Aga Kozak: Nie mogę się powstrzymać, muszę zapytać: chyba jest pani jedyną osobą na świecie o takim imieniu?

Płk dr Mickra Hamilton**: Zgadza się. Rodzice byli zafascynowani mikrofonem, wiec nazwali mnie „Mickra”.

Do tego jeszcze ma pani doktorat z dźwięku.

Tak, podczas studiów medycznych zajmowałam się neurologicznymi aspektami słyszenia, zmysłem równowagi i sposobami badania parametrów słyszenia oraz równowagi. Dużo pracowałam z neurochirurgami, zafascynowało mnie, jak ciało przetwarza sygnały dźwiękowe.

A oprócz tego jeszcze jest pani pułkownikiem i ekspertem w Dowództwie Rezerwy Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych!

To bardzo prosta historia. Po studiach musiałam gdzieś zrobić staż, a wojsko proponowało najlepsze warunki: świetny zespół naukowców, znakomicie wyposażone szpitale, dobra pensja plus obietnica przygody. Po trzech latach, kiedy staż się skończył, sama nie chciałam odejść. Ciągle wysyłali mnie tam, gdzie mogłam się czegoś nauczyć, np. kiedy badałam, jak uchronić słuch pilotów helikopterów – latałam śmigłowcami i sama strzelałam z rozmaitych rodzajów broni!

Płk dr Mickra HamiltonPłk dr Mickra Hamilton fot. materiały prasowe

Ale głównie zajmowaliśmy się szukaniem odpowiedzi na dwa pytania: „Jak zaprojektować działania tak, by nasi żołnierze nie ginęli?” oraz „Skąd wziąć czas, żeby ich w razie czego uratować?”. To wtedy zaczęłam się zajmować human performance, wydajnością człowieka. Czyli tym, co możemy zrobić z naszym ludzkim „systemem”, żeby go upgrade’ować. Jak, zamiast iść w mrzonki o naszych nieskończonych możliwościach, ulepszyć, zoptymalizować to, co już mamy. Czyli jak ustabilizować i wzmocnić układ nerwowy.

Bo kiedy twój układ nerwowy się umocni, nie czujesz takiego lęku: nie zamrażasz się, nie zamykasz się, ale też nie reagujesz nadmiernie. Na przykład nie zabijasz kogoś, kogo nie musisz zabić. Nie robisz czegoś niepotrzebnego tylko dlatego, że jesteś przerażona.

To wszystko jest regulowane przez nasz mindset – nasz system wartości i wierzeń, nasz system nerwowy oraz to, co się dzieje w naszym mózgu.

Wartości i wierzenia? Przecież w stresie działamy z naszego „gadziego”, nie najlepszego mózgu.

Zgadza się. Włącza się mechanizm ucieczki albo ataku.

Czyli ten sam, co w przypadku stresu. A wy, spece od human performance i longevity*, mówicie na to: „Ale stres jest OK!”.

Bo jest! Jeśli potraktujemy stres jako informację od środowiska, w którym się znajduję, a która pozwala mi ocenić, co muszę poprawić, żeby działać lepiej, skuteczniej. Co innego, jeśli podyktowany jest lękiem wynikającym z naszego przekonania – np.: „Ta grupa ludzi mnie skrzywdzi, bo ONI tak zawsze robią” – i miesza w chemii naszego mózgu, wprawiając w stan „atakuj albo uciekaj”. Wówczas zamiast rozmowy, podczas której dowiemy się, jak się pozycjonować wobec tej osoby, będziemy chcieli od razu z miejsca stoczyć z nią walkę. Więc mam na myśli tę subtelną różnicę: można się stresowi poddać lub go wysłuchać. Nawet jeśli ktoś faktycznie będzie chciał mnie skrzywdzić, to wycofanie mojego systemu nerwowego nie pomoże mi w przeżyciu.

To co pomoże?

Mogę użyć moich umiejętności poznawczych, żeby uniknąć tego prymitywnego schematu. Przecież nie zawsze muszę atakować lub uciekać – czasem mogę np. porozmawiać z tym kimś, kto chce mnie zaatakować, i sprawić, że zmieni zdanie. Jedyny sposób, w jaki możemy działać świadomie, to nie wchodzić w automatyzmy. Doceniam, że natura pięknie te automatyzmy zaprojektowała, ale jeśli dajemy się im ponieść, nie dajemy sami sobie możliwości skorzystania z kory przedczołowej, tego „nowego mózgu”, który posługuje się logiką i który może nas przeprowadzić przez niebezpieczne sytuacje na innych zasadach niż te z gadziego mózgu. Jeśli umiemy przetrzymać przez chwilę organizm w bezczynnej neutralnej przestrzeni, idle neutral space, to jesteśmy przynajmniej częściowo w stanie skorzystać z naszych zasobów, które mogą nas uratować.

Przy czym mówimy o sytuacji życia i śmierci, a nie np. o pracy, kiedy wkurzam się na ciebie, bo zrobiłaś coś, co mnie irytuje.

Pijemy za dużo kawy…

…żeby się pobudzić. A alkoholu, żeby się uspokoić i w końcu zasnąć. Nadużywamy leków.

No, ale mechanizm jest taki sam!

Oczywiście. Ale nasz organizm zaprojektowano w bardzo precyzyjny sposób: oddech i rytm serca są sprzężone tak, żeby w dobrych warunkach mózg mógł być na falach alfa, czyli neutralnych – czujemy się wtedy bezpiecznie, „wszystko jest w porządku”. Ale jeśli tylko zacznę oddychać bardzo szybko (Mickra zaczyna oddychać superszybko), i to nie do brzucha, tylko płytko, do klatki piersiowej – nasz system to wyłapie i roześle informacje do reszty organizmu: „Coś jest nie tak!”. A wtedy to, że możesz mieć po prostu zły dzień i na mnie naskoczysz, będzie dla mnie wielkim zagrożeniem – nie pomyślę sobie, że po prostu masz zły dzień.

Wyłączając walkę o przeżycie, naszym naturalnym ssaczym stanem jest komunikowanie się, bycie razem. A współczesny świat temu nie sprzyja – jesteśmy wszyscy przeciążeni, wykończeni, jemy byle co…

A przede wszystkim utraciliśmy komunikację z naszym ciałem, a przez to z potrzebami, które komunikuje ono na głębszym poziomie.

Patrzę często na sportowców. Część z nich jest cały czas w głowie, w swoich myślach. Są odłączeni od swojego najważniejszego narzędzia, nie używają czegoś, co my nazywamy body-mind connection, czyli połączenia ciała z umysłem, które od tysięcy lat głoszą choćby jogini. Tego połączenia, w którym mieszają się twoje myśli, sposób, w jaki się ruszasz, siła twojego ciała, emocje, odczucia i dusza – jeśli w nią wierzysz. To nie żadna magia ani New Age, to biologia!

Tymczasem my wszystko rozłączamy, nie mamy pojęcia o emocjach i o tym, jak się przejawiają w ciele, nie wiemy, jak oddychamy. A do tego tak nadużywamy mózgu, że nie jesteśmy w stanie go uspokoić. Stąd problemy ze snem, bo nawet jeśli w końcu zaśniemy nad ranem, atakuje nas własny mózg i dyktowana przez niego lista niezrobionych rzeczy.

Oczywiście ta ewolucyjna zmiana – że sięgamy częściej po swój umysł – nie jest zła, o ile chcemy czytać książki czy uczyć się czegoś nowego. Ale prawdziwa wiedza też musi jakoś osadzić się w naszym ciele, emocjach czy systemie wartości. Nie do końca zdajemy sobie sprawę, że nasz umysł też może się „przegrzać”.

Bycie w ciele pozwala ci być całkowicie obecnym z osobą, która stoi naprzeciwko, zamiast konstruować w myślach, co musisz zaraz zrobić, jak zareagować. Wszyscy to znamy, prawda? Irytujących ludzi, którzy zamiast reagować na tu i teraz, już zajmują się tematem następnego spotkania. Nie lubimy ich!

Jak mówi uznana psycholożka Brene Brown, trzeba być ufnym, odpowiedzialnym, pokazywać to, co ona nazywa vulnerability, a co my, Polacy, tłumaczymy jako wrażliwość czy bezbronność.

Dopiero taka postawa pozwala nam na bycie w pełni człowiekiem. Na to, żebyśmy nie ukrywali emocji. Bo jak sobie tak poduszę dłuższą chwilę, to potem wybuchnę na ciebie w najmniej oczekiwanym momencie, bo mi się nazbiera.

Rada od pani pułkownik: przestań traktować się tak poważnie! Kiedy mamy więcej radości z życia, mamy więcej satysfakcji. I to widać w badaniach na chemicznym poziomie! Kiedy się śmiejemy, kiedy doświadczamy przyjemności, kochamy siebie i kogoś, cieszymy się czymś – to wytwarza naprawdę przepiękne fale w naszym mózgu. Ale nie, my szukamy tego, co nas uszczęśliwi na zewnątrz, a karzemy się za to, że szczęśliwi nie jesteśmy. A samoukaranie tworzy najgorszą z możliwych mieszankę chemiczną w mózgu.

Ale świat karmi nas ciągle coraz to wyższymi wymaganiami, i do tego negatywnymi informacjami. I mamy sprzężenie zwrotne, bo lubimy słuchać o katastrofach, porażkach…

Zostaliśmy tak zaprogramowani, żeby być na usługach naszego lęku, bo od niego zależało przetrwanie. Nawet jeśli jesteśmy coraz mądrzejsi, to ten pierwotny lęk ciągle tam jest. Więc oczywiście, że lubimy newsy o katastrofach, dramaty i negatywny przekaz.

To, na czym się skupiamy, to potem dostajemy. Czyli jeśli skupimy się na zagrożeniach, świat będzie przerażającym miejscem. Jeśli jednak postanowimy, że widzimy piękno, miłość, optymizm – świat będzie nam się jawił jako przynajmniej częściowo wspaniały.

Nawet mówiąc o zdrowiu, longevity czy wellbeing, skupiamy się na tym, czego nie chcemy. Wojskowi często dają mi taką listę wymagań: nie chcemy u nas chorób, nie chcemy samobójstw i depresji. OK! Rozumiem. Stwórzcie więc środowisko pracy wspierające entuzjastyczny, radosny rozwój [Mickra używa słowa „thrive”, którego nie można oddać w języku polskim – to jednocześnie rozkwitać, dobrze się rozwijać, prosperować].

Już widzę, że chcesz ironizować: aha, łatwo powiedzieć, entuzjastyczny rozwój w korporacji, piękno i miłość w urzędzie. OK, wokół nas są i będą okropni biurokraci, zasadnicze trepy, złośliwcy, psychopaci i cyniczni politycy. Ale co szkodzi zacząć od siebie, na poziomie komunikatów? Na przykład: nie w jaki sposób się nie zestarzeć, tylko jak przedłużyć sobie życie w komforcie i zdrowiu. Brzmi inaczej, prawda?

Zahaczamy o pani pasję, epigenetykę, naukę o wpływie stylu życia na ekspresję genową. Czy zmieniając nasze nastawienie na poziomie jednostkowym, możemy zmienić gatunek?

Najpierw musimy przyjrzeć się naszym systemom wierzeń, ponieważ wszystko jest konstruktem, który przepuszczamy przez swój mózg.

One są oparte oczywiście na naszym osobistym doświadczeniu, ale również na przesłankach, które daje nam kultura. Ja – pułkownik i naukowczyni – muszę powiedzieć coś, co zabrzmi jak z epoki dzieci kwiatów albo jak marzenie o Erze Wodnika: niezależnie od kultury, w której żyjemy, na pewnym poziomie jesteśmy wszyscy jednością i napędza nas miłość. Na poziomie genetycznym naprawdę nie różnimy się bardzo od zwierzęcia czy nawet rośliny, nie mówiąc już o różnicach między narodami czy kolorami skóry – a jednak lubimy się separować. To jest powodowane przez przekonania i lęk. I tak, dzielimy trudną historię i nosimy w sobie bolesne opowieści naszych przodków – o zabijaniu, wojnie, poronieniach, nienawiści. Wiemy, że są afrykańskie plemiona, w których dzieci zabijają ludzi, w tym rodziców. To wynika z tego, co im wpojono. Czy takie warunkowanie da się wyrugować z genów? Tak, jeśli będziemy go świadomi i będziemy nad tym pracować.

To brzmi bardziej jak przekaz od guru niż naukowca.

A tym właśnie zajmuje się epigenetyka. Jej dokonania pokazują badania nad medytacją – wiedzieliśmy przez lata, że nam pomaga, ale nie wiedzieliśmy jak. Neuronauka potwierdza, że nasze intuicje były dobre, ma na to konkretne dowody, wykresy, badania, wie, co się dzieje z naszym mózgiem i hormonami, kiedy medytujemy.

Epigenetyka jest fascynująca. Załóżmy, że chce mieć pani dziecko i chce, żeby było najlepsze, najzdrowsze, najfajniejsze. Zadaje więc pani epigenetykom pytanie: „Jak stworzyć najfajniejszego dzieciaka?”. Oprócz dość nowej wiedzy, jak ważne jest samopoczucie ojca w procesie poczęcia, że jakościowo inna jest sperma od ojca, który przez co najmniej 90 dni pragnie z miłością dziecka…

Czysta mistyka!

Mamy na to dowody. Więc oprócz tego wiemy już, że powinniśmy jeść zdrowo, nie powinniśmy się stresować, powinniśmy się sami i w parze kochać – żeby dziecko „wyszło” jak najlepiej. Wiemy też, że powinniśmy stworzyć dziecku kochające środowisko.

Oczywistości.

Co jednak, jeśli dziecko poczęte zostało w czasie wojny, podczas której ojciec ginie? Matka będzie wtedy przerażona i w rozpaczy. Dziecko w jej brzuchu będzie wychowane w lęku i żalu. Do tego, jeśli będzie karmione – a wiadomo, że podczas wojny zazwyczaj cierpimy też głód – to hormony w mleku będą je informowały: „Coś jest nie tak”. I z mlekiem matki dosłownie wyssie przekonanie, że życie jest walką.

Też niezbyt zaskakujące.

Ale nawet jeśli ci rodzice pochodzą z ocalonych z Holocaustu i noszą geny, w których będzie zakodowana ta pamięć, to jeśli postanowią sobie, że wychowają dziecko jak najlepiej, odżywiając je zdrowo, dając mu się odpowiednio wyspać, starając się je rozruszać, tak jak naukowcy od układów nerwowo-mięśniowych zalecają, i otaczając je miłością – jest wysokie prawdopodobieństwo, że wyrośnie im silny, zdrowy człowiek. Nie lękający się, ale ciekawy, podchodzący do świata z miłością, a nie z rezerwą. Więc tak, możemy zmienić ekspresję genu, dając dziecku czy sobie odpowiednie warunki. Epigenetyka służy hodowaniu – nie boję się tego słowa – coraz lepszych, świadomych ludzi.

A longevity, kolejna pani działka? Nauka o zdrowej długowieczności?

Zwykle uważamy, że – w kontekście zdrowia – długowieczność to wcześniej czy później choroba i długotrwały rozpad.

Tymczasem nie musi tak być – twierdzicie wy, naukowcy.

Starzenie się to kolejny sposób, by korzystać z potencjału życiowego. Longevity obejmuje choćby mądrość, doświadczenie, możliwość wniesienia czegoś więcej do społeczności czy rodziny.

Możemy starzeć się zdrowo, w szczęściu, w pełni sił intelektualnych. Oczywiście wcześniej dobrze by było zadbać o siebie. Oczywiste są dieta, ruch czy nastawienie do procesu starzenia się i w ogóle do życia. Choć ja sama zajmuję się raczej strategiami biologicznymi – gdy ktoś przychodzi do naszego centrum, pierwsze, co robię, to badam jego przekonania o świecie, starzeniu się, życiu. Kiedy już je poznam, „montuję” nowy mindset. Taki, który będzie mówił, że długowieczność to ekscytacja, przygody, nowe możliwości wynikające z braku obowiązków i bogatego doświadczenia. Z badań wynika, że ludzie, którzy starzeją się dobrze, są radośni i uwielbiają spędzać czas z innymi.

„Montuję”? Gdyby to było takie proste. Psychoterapeutom zmiana podświadomości zajmuje lata.

Zgadza się. Używamy rozmaitych technik – od hipnozy, przez wprowadzanie mózgu w stan alfa theta, czyli neurofeedback, po NLP, programowanie neurolingwistyczne, dość starą metodę skupiającą się się na związku pomiędzy funkcjonowaniem ludzkiej sieci neuronalnej i aspektami językowymi oraz na wynikających z tego sposobach zachowywania się, ale i wpływania na zachowania innych ludzi – stąd „programowanie”. To nie tylko czysta psychologia, to biologia. Tak programowany mózg śle sygnał do ciała, że je również można „przeprogramować”. Ciało też zaczyna czuć się pobudzone, młodsze.

Następuje wymiana hormonów – te podstawowe, jak estrogen czy testosteron, wracają nawet do poziomów, które ciało pamięta z młodości. Możemy różnymi sposobami wpływać już na somatopauzę, adrenopauzę, meno-/andropauzę czy zaburzenia gospodarki wapniowo-fosforanowej, pojawiające się wraz z wiekiem.

Ciało przypomina sobie, co to znaczyło być młodym?

A my równolegle pracujemy nad układem nerwowym, czyli tym wszystkim, o czym rozmawiałyśmy – reakcjami „atakuj albo uciekaj” czy stanem relaksu. Badanie tych stanów to mój konik: zakładam ludziom sensory na różne części ciała, badam głębokość oddechu – czy oddychamy brzuchem czy nie – bicie serca, temperaturę, fale mózgowe, napięcie ciała, np. szczęki. W wynikach wyraźnie widać, jak rozpamiętywanie wypadku lub nieprzyjemnego zdarzenia powoduje, że ciało reaguje tak, jakby to nam się przydarzało właśnie teraz!

Badam też rodzaje stresorów i rodzaje relaksu. Na marginesie – jako naukowcy możemy nawet już manipulować falami mózgowymi, tak by „naprawiać” ubytki w mózgu. Otóż stres to jeden z najważniejszych czynników starzenia się. Staramy się rozluźnić nasz całkowicie spięty od stresu system nerwowy. Kiedy to się dzieje, ciało wysyła do mózgu sygnał: „Hej, to wspaniałe, chcę więcej!”. Ciało i mózg zaczynają współpracować, bo przecież stres wpływa na tyle codziennych procesów, choćby przemianę materii czy sen.

To brzmi jak wiele sprzężeń zwrotnych.

Bo tak jest. Mamy pewnie wszyscy takie osoby w swoim otoczeniu – po siedemdziesiątce, ale pełne energii, współpracujące z młodymi, mentorujące im. Od razu wyglądają młodziej i noszą się, a nawet chodzą jak młodzi ludzie!

Ale żeby starzeć się dobrze, należy zacząć wcześnie, i to już na poziomie wczesnego dzieciństwa, rodziców tworzących dziecku dający świetne możliwości rozwoju system – i to nawet zanim się urodzi, podczas ciąży oraz szczególnie dwa lata po narodzeniu. To wtedy nasz system nerwowy się wykształca i uczy – albo nie! – reakcji stresowych. Kiedy porównujemy osoby rozwinięte w domach pełnych miłości z tymi, które jej nie zaznały, różnica jest ogromna – nawet ich skóra, nie wspominając nawet o pracy serca, jest inna.

Czyli dla tych drugich, wychowanych w domach bez miłości, nie ma nadziei?

Jest. Pracę nad sobą można zacząć w każdym momencie życia: patrzeć inaczej na rzeczy, inaczej się zachowywać, pogłębiać świadomość i uważność. Nauczyć się wysypiać tak, żeby być bardziej wypoczętym, nie kierować się samemu w stronę depresji – to naprawdę działa.

Zapewniam, że za paręnaście lat ta rozmowa będzie anachronizmem, wręcz abstrakcją, bo gdy naukowcy, którzy teraz zajmują się longevity, połączą się z epigenetykami, biologami pracujących nad nowymi suplementami, to po prostu znikną ludzie przekonani, że starzenie się to depresja, choroba i powolna śmierć. Będziemy myśleć o starzeniu się z ciekawością. Będziemy też widzieć coraz więcej ciekawie starzejących się osób, stworzymy nową kulturę starzenia się, dobre przykłady, które będą pracować w naszej podświadomości.

Znów brzmi jak New Age.

Ja jestem hardcore’owym naukowcem rozkochanym w technologii i potwierdzaniu wszystkiego badaniami. Uwielbiam podłączać ludzi pod różne urządzenia, porównywać wykresy, zestawiać obliczenia. Naprawdę mam na to dowody.

*Longevity– inaczej: witalność, zdrowie i zdrowa długowieczność. Koncepcja jest oparta na wykorzystaniu najnowszych osiągnięć naukowych z zakresu genetyki, epigenetyki, neuropsychologii, medycyny stylu życia i dietetyki. Pogłębiona wieloaspektowa diagnostyka umożliwia opracowanie spersonalizowanego planu zapewniającego witalność i optymalizację stanu zdrowia. Longevity czerpie ze zdobyczy medycyny prewencyjnej i wspiera świadome kształtowanie zdrowego stylu życia – korzystanie z pełnego potencjału umysłu, dbanie o jakość snu, budowanie odporności na stres, właściwe odżywianie i dobór odpowiedniej aktywności fizycznej. Niedawno powstał w Warszawie pierwszy ośrodek tej dziedziny w naszej części Europy, Longevity Center, współpracujący z podobnymi instytucjami na świecie.

**Płk dr Mickra Hamilton –biolożka, psycholożka, ekspertka ds. rozwoju w Dowództwie Rezerw Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych, współzałożycielka i szefowa firmy badawczo-szkoleniowej Apeiron Center for Human Potential/Apeiron Academy, członkini rady programowej warszawskiego Longevity Center.