Do końca lutego wielu ekonomistów i polityków liczyło, że koronawirus podobnie jak inne choroby, które w XXI wieku nawiedziły świat, ograniczy się tylko do Chin. Wzrost gospodarczy w Europie, USA, a także w Polsce ucierpiałby wtedy w niewielkim stopniu. Nikt nie myślał, że będziemy spędzać w 2020 r. Wielkanoc odizolowani w domach, a Amerykanie będą organizować protesty, domagając się otwarcia fryzjerów. COVID-19 zredefiniował prognozy wielu z nas co do tego, czym miał być ten rok, a także kilka najbliższych. Odświeżył też doktryny ekonomiczne, które służyły do odbudowy krajów po wojnach.

Można konstruować wiele paraleli do różnych okresów historycznych, zwłaszcza że różne epidemie dotykały świat raz na kilkaset lat, przy okazji łącząc się z dużymi zmianami politycznymi. Tak było w przypadku dżumy Justyniana, czarnej śmierci, grypy Hiszpanki czy choćby epidemii tańca sprzed 500 lat

Historia przypomina, żeby w przewidywaniu błyskawicznych zmian i gwałtownego postępu w wyniku niespodziewanego impulsu nie być nadmiernie wyrywnym, ale COVID-19 zasieje ziarna zboża, które będziemy zbierać w kolejnych latach i dekadach.

Polska, Chiny i świat w recesji

W 2020 r. globalna gospodarka miała spowolnić zgodnie z momentem cyklu koniunkturalnego w którym się znajdujemy. Przez koronawirusa jednak się skurczy, bo ludzie przestali chodzić do sklepów czy restauracji, nawet zanim państwo im tego zabroniło, chcąc ograniczyć rozprzestrzenianie się choroby. Zgodnie z większością prognoz będziemy mieć do czynienia z recesją – ostatnia taka miała miejsce w Polsce w 1991 r., czyli w pewnym sensie wracamy do początku lat 90. XX wieku.

Obroty wielu branż spadły nawet o blisko 100 proc., jak w przypadku kin czy teatrów, ale były też takie, które cieszą się większym zainteresowaniem niż normalnie, jak sklepy budowlane. Siedzący w domach Europejczycy zaczęli remontować mieszkania. Mowa nie tylko o Polsce, ale też o Szwecji czy Holandii. 

W obecnym roku recesji należy oczekiwać nie tylko w Niemczech, lecz także u większości partnerów handlowych Polski, w tym w całej strefie euro, oraz w Stanach Zjednoczonych. Najpewniej Chinom także nie uda się jej uniknąć. W epicentrum epidemii w Hubei w Chinach gospodarka skurczyła się o prawie 40 proc. w I kwartale tego roku.

Przyszły rok może jednak przynieść wyraźne ożywienie i na razie ten scenariusz większość ośrodków prognostycznych uważa za najbardziej prawdopodobny.

Co nie znaczy, że nie obędzie się bez dramatów. Bezrobocie wzrośnie. W Polsce nawet do ponad 1,5 miliona osób (obecnie to tylko ponad 900 tysięcy). Nie wydarzy się to jednak od razu. Liczba bezrobotnych będzie stopniowo rosła wraz z liczbą przedsiębiorstw dokonujących cięć, a także tych, które bankrutują. Według Międzynarodowej Organizacji Pracy kryzys może sprawić, że nawet 195 mln miejsc pracy przestanie istnieć.

Oznacza to też, że wzrośnie ubóstwo, najpewniej też wzrosną nierówności, bo pracownicy sektora usługowego są najbardziej narażeni na redukcję etatów.

O ciężarze społecznym kryzysu, w którym jesteśmy, niech świadczy to, że nawet gangi w RPA się ze sobą dogadały i zawiesiły walki, by nieść pomoc swoim „żołnierzom” i ich rodzinom. Rynek handlu bronią, narkotykami w trakcie pandemii się załamał i wiele osób straciło szanse na zarobkowanie. Można powiedzieć, że odpowiedzialność społeczna działa nawet w przypadku nielegalnego biznesu.

Pandenomia, czyli jak sobie radzić z produkcją, dystrybucją, konsumpcją w okresie pandemii

By zająć się reperkusjami pandemii, rządy musiały odgrzebać podręczniki ekonomiczne z czasów wojny i odbudowy krajów po I i II wojnie światowej, a także po klęskach naturalnych. Nie ma jednak jednego porównywalnego wydarzenia do tego, co obecnie przeżywają gospodarki i społeczeństwa. Może dałoby się to porównać do okupacji III Rzeszy w Europie Zachodniej w trakcie II wojny światowej, bo nie wszystkie części przemysłu przestały działać, ale usługi zanotowały duży spadek.

Zestaw narzędzi, którymi posługują się rządy w wielu krajach, jest bardzo podobny do czasów odbudowy. W Polskim Instytucie Ekonomicznym nazwaliśmy go roboczo „pandenomią”, czyli zespołem norm i reguł, które mają zastosowanie wobec produkcji, dystrybucji oraz konsumpcji dóbr i usług w okresie pandemii.

Przez to państwo stało się jeszcze aktywniejszym graczem gospodarczym. W Niemczech wydatki państwa w relacji do PKB przekroczyły 50 proc. Tego rodzaju interwencji wynikających z wielkości pakietów osłonowych dla gospodarek było jeszcze więcej.

Każdy kraj interweniuje, zwiększając swój poziom zadłużenia, emitując obligacje i zachęcając banki centralne do działania.

Niemcy nawet czasowo przy zgodzie Komisji zawiesiły wolny rynek. Takie firmy jak Lufthansa, Allianz, koncern energetyczny RWE czy Deutsche Bank są mniej warte niż ich kapitał pomniejszony o zobowiązania. Niemiecki rząd w obawie przed przejęciami ze strony zagranicznych inwestorów, przede wszystkim z Chin, zdecydował się wprowadzić regulacje, które to uniemożliwią.

Nowa polityka ekonomiczna

Byłem zdumiony, gdy zobaczyłem analityków z australijskiej grupy inwestycyjnej Macquarie Wealth piszących, że „konwencjonalny kapitalizm umiera, a przynajmniej mutuje się w coś bliższego wersji komunizmu”. Jeżeli już, to nazwałbym ten system pandenomizmem, bo trwałość rozwiązań teraz wprowadzanych jest dalece wątpliwa. W 2008 r. państwo amerykańskie stało się udziałowcem spółek na giełdzie nowojorskiej. Potem swoje udziały sprzedało właścicielom bez zysku.

Spoglądając wstecz, trudno znaleźć bezpośrednio podobne sytuacje jak ta obecna, ale można poszukiwać podobieństw.

Rosja Radziecka w latach 1921-29 realizowała doktrynę, która zwała się Nowaja Ekonomiczeskaja Politika. Początek powstawania ZSRR to nie był wcale słownikowy komunizm, lecz coś, co w ekonomii nazywa się gospodarką mieszaną, ale raczej kapitalistyczną.

Podobnie wyglądała odbudowa gospodarcza państw bloku wschodniego po II wojnie światowej, a także w przypadku Wielkiej Brytanii czy Niemiec.

Droga do odbudowy może przebiegać według dość dobrze znanych trajektorii, bo podobnie jak w przypadku wojny państwo nadal będzie mieć ostatnie słowo przy ochronie zdrowia swoich obywateli, często idąc na przekór gospodarce i jednostce, wybierając wartość kolektywu.

Postpandemia

Nie wiadomo, czy będziemy wychodzić z COVID-19 rok, dwa lata czy kilka lat. Jeżeli nie będzie drugiej fali zachorowań lub jeżeli przy dystansowaniu społecznym uda nam się ją ograniczyć, to kilka procesów może się rozpocząć.

Doświadczenia ze znacznie mniejszą, krótszą i mniej destabilizującą dla aktywności ekonomicznej epidemią SARS z 2003 r. wskazują na długi (1-1,5 roku) powrót aktywności do punktu wyjścia w branżach dotkniętych.

Czas inwestycji

Dlatego będzie konieczny impuls fiskalny i inwestycyjny po stronie państwa. Cztery piąte przedsiębiorstw będzie dzisiaj dokonywać cięć w wydatkach inwestycyjnych. W sytuacji tak wielkiego ryzyka tylko duże i mniejsze projekty realizowane przez rząd centralny i samorządy będą w stanie odbudować gospodarkę.

To oznacza, że udział państwa w gospodarce wzrośnie, ale czasowo, bo inwestycje te mają na celu rozruszanie gospodarki, do nich dołączą po jakimś czasie środki prywatne.

Dlatego bardzo ważne są dzisiaj przesądzenia dotyczące wielkości budżetu europejskiego na lata 2021-27. Rządy muszą wiedzieć, na co dostaną środki z Komisji, a za co będą musiały płacić same. W przypadku Polski to szczególnie istotne, bo nakłada się to na proces zazieleniania energetyki.

Fuzje i przejęcia

Wiele przedsiębiorstw nie myśli dzisiaj o przejmowaniu innych spółek, emisji obligacji korporacyjnych czy fuzjach z firmami w innych branżach. 97 proc. firm pytanych przez Polski Instytut Ekonomiczny w połowie kwietnia 2020 r. nie miało takich planów w ciągu najbliższych miesięcy.

Natomiast wysyp upadłości i przecen wartości spółek spowoduje, że wiele podmiotów będzie bardzo atrakcyjnym łupem do tego, by osiągnąć efekty ograniczenia kosztów dostaw, minimalizacji ryzyka itp.

Konsolidacja np. w branży transportowej już jest widoczna choćby na poziomie samorządowym, gdzie Miejskie Zakłady Autobusowe w Warszawie przejmą miejską spółkę taksówkarską.

Jeszcze przed kryzysem w Polsce było około 100 tys. tzw. zombie companies, czyli przedsiębiorstw żyjących na niskich marżach i kredycie obrotowym. Przy dekoniunkturze i braku płynności finansowej część z nich już teraz upada.

Liberalizacja

Po wejściu państwa do gry będą jednak takie obszary, w których dość szybko trzeba będzie dopuścić do większej nawet niż dotychczas liberalizacji. Jednym z takich obszarów będzie turystyka, która oprócz zastrzyku gotówki - o którym mówi Ministerstwo Rozwoju - będzie też potrzebować deregulacji.

Wiele przepisów reglamentujących usługi w czasach prosperity nie znajduje uzasadnienia w warunkach powstawania sektora w zasadzie od początku.

Ratowanie branży wymagać będzie bardzo liberalnego traktowania każdego, kto zechce funkcjonować w ramach rynku usług turystycznych. Daleko idąca deregulacja będzie konieczna podobnie jak na początku transformacji gospodarczej Polski.

Wiele osób mówi, że epidemia koronawirusa przyniesie koniec podróżowania, jakie znamy, ale chyba szybko powrócimy do business as usual, dostosowując się do nowych protokołów bezpieczeństwa - jak po 11 września 2001 r.

Ludzie spędzający czas w domach w dużych miastach zaczęli szukać domów i działek pod zabudowy na leśnych terenach. Chęć wyjścia z domu i zapomnienia o traumie pandemii i izolacji będzie więc duża.

Krótsze łańcuchy dostaw?

Wpływ koronawirusa na Chiny i Indie, dwóch największych eksporterów farmaceutycznych na świecie, zakłócił łańcuchy dostaw leków na całym świecie, co przez ograniczenia w produkcji, dystrybucji i handlu spowodowało krótkoterminowe niedobory niektórych produktów.

„Ten kryzys ujawnił naszą chorobliwą zależność od Chin i Indii w odniesieniu do farmaceutyków” - powiedziała w kwietniu wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej Vera Jourova. Coraz więcej osób mówi, że część leków i produktów pierwszej potrzeby powinna być produkowana na kontynencie europejskim. Możliwe, że Komisja Europejska wyda takie zalecenia, ale pamiętajmy, że będzie się to wiązało z wyższymi kosztami części z nich.

Są też biznesy, do których wejdą firmy z naszego regionu. Chińska i koreańska konkurencja przez lata odbierały rynek polskim stoczniom. Szukały więc nowych rynków zbytu, dywersyfikowały działalność, wypływając na nieznane wody. Stocznia Crist prognozuje że azjatyckie tygrysy nie będą tak groźne jak dotychczas dla bałtyckich firm, a przedstawicielka tej firmy mówi nawet, że „po wygaśnięciu epidemii klienci będą mniej skłonni do lokowania zamówień w Chinach i więcej kontraktów trafi do nas”.

Polska była przez lata stolicą europejskiego offshoringu. Wzrost płac zagrażał temu zjawisku, ale na razie większość firm będzie je redukować. Gdy połączy się to z tanią ropą i transportem, możliwe, że tam, gdzie do tej pory było „Made in China”, znajdzie się „Made in Central Europe”.

Globalna, europejska i polska gospodarka najpewniej się w tym roku skurczą. Nie ma co się teraz przywiązywać do konkretnych liczb, ale okres odbudowy będzie ciekawy. Będzie można rozwinąć nowe segmenty europejskiej gospodarki. Los wcisnął przycisk „reset” kolejny raz dla gospodarki i ten, kto szybciej się pozbiera, będzie na koniec więcej zarabiać.

*Piotr Arak - analityk społeczno-gospodarczy, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Pracował w Deloitte, Polityce Insight, Programie ONZ ds. Rozwoju (UNDP), Ministerstwie Administracji i Cyfryzacji oraz w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Absolwent polityki społecznej, studiów podyplomowych z metod statystycznych na UW oraz studiów MBA w SGH i na Uniwersytecie Montrealskim. Autor i współautor wielu badań z obszaru cyfryzacji, ekonomiki zdrowia i polityki gospodarczej. Przygotowuje analizy i ekspertyzy do realizacji państwowej Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju.