Przy ogromnej niewiadomej, jaki świat wyłoni się z kryzysu, łatwo odpowiedzieć na pytanie, komu chaos otworzy nowe możliwości i przyniesie nowe strumienie zysków. W dłuższej perspektywie najwięcej zyskają nie supermarkety czy producenci papieru toaletowego, lecz ci, którzy pośredniczą dzisiaj w kluczowych usługach pozwalających nam na izolację w domowym zaciszu: Amazon, Google i inne korporacje technologiczne.

Bez aplikacji do wideokonferencji, takich jak Zoom czy Microsoft Teams, praca milionów ludzi byłaby dzisiaj niemożliwa. Zostalibyśmy odcięci od szkół, przychodni i poradni.

Bez Facebooka, Instagrama czy WhatsAppa nie mielibyśmy kontaktu z przyjaciółmi i bliskimi.

Bez chmur obliczeniowych Amazona, Microsoftu, Google’a stanęłyby korporacje. Im więcej osób pracuje zdalnie, tym bardziej niezbędne stają się wynajmowane od gigantów technologicznych serwery. Bez ich centrów danych nie działałby też Netflix, który większość mocy obliczeniowej wynajmuje od Amazona.

Pandemia uruchomiła dla cybergigantów nowe, lukratywne kontrakty rządowe.

W marcu Trump ogłosił, że Biały Dom zaczął współpracę z konsorcjum firm, w tym z Amazonem, Google’em, Microsoftem i IBM. Ich chmury obliczeniowe i superkomputery mają przyspieszyć badania nad lekami i szczepionką.

Po rozmowach z rządem Google i Facebook zaczęły udostępniać anonimowe dane o lokalizacji użytkowników, żeby śledzić rozprzestrzenianie się epidemii. A należąca do Google’a biotechnologiczna firma Verily zaoferowała testy na koronawirusa w Kalifornii.

W Wielkiej Brytanii Amazon, Microsoft oraz rozwijająca technologie masowej inwigilacji i pracująca dla CIA firma Palantir będą prognozować, jak szybko i gdzie wirus może się rozprzestrzeniać oraz ile łóżek i respiratorów będzie dostępnych w danym momencie. Również rządy Francji i Niemiec negocjują z Palantirem warunki korzystania z oprogramowania do walki z epidemią. Brytyjski rząd rozmawia z Uber Eats i jego konkurencją, Deliveroo – o dowożeniu jedzenia objętym kwarantanną seniorom.

W USA i w wielu innych krajach Amazon dostarcza dziś milionom ludzi żywność i artykuły pierwszej potrzeby. Odgrywa kluczową rolę w logistyce i dystrybucji towarów – przestawił nawet swoje magazyny na wysyłkę tylko potrzebnych w czasie epidemii produktów.

Zatapiając mniejsze i średnie firmy, kryzys epidemiczny przyniesie większą monopolizację gospodarek. A raczej ich amazonizację. W wielu krajach Amazon stanie się kluczowym pracodawcą w czasie rekordowego bezrobocia. Już teraz, kiedy część firm bankrutuje, a inne masowo zwalniają, Amazon zaczął rekrutację 100 tys. nowych kurierów i pracowników magazynowych.

Koronawirus wprowadza nas w dekadę nisko opłacanej, pozbawionej osłon socjalnych, nadzorowanej przez algorytmy i w dużym stopniu zautomatyzowanej pracy w magazynach oraz przy dostawach jedzenia na rowerach i skuterach. Część tych stanowisk ma termin ważności: Amazon chce całkowicie zrobotyzować magazyny do 2030 r. Instacart, czyli aplikacja oferująca w USA dowóz artykułów spożywczych do domów (w Polsce jej odpowiednikiem są Szopi czy Glovo), odnotowała w ubiegłym miesiącu 150-proc. wzrost zamówień i chce zatrudnić 300 tys. nowych dostawców.

Równocześnie pandemia może wykończyć część firm z Doliny Krzemowej: WeWork, gigant wynajmujący współdzielone biura, z każdym dniem ma się gorzej. Oferujące mieszkania na doby Airbnb, a także Uber i Lyft masowo tracą klientów, którzy siedzą zamknięci w domach. Firmy jednak nie poddają się bez walki. Uber Eats zaczął współpracę ze sprzedawcami detalicznymi na całym świecie i chce dostarczać do naszych domów nie tylko gotowe dania, ale też produkty spożywcze. Żywność mają dowozić kierowcy „dużego” Ubera, którzy do tej pory wozili ludzi.

Pytanie, na ile epidemia może zagrozić potędze Apple’a mocno zależnego od chińskich fabryk i tamtejszych konsumentów. Na razie fabryki iPhone’ów wznowiły pełną produkcję, a ludzie spędzają więcej czasu przyklejeni do ekranów i wydają więcej pieniędzy na cyfrowe usługi Apple’a.

Dla Facebooka z kolei pandemia jest rzadką szansą, żeby ludzie w końcu zaczęli korzystać z niego tak, jak wymarzył to sobie Mark Zuckerberg: żeby zbliżyć się do siebie i mieć wartościowe interakcje, zamiast rozsiewać dezinformację czy mowę nienawiści. Serwery Facebooka, Instagrama i WhatsAppa przeżywają prawdziwe oblężenie.

Nie oznacza to jednak, że Zuckerberg i reszta nie mają powodów do zmartwień – rynek reklamy, z którego pochodzi większość zysków Facebooka i Google’a, ucierpi z powodu recesji. Epidemia może zatem przyspieszyć dywersyfikację ich modeli biznesowych. Google już od pewnego czasu chce zmniejszyć uzależnienie od reklamy dzięki rozwijaniu innych usług, w tym chmury obliczeniowej.

Pandemia kończy tzw. techlash – krytycyzm mediów oraz presję polityków i regulatorów na firmy z Doliny Krzemowej. Od afery Cambridge Analytica coraz mocniej zarzucano im, że eksploatują nasze dane, niszczą konkurencję czy zagrażają demokracji. Jeszcze niedawno, po kolejnych transmisjach przesłuchań Zuckerberga w Kongresie, można było odnieść wrażenie, że cyfrowi giganci zostaną uregulowani, opodatkowani, a być może nawet podzieleni.

Dzisiaj Mark Zuckerberg i Jeff Bezos mogą powiedzieć: „Bez nas to wszystko by nie działało”.