Prof. Dariusz Jemielniak, wykładowca na Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie, odbiera ode mnie telefon w Massachusetts w USA. Jest profesorem wizytującym na MIT Center for Collective Intelligence i podobnie jak pozostali pracownicy na czas epidemii został poproszony o zostanie w domu.

Joanna Sosnowska: Rośnie liczba osób zakażonych nowym koronawirusem, ale pan jest gotów do rozmowy o pozytywnych skutkach epidemii.

prof. Dariusz Jemielniak*: Dla mnie szczególnie pozytywną stroną przymusowego odosobnienia jest gwałtowny rozwój tego, co nazywamy “społeczeństwem współpracy”. Napisałem o tym książkę razem z Aleksandrą Przegalińską. Ludzie wykorzystują technologie, żeby coś robić razem. Jednym z przejawów jest praca zdalna, która już od kilku lat jest coraz chętniej wybierana (w USA wzrost o 150 proc.). Teraz te kilka tygodni wymuszonej pracy z domu prawdopodobnie spowoduje, że ludzie wreszcie przestaną się jej bać i wytworzą sobie nowe nawyki.

Prof. dr hab. Dariusz Jemielniak jest pracownikiem naukowym katedry MINDS (Management in Network and Digital Societies) w Akademii Leona Koźmińskiego oraz Center for Collective Intelligence na Massachusetts Institute of TechnologyProf. dr hab. Dariusz Jemielniak jest pracownikiem naukowym katedry MINDS (Management in Network and Digital Societies) w Akademii Leona Koźmińskiego oraz Center for Collective Intelligence na Massachusetts Institute of Technology 

- Jednak praca zdalna ma swoje minusy: dodatkowe kanały komunikacji, większy szum informacyjny, samotność.

- Pełna zgoda. Nie twierdzę, że praca zdalna jest odpowiedzią na wszystkie problemy. Oczywiście występuje i problem osamotnienia, i tego, że praca zespołowa często wymaga komunikowania się ad hoc - wychylenie się przez biurko i zadanie pytania jest łatwiejsze i szybsze niż komunikator. Z drugiej strony praca w biurze też ma wady: nie można się tak łatwo skoncentrować, cały czas ktoś zawraca głowę. Postawiłbym ostrożny znak równości między liczbą wad i zalet pracy zdalnej oraz na miejscu. Jestem członkiem Rady Powierniczej Fundacji Wikimedia i wiem, że połowa naszych pracowników pracowała zdalnie jeszcze przed epidemią koronawirusa. Większość zebrań mamy za pośrednictwem środków komunikacji elektronicznej - jesteśmy gotowi na epidemię. Można prowadzić ogromną organizację działającą w skali globalnej w sposób zdalny. Ile razy była pani na zebraniu czy spotkaniu, które było kompletnym marnotrawstwem czasu?

- Niestety, zbyt często.

- No właśnie. A przecież oprócz czasu poświęconego na samo zebranie trzeba doliczyć czas dotarcia na nie. A mogłaby pani uczestniczyć w spotkaniu zdalnie. Oczywiście istnieje zagrożenie, że nie wszyscy uczestnicy i uczestniczki takiej wideokonferencji będą w tym samym stopniu zaangażowani. Ale można też wprowadzić zasadę, że w zebraniu biorą udział wyłącznie osoby, które są na nim niezbędne. W korporacjach wciąż pokutuje myślenie, że "poważniej" jest się spotkać osobiście. A przecież spotkanie w wirtualu jest dużo łatwiejsze. Często też po prostu wolimy spotkać się osobiście, ale to pewna społeczna fanaberia. Jesteśmy stworzeniami dosyć prymitywnymi, od 100 tys. lat właściwie się nie zmieniliśmy, więc mamy pewne rytuały i zachowania społeczne wynikające z zachowań stadnych.

- Nie sądzi pan, że wciąż wielu menedżerów uważa, że “praca zdalna to nie praca”?

- I właśnie wymuszenie izolacji spowoduje, że będą musieli się dostosować. Ludzie ogólnie nie mają zaufania, ale teraz nie mamy wyjścia. Ten rodzaj pracy wymusza większą kontrolę rezultatów niż procesów. Czyli zamiast patrzeć, czy pracownik prawidłowo wykonuje dane zadanie, sprawdzamy ostateczny efekt. Da się pracować w sposób, który nie wymaga stałego nadzoru nad tym, jak ktoś pracuje.

- Ale praca zdalna wymaga też zmiany od pracowników. Jedną z najbardziej pożądanych zdolności przyszłości ma być umiejętność pozostania skupionym na zadaniu. W warunkach pracy zdalnej bywa z tym różnie. 

- Jedną ze zmian cywilizacyjnych będzie to, że umiejętność skupienia będzie rzadka. Technologie dały nam możliwość wykonywania kilku czynności na raz (tzw. multitasking), ale zdolności kognitywne mamy te same co 100 tys. lat temu. Nie jesteśmy dostosowani do multitaskingu, który polega tak naprawdę na błyskawicznym przełączaniu się między zadaniami ze złudzeniem robienia ich naraz - odpowiadamy na maila, a kilka sekund później już przeskakujemy do innego zadania, a potem znów wracamy do pierwszego. Człowiek ma w ten sposób poczucie zapracowania, ale nie ma efektów. Rozwiązaniem mogą być dodatki do przeglądarki, które np. na czas wykonania danego zadania wyłączają media społecznościowe na określony czas. Są techniki np. Pomodoro, które sugerują, żeby np. 20 min robić tylko jedną rzecz, a potem można sobie pozwolić na przyjemności. Tego rodzaju rozwiązania na pewno trzeba będzie wdrażać, bo ludzie na początku pracy zdalnej mogą się zachłystywać wolnością, tym, że mogą sobie chodzić w kapciach. A koniec końców będą rozliczani, więc szybko będzie musiała się pojawić umiejętność efektywnego wykonywania zadań.

- Praca zdalna zostanie z nami na dłużej?

- Współpraca ludzi online za pośrednictwem technologii teraz się gwałtownie nasili. To będzie nieodwracalna zmiana cywilizacyjna. Ludzie przeskoczą własną inercję - zarówno szefowie, jak i pracownicy. Nawet patrząc na moją własną uczelnię, Akademię Leona Koźmińskiego, która jest naprawdę bardzo zaawansowana technologicznie i sprawna organizacyjnie, widać, że gwałtowne przejście na funkcjonowanie w czasie wymuszonej izolacji było pewnym wysiłkiem.

- Prowadzicie zajęcia online?

- Tak, mamy systemy do e-learningu i komunikacji. Jestem też zaangażowany w projekt InstaLing wykorzystywany bezpłatnie w szkołach publicznych do nauki słówek języków obcych i w statystykach zauważyliśmy w ciągu ostatniego tygodnia ogromny skok. Gwarantuję pani, że osoby, które z tego korzystają, w ciągu najbliższych tygodni nauczą się więcej niż w szkole.

- A efekty takiego nauczania są porównywalne do uczenia tradycyjnego?

- Na to pytanie nie ma prostej odpowiedzi. Jeśli e-learning traktujemy jako kurs internetowy, to efekty będą zerowe. To trochę tak jak z kupieniem karnetu na siłownię w ramach postanowienia noworocznego: owszem, w pierwszym tygodniu będziemy coś robić, a potem zapomnimy i więcej na siłownię nie zajrzymy. To głównie pieszczenie swojego ego. Natomiast nauka, jaką oferuje InstaLing, jest wsparciem dla nauki w szkole - uczeń może już w domu uczyć się słówek, a nauczyciel ma pełen wgląd w jego postępy. Takie rozwiązanie jest lepsze niż zarówno e-learning, jak i zwykła nauka tradycyjna. Mamy w ten sposób monitoring: nauczyciel wie, w ile dni uczeń wykonał pełną sesję nauki. Z badań wiemy, że jeśli ktoś wykona pełną sesję kilka dni w tygodniu, to się po prostu nauczy. Liczba poprawnych powtórek jest lepszym predyktorem tego, że ktoś się nauczy, niż jego IQ.

- Powołuje się pan na społeczeństwo współpracy - zaobserwował pan, czy w ciągu ostatnich tygodni jest więcej tego typu zachowań?

- Mnóstwo. Ludzie skrzykują się spontanicznie w mediach społecznościowych, żeby robić dla siebie zakupy. Powstają listy aktywności, które można wykonywać z dziećmi. Powstają też listy narzędzi online, które można wykorzystywać. Moja córka bawiła się ostatnio przez internet z córką Aleksandry Przegalińskiej, współautorki książki “Collaborative Society” (MIT Press, wydanie polskie już niedługo). Tego rodzaju zachowania będą coraz powszechniejsze. Społeczna odpowiedzialność polega dziś na siedzeniu w domu, więc instynkty społeczne będziemy przenosić do sieci i naturalnie będziemy coraz częściej korzystać z narzędzi internetowych.

*Prof. dr hab. Dariusz Jemielniak jest pracownikiem naukowym katedry MINDS (Management in Network and Digital Societies) w Akademii Leona Koźmińskiego oraz Center for Collective Intelligence na Massachusetts Institute of Technology