– Uważaj, bo nie wiem, kto teraz składa złamane ręce – powiedziałam do córki skaczącej po kanapie. Nieładnie tak straszyć dziecko, ale taka była moja pierwsza myśl: to nie czas na wypadki. To nie czas na żadne chorowanie.

Bo wprawdzie wciąż narzekaliśmy na szpitale, na jakość leczenia, jednak wiedzieliśmy, że w razie czego jakieś badania i zabiegi będą dla nas dostępne. Teraz nie jest to już takie oczywiste. NFZ z powodu pandemii nakazał ograniczyć zabiegi i badania do minimum. Straciliśmy poczucie bezpieczeństwa.

Co trzeci Polak ma jakąś chorobę przewlekłą, czyli powód, by regularnie odwiedzać lekarza. Wiele osób już tęskni za kolejkami do specjalisty, a nie wiadomo, kiedy w takiej kolejce znów staniemy.

Nałogowe rzucanie palenia

Według szacunków nawet 10 mln Polaków ma nadciśnienie. Większość zapewne niezbyt się tym przejmowała. „Jestem zdrowy, tylko ciśnienie mam wysokie albo cukier, albo cholesterol”. Niewielu w przewlekłych dolegliwościach widziało tykającą bombę, choć statystyki powinny do tego skłaniać.

Masowo baliśmy się tylko raka. Pokazywało to m.in. badanie Prudential Family Index. Na pytanie: „Jakich poważnych chorób się boisz?”, 65 proc. ankietowanych odpowiedziało, że nowotworów. Choroby układu krążenia budziły strach tylko 6 proc. Polaków, choć to przez nie umiera przedwcześnie niemal połowa z nas.

Po pandemii wyniki takiej ankiety mogą się zmienić. Ciągle przecież słyszymy i czytamy, że osoby umierające przez koronawirusa miały choroby współistniejące: nadciśnienie, cukrzycę, otyłość.

– Nadciśnienie tętnicze grozi niewydolnością nerek, zawałem serca i udarem mózgu. Statystycznie ryzyko zgonu z powodu tych chorób jest większe niż z powodu koronawirusa, ale o zawałach nie słyszymy codziennie w wiadomościach. Przekaz medialny łączący nadciśnienie z ofiarami nowej epidemii może więc przynieść jakiś efekt. Można z tego zrozumieć, że warto o siebie dbać, bo osoby w lepszej kondycji mają większe szanse na pokonanie wirusa – mówi prof. Mariusz Gąsior, kardiolog, kierownik III Katedry i Oddziału Klinicznego Kardiologii w Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu. Specjalista chorób zakaźnych prof. Krzysztof Simon do dolegliwości, które grożą cięższym przebiegiem zakażenia koronawirusem, dodał nikotynizm.

Słowo to wypowiedziane na tle szpitala, w którym umierają zakażeni, zabrzmiało przerażająco – 8 mln Polek i Polaków myślało, że po prostu pali sobie papierosy, a nie że choruje.

– Słyszę teraz, że osoby palące rzucają papierosy. Może ta mobilizacja w dbaniu o siebie się utrzyma – zastanawia się prof. Gąsior. W wielu rodzinach czuć strach. Przyjaciółka martwi się, czy w razie czego karetka przyjedzie do jej ojca. Ma chore nerki. Znajoma jest w trakcie chemioterapii. Obawia się zakażenia, które w jej stanie grozi śmiercią. I boi się, czy szpital nie przesunie terminu wycięcia guza.

Zyskowny wellness

Jeszcze nigdy tyle nie myśleliśmy o zdrowiu. Nigdy wcześniej nie wpisaliśmy słowa „odporność” w internetową wyszukiwarkę tyle razy co w marcu. Wykresy Google Trends pokazują wzrost zainteresowania tym tematem w różnych krajach, w różnych językach. W Polsce rekord padł 12 marca, gdy minister zdrowia powiedział, że mamy pierwszą śmiertelną ofiarę koronawirusa. I że kobieta zmarła z powodu innej choroby – przyjmowała leki obniżające odporność.

„Ludzi ogarnęła zrozumiała obsesja na punkcie poprawy zdrowia i odporności” – podsumowuje Global Wellness Summit skupiający przedstawicieli branży wellness. To specjaliści od poprawy kondycji, równowagi ciała i umysłu. Koronawirus to dla tej gigantycznej branży jednocześnie strata i szansa. Zamknięte spa i szkoły jogi to strata. Ale nasza większa motywacja, by zadbać o zdrowie, to szansa na większe zyski. Najpierw w sieci, potem w realu.

W Polsce w czasach pandemii wellness promuje Narodowy Fundusz Zdrowia. Instytucja kojarzona z urzędniczym żargonem i wycenami „procedur medycznych” teraz namawia do dbania o siebie.

NFZ firmuje treningi w „Pytaniu na śniadanie” TVP, a na YouTube’a wrzuca filmy pod hasłem: „Wsparcie psychologiczne”. Nagle techniki relaksacji weszły do systemowej medycyny.

I dobrze, bo skuteczna terapia to nie tylko leki i zabiegi. W niektórych schorzeniach codzienna dawka ruchu działa lepiej niż tabletka, ale w gabinetach lekarzy takie fakty przebijały się słabo. Większość pacjentów oczekuje od lekarza recepty, a nie wykładu o odchudzaniu.

A w ostatnich latach czasopisma medyczne donoszą nie tylko o nowych terapiach – coraz więcej badań dotyczy zależności między chorobami a stylem życia. Naukowcy sprawdzają, jak jedzenie, sen, stres wpływają na ryzyko zachorowania na raka czy depresję. Przybywa też badań o leczniczych właściwościach ruchu.

Może po pandemii lekarzom łatwiej będzie się przebić z takimi informacjami. Przechodzimy przecież teraz powszechny kurs medycyny holistycznej. Tematy, na które dotychczas było miejsce tylko w zdrowotnych czy kobiecych działach serwisów informacyjnych, awansują na główne strony. Tak było na przykład, gdy do dbania o odporność zachęciła Polska Akademia Nauk. Opublikowała tekst immunologów, którzy wypunktowali, co obniża odporność (używki, zaburzenia snu, zła dieta i brak ruchu), i zalecili m.in. przejście na dietę roślinną.

Wegeinspiracje podsuwa również dietetyczny serwis prowadzony przez NFZ. Od zeszłego roku można tu bezpłatnie znaleźć zdrowe przepisy czy zaplanować całą dietę z gotową listą zakupów. W styczniu portal miał już 250 tys. zarejestrowanych użytkowników.

I dobrze – im więcej dostajemy informacji o zdrowym stylu życia, tym większa szansa, że unikniemy choroby.

NHS, brytyjski odpowiednik NFZ, też prowadzi serwisy z poradami dietetycznymi. Oczywiście sensowna profilaktyka nie powinna się kończyć na materiałach zamieszczonych w internecie i nie każdy chce dbać o formę z Anną Lewandowską czy inną celebrytką.

Miesiąc temu w sondażu CBOS działania NFZ pozytywnie oceniło 43 proc. Polaków. To najlepszy wynik tej instytucji od 2010 r.

 

Nadmierna miłość do suplementów

W tekście o odporności opublikowanym przez Polską Akademię Nauk jest ostrzeżenie dotyczące suplementów. „Wszelkie preparaty witaminowe, mieszanki minerałów i witamin, naturalne wyciągi roślinne i zwierzęce, a w szczególności preparaty homeopatyczne, które przedstawiane są jako wzmacniacze odporności, nie mają żadnego znaczenia dla rozwoju odporności przeciwzakaźnej. Nigdy nie wykazano ich działania wspomagającego pracę układu odpornościowego, a ich reklamowanie jako preparatów wzmacniających odporność jest zwykłym oszustwem” – ostrzegają immunolodzy.

Ale ich nie słuchamy, bo kochamy suplementy diety. Już w 2018 r. wydaliśmy na witaminy, minerały, probiotyki, preparaty na odporność, na trawienie, na mocne włosy itp. 5,4 mld zł – podaje PMR Market Experts.

Przez pandemię ta kwota będzie pewnie jeszcze większa. Jak wynika z danych firmy analizującej rynek farmaceutyczny PEX PharmaSequence, w porównaniu z lutym w marcu nasze wydatki na leki bez recepty wzrosły o 56 proc., a na suplementy diety – o 30 proc.

Pełna apteczka daje poczucie, że o siebie dbamy. Oprócz witaminy D i C kupiliśmy cynk, który dotychczas nie cieszył się w Polsce szczególną popularnością. Amerykanie sięgają po niego, gdy dopada ich przeziębienie, choć odradza się go ze względu na skutki uboczne. W czasie koronawirusa cynk zrobił jednak ogólnoświatową karierę, gdy do sieci wyciekły porady prof. Jamesa Robba. Specjalista od wirusów napisał do znajomych, jak mają się przygotować na nową zarazę: radził m.in., by na początku infekcji ssać tabletki cynku.

W Polsce o liście Robba napisał 8 marca serwis OKO.press. Na drugi dzień farmaceutka z Wilanowa powiedziała mi, że wyprzedał się cały zapas cynku do ssania.

W czasie pandemii chcemy poznawać sposoby na wzmocnienie. To ułatwia zadanie ambasadorkom suplementów, twarzom batonów regeneracyjnych i innych specyfików. Pozują na Instagramie z produktami, a posty o odporności, za które dostają pieniądze, wyglądają teraz bardziej naturalnie.

Jeszcze więcej motywacji

Już samo zamknięcie w domu szkodzi psychice, nie wspominając o zdalnej pracy połączonej ze zdalną szkołą. A to oznacza, że zawsze jest coś, co można ludziom podpowiedzieć albo sprzedać, bo nie zawsze doczytają skład na produktach. Nawet kosmetyki mają więc teraz wymiar zdrowotny. Influencerki wrzucają do sieci zdjęcia z maseczką na twarzy, podkreślając, że to rytuał antystresowy. A stres – jak wiadomo – obniża odporność.

Pandemia wzmacnia pozycję specjalistów od dobrego samopoczucia, samoleczenia i poprawy kondycji fizycznej. „Nasze zdrowie jest w niebezpieczeństwie. Wellness chce wypełnić pustkę” – tak zatytułował tekst o tym zjawisku „New York Times”. Przemysł wellness kojarzył się dotychczas powszechnie z urodą lub wyrafinowaną rozrywką – można korzystać, ale nie trzeba. Skoro jednak nawet NFZ namawia do uważnego oddychania, czas uznać, że medycyna to nie tylko wizyty u lekarzy.

„Przed epidemią wellness łączony był z procesem ciągłej poprawy siebie, samorozwoju. Teraz nadszedł czas, aby marki z tej branży pomogły konsumentom przejąć kontrolę nad zdrowiem” – ocenia międzynarodowa agencja marketingowa Mintel.

Ćwiczenia i medytacja awansowały do ligi środków pierwszej potrzeby dla przemęczonych, zestresowanych i przerażonych możliwością utraty pracy. W internecie mnóstwo jest programów treningowych i kursów. Z wielu można teraz skorzystać bezpłatnie. Zapisałam się na najpopularniejsze wykłady w historii Uniwersytetu Yale – The Science of Well-Being (nauka o dobrym samopoczuciu). A ponieważ nie biegam, ćwiczę w salonie z Ewą Chodakowską.

Czy ta zwiększona motywacja do dbania o siebie zostanie z nami na zawsze, czy minie po kwarantannie?

Wiele zależy od tego, jak długo system zdrowia będzie nastawiony na walkę z koronawirusem. Nawet jeśli to tylko chwilowy zryw, może pomóc nam odzyskać poczucie kontroli w sytuacji, która jest źródłem gigantycznego stresu i lęku. I lepiej ćwiczyć na podłodze przez miesiąc niż wcale.

Możliwe, że wirus jesienią znowu zamknie nas w domach. A może zamkną nas pracodawcy, którzy po przetestowaniu pracy zdalnej stwierdzą, że nie opłaca się wydawać fortuny na biuro. Zapewne nie będziemy już tak mobilni jak kiedyś, więc lepiej kojarzyć bycie w domu z szansą na wartościowe spędzanie czasu niż z przerażającą rutyną.

Internet, który zapełnił się relacjami o umytych oknach, posprzątanych szafach i posiłkach ugotowanych z resztek, pomaga znaleźć nowy sens w codziennych obowiązkach.

Sprzątanie po godzinach siedzenia przed komputerem wygląda teraz jak aktywny relaks, a czasochłonne hobby – robienie na drutach czy układanie puzzli – obniża stres i pomaga rzucić palenie.

Okazało się, że dom może działać jak spa.

Halo, panie doktorze?

Domowy wellness całej medycyny jednak nie zastąpi. Odwołane zostały wizyty i zabiegi, za to rozwijają się teleporady. Podstawowa opieka zdrowotna, czyli przychodnie działające w ramach NFZ, do których chodzimy z chorym dzieckiem czy z grypą, i tak miały od tego roku konsultować przez telefon. Prywatne przychodnie już takie usługi miały. Podstawowa opieka zdrowotna to jednak nie wszystko.

Co w czasie pandemii stanie się z milionami Polaków, którzy chorują przewlekle i potrzebują konsultacji ze swoim kardiologiem czy neurologiem? Albo tysiącami osób w trakcie leczenia raka lub po nim z wyznaczonymi wizytami kontrolnymi u onkologa? Na szczęście NFZ szybko zdecydował, że zapłaci specjalistom za telekonsultacje.

– Paradoksalnie to, co normalnie wymagałoby wielu rozmów i przygotowań, nagle stało się codziennością. Pomogło niedawne wprowadzenie e-recept – mówi prof. Gąsior. Lekarze szybko przeszli na teleporady. – Większość osób, które są w trakcie leczenia, m.in. po zawale, z niewydolnością serca, chorobą wieńcową czy zaburzeniami rytmu serca, może być skonsultowana w zaplanowanym terminie. Na przełomie marca i kwietnia udzieliliśmy w sumie 2,8 tys. porad, z czego aż 2,4 tys. przez telefon. Z kierownikiem poradni dr. Marcinem Świeradem i zespołem lekarzy ustaliliśmy, że z wyprzedzeniem zadzwonimy do zapisanych na wizytę pacjentów i zaproponujemy im teleporadę. Tylko kilka procent pacjentów rezygnuje z takiej formy kontaktu z lekarzem – podkreśla prof. Gąsior. Jeszcze niedawno większość chorych byłaby pewnie oburzona, że zamiast stać pod gabinetem, mają czekać na kontakt z lekarzem na swojej kanapie. Ale gdy słyszymy od znajomych, że ich wizyta jest odwołana, dzwoniący lekarz wydaje się luksusem. Jak to wygląda w praktyce? – Lekarz przed rozmową ma dostęp do elektronicznej karty pacjenta, widzi historię jego choroby i wyniki badań. Sprawdziliśmy, że teleporady trwają tyle co wizyta w realu – 15-20 minut. A lekarz tak jak po normalnej wizycie zapisuje dane zebrane z wywiadu i objawy zgłaszane przez chorych – tłumaczy prof. Gąsior.

Zaznacza, że 15 proc. chorych musi fizycznie pojawić się w poradni w Zabrzu, bo wymaga np. zdjęcia szwów po zabiegu albo podczas teleporady lekarz uznał, że konieczny jest przyjazd do szpitala. – Także wizyta nowego pacjenta, który nie ma jeszcze diagnozy, wymaga konsultacji stacjonarnej i badań.

Przez telefon konsultowanych jest też wielu chorych na raka. – W najbliższych dniach planujemy uruchomienie aplikacji internetowej, w której pacjent może odpowiadać na pytania dotyczące skutków leczenia i swojego samopoczucia. Lekarz, patrząc na odpowiedzi, będzie mógł mieć pełniejszy zdalny nadzór nad chorym i będzie mógł zareagować, gdy jakaś odpowiedź będzie niepokojąca – zapowiada onkolog prof. Lucjan Wyrwicz, kierownik Kliniki Onkologii i Radioterapii w Narodowym Instytucie Onkologii – Państwowym Instytucie Badawczym im. M. Skłodowskiej-Curie w Warszawie.

Żeby teleporada pacjenta z choroba przewlekłą miała sens, to jego karta, wyniki badań muszą być dostępne na komputerze lekarzy. Kto jest opóźniony w dziedzinie cyfryzacji, musi teraz szybko nadgonić.

Pandemia oznacza więcej pracy dla firm informatycznych obsługujących placówki medyczne.

– Szacuje się, że obecnie nawet 80 proc. konsultacji lekarskich odbywa się w sposób zdalny. Nieprzekonana do tej formy część społeczeństwa i personelu medycznego musiała błyskawicznie przystosować się do nowej sytuacji. Widzimy ogromny wzrost zainteresowania tymi narzędziami. Wdrażają je albo mają to w planach już nie tylko podmioty prywatne, ale też placówki publiczne – mówi Krzysztof Groyecki, wiceprezes Asseco Poland, jednej z największych firm informatycznych w Polsce. Prywatnie – dzięki połączeniu wideo – można się skonsultować z alergologiem, a nawet okulistą. Znajoma po operacji kręgosłupa spotyka się w ten sposób z fizjoterapeutą. Ministerstwo Zdrowia chce umożliwić taką usługę także w ramach NFZ i zamierza płacić za telerehabilitację. Skorzystać będą mogły osoby po operacjach, zawałach czy z chorobą Parkinsona. Czy po pandemii teleporady staną się standardową usługą? Czy zrezygnujemy z niektórych wizyt u lekarza na rzecz telefonu? Wiele zależy od samych lekarzy, od tego, czy uda im się zostawić nas z wrażeniem, że naprawdę jesteśmy pod ich opieką. Na pewno wszystkie rozwiązania, które pomogą obsłużyć dziennie więcej pacjentów, będą w cenie. Już przed pandemią mieliśmy przepełnione szpitale i kolejki do leczenia, a po niej nastąpi kumulacja zabiegów odwołanych i bieżących, więc trzeba będzie skrócić pobyty w szpitalu. Żeby rozładować kolejki i żeby było taniej, bo pobyt w szpitalu jest potwornie drogi.

Im mniej szpitala, tym lepiej

NFZ mógłby zrobić giełdę pomysłów dla szpitali. Uczyłyby się od siebie nawzajem sensownych rozwiązań. Oto dwa, które nie zatrzymują pacjentów w szpitalnych łóżkach. W klinice przy Wawelskiej w Warszawie działa chemioterapia domowa, którą NFZ zatwierdził w marcu. – Tworząc taką możliwość, nie mieliśmy świadomości zagrożenia epidemiologicznego, a okazało się, że to optymalne rozwiązanie na teraz – mówi prof. Wyrwicz. Jak działa chemioterapia domowa? – Część pacjentów z nowotworami układu pokarmowego dostaje do domu infuzory napełnione lekiem. To specjalne butelki, które powoli podają lek. Podłącza się je do portu naczyniowego wszytego pod skórę. W naszej klinice w ciągu tygodnia wydajemy ok. 70 infuzorów. Tym samym zastępujemy konieczność hospitalizacji tych chorych i uwalniamy do innego wykorzystania około 20 łóżek szpitalnych – tłumaczy prof. Wyrwicz.

W domu chory jest też mniej narażony na zakażenie koronawirusem niż w szpitalu.

Z kolei klinika w Zabrzu dowodzi, że można usprawnić opiekę nad chorymi z niewydolnością serca, których mamy niemal milion. – To głównie oni leżą na oddziałach kardiologicznych i internistycznych. Co czwarty-piąty chory w ciągu kilku miesięcy wraca na oddział szpitalny, bo jego stan się pogarsza, cierpi z powodu obrzęków i duszności. W Zabrzu prowadzimy dzienny oddział dla takich chorych i teleporady. Podajemy dożylnie leki, robimy badania, suplementujemy potas, czyli działamy prewencyjnie, chronimy chorych przed takim pogorszeniem ich stanu zdrowia, który zmusi ich do pobytu w szpitalu – mówi prof. Gąsior z Zabrza. Czyli chorzy przychodzą do szpitala w dobrej kondycji na jeden dzień, żeby nie jechać do szpitala na tydzień lub dłużej, gdy poczują się fatalnie.

Trzeba najpierw wydać pieniądze, żeby w przyszłości zaoszczędzić. Dla NFZ ta prawda zawsze była trudna do przyjęcia. Może pandemia to zmieni.

Katarzyna StaszakKatarzyna Staszak Fot. Agencja Gazeta

Katarzyna Staszak – współzałożycielka serwisu dla chorych na raka Mednavi.pl, wcześniej redaktorka naczelna magazynu „Tylko Zdrowie” w „Gazecie Wyborczej”