnych perspektyw jest niezbędny w sytuacji radykalnej niepewności. Pozwala bowiem naświetlić problem z różnych stron. Eksperci od technologii muszą rozmawiać z epidemiologami rozumiejącymi wirusa oraz socjologami potrafiącymi przewidzieć społeczne skutki aplikacji, która monitoruje ludzkie kontakty. 

Epidemiolog z Hongkongu Gabriel Leung poproszony o wskazanie drogi wyjścia z kryzysu stwierdził, że nie ma jednej prawidłowej odpowiedzi. Każde społeczeństwo musi na własny rachunek zdecydować, gdzie leży punkt równowagi między zdrowiem publicznym, ochroną prywatności i praw podstawowych czy ochroną gospodarki. I dodaje, że w państwach demokratycznych powinno to być przedmiotem debaty publicznej. Jednak okazuje się, że brakuje na nią czasu w trakcie kryzysu. W Polsce nad aplikacją Protego Safe debatuje wąskie grono informatyków korzystających z tego, że jej kod został publicznie udostępniony. 

"Droga z powrotem do normalności zaczyna się tutaj". Tak brzmi motto SafePaths, aplikacji śledzącej kontakty, której twórcy wierzą, że pogodzą ochronę prywatności z efektywną walką z epidemią. To pozycja większości technologów wierzących, że wyjdziemy z pandemii dzięki sile technologii cyfrowych. Na drugim biegunie są osoby takie jak Jewgienij Morozow, krytykujące solucjonizm technologiczny: wiarę, że apki nas uratują. Uważają, że śledzenie kontaktów ma zbyt wiele zagrożeń, a jednocześnie brak dowodów na jego skuteczność. Ta rozbieżność opinii to jeszcze jeden powód, dla którego o przyszłości śledzenia kontaktów powinniśmy zdecydować demokratycznie. To, niestety, bardzo trudne, bo łatwiej nam wbudować w komórki system śledzący nasze kontakty, niż na ich bazie wypracować metody demokratycznego współdecydowania przez obywateli. 

To obywatele zdecydują, czy chcą korzystać z aplikacji 

Decyzja o wdrożeniu śledzenia kontaktów ostatecznie społeczeństwa podejmą najpewniej przez plebiscyt. Korzystanie z aplikacji jest dobrowolne, obywatele będą więc głosować, klikając “zainstaluj” w swoich app storach. Skuteczność aplikacji wymaga jej zainstalowania przez 60-80 proc. osób, a to bardzo dużo. Będzie więc to test zaufania publicznego do twórców aplikacji - tak rządów, jak i wielkich korporacji. Jeśli tego zaufania nie zbudujemy, to aplikacja nie będzie działać. Pozostanie wtedy jedynie wymuszenie na obywatelach jej używania lub nagięcie ich zachętami finansowymi. Tylko że utracimy wtedy coś bardzo ważnego - zdolność demokratycznego decydowania o tym, na jakich wartościach opieramy technologie, które nami rządzą. I odwrotnie: jeśli uda nam się wypracować model zrównoważonego zarządzania danymi zdrowotnymi, to zapamiętamy pandemię jako moment, w którym przestaliśmy śledzić ludzi dla zysku i nauczyliśmy się wykorzystywać Big Data dla dobra wspólnego. 

*Alek Tarkowski - socjolog. Zajmuje się tworzeniem cyfrowych strategii i polityk publicznych, rzecznictwem oraz badaniem społeczeństwa cyfrowego. Współzałożyciel i prezes Fundacji Centrum Cyfrowe, członek Zarządu amerykańskiej fundacji Creative Commons. Członek komitetu sterującego Internet Governance Forum Polska. W przeszłości członek zespołu doradców strategicznych Prezesa Rady Ministrów (2008-2011), członek Rady Informatyzacji i Rady Cyfryzacji (2011-2016).