"Próbowałem przeczytać książki Olgi Tokarczuk, nigdy nie dokończyłem" – wyznał w telewizji Piotr Gliński. Minister kultury nie wyglądał na specjalnie zawstydzonego, że poległ na książkach polskiej pisarki już nagradzanej w świecie i wysoko obstawianej w noblowskim rankingu.

Ale stop, nie zaczynajmy znów załamywać rąk nad upadkiem czytelnictwa. Nie o nie chodzi w tej historii, lecz o wstyd.

Wstyd, który jeszcze niedawno nie pozwoliłby się przyznać ministrowi, profesorowi nauk humanistycznych i wykładowcy akademickiemu, że nie przeczytał żadnej książki jednej z najważniejszych współczesnych pisarek.

Disco polo

Półtora roku temu „Wyborcza” zapytała swoich czytelników, czego się wstydzą. Wyniki nie były szczególnie wstrząsające. Czytelnik „Wyborczej” jest liberalny lub lewicujący, więc wstydziliśmy się przede wszystkim działalności rządzących (84 proc.), zaściankowości religijnej (65 proc.) i rosnącego nacjonalizmu/rasizmu (64 proc.).

Ciekawa była dopiero końcówka rankingu. Tylko 7 proc. respondentów wstydzi się skandali korupcyjnych. 5 proc. – słuchania disco polo. Tylko 2 proc. – biedy w kraju.

Dlaczego te odpowiedzi są tak ważne? Przecież to ubóstwo materialne, społeczne – np. przyzwolenie na korupcję – i kulturowe było czymś, czego się przez lata wstydziliśmy. Szliśmy za rozbudzanymi aspiracjami, chcieliśmy być zamożniejsi, nowocześniejsi, bardziej „zachodni”.

Dlaczego zatem minister kultury nie wstydzi się tego, że nie czyta, a disco polo przestało być symbolem przaśnej prowincjonalnej kultury? Nad tym pytaniem zastanawia się Marcin Hinz, antropolog kulturowy. Jego wniosek: „Wstyd się kończy. A przynajmniej ten wstyd, który odnosi się do niespełniania wzorców”.

Hinz przyjrzał się wynikom badania czytelnictwa Biblioteki Narodowej, które przeszło dekadę temu wstrząsnęły opinią publiczną. Od dawna nie są one szczególnie optymistyczne, ale zwykle utrzymywały się na stałym poziomie: 54-56 proc. dorosłych Polaków twierdziło, że przeczytało przynajmniej jedną całą książkę w ciągu roku. Aż tu w 2006 r. odsetek ten spadł do 50 proc. Dwa lata później, w 2008 r., do 38 proc. Następnie trochę wzrósł, ale od niemal dekady utrzymuje się na poziomie około 40 proc.

– Czyli w ciągu ledwie kilku lat odwróciły się proporcje czytających i nieczytających. Zaintrygowało mnie to bardzo – opowiada Hinz. W pierwszej kolejności oczywiście sprawdził, czy nie zmieniła się metodologia, co mogłoby wytłumaczyć tak nagły spadek czytelnictwa. Nie. Co więcej, za spadkiem czytelnictwa nie szedł też podobnie drastyczny spadek sprzedaży książek.

Działy się natomiast inne ważne rzeczy. W tym samym czasie skokowo przybyło Polaków mających w domu internet (w latach 2004-09 liczba gospodarstw domowych z dostępem do sieci wzrosła z 25 do 59 proc.). Spopularyzowały się media społecznościowe (Facebook w 2004 r., YouTube w 2005 r.) i zaczęła się smartfonowa rewolucja (pierwszy iPhone to 2007 r.). Do tego już cztery lata byliśmy w Unii.

– To oczywiste, że wraz z mobilnym internetem i mediami społecznościowymi pojawiła się możliwość większej anonimizacji praktyk kulturowych – mówi Hinz. Innymi słowy, umowne disco polo czy kabaretowe maratony można konsumować dyskretnie, prywatnie i z dala od oczu innych, bez ryzyka zawstydzenia.

– A z drugiej strony zachowania i zainteresowania, które wcześniej wydawały się nam niszowe i wstydliwe, nagle okazywały się mieć o wiele szerszego odbiorcę. Skoro teledysk disco polo ma 100 mln odtworzeń na YouTubie, to nieprawda, że „nikt tego nie słucha” – opowiada Hinz. A więc i ja mogę słuchać bez wstydu.

Hinz: – Od tego był już tylko krok, by „wstydliwe” praktyki stały się mainstreamowe. W efekcie ludzie mniej masowo zaczęli udawać, że czytają. Po co mieliby dbać o to, że wypada, po co oszukiwać siebie i innych, skoro odkryli, że takich jak oni jest więcej.

Ona tańczy dla mnie

Tę tezę poniekąd potwierdza wykaz ulubionych książek Polaków. Pierwsza trójka, czyli „Potop”, „Krzyżacy” i „Quo vadis”, to nie tylko lektury szkolne, ale także książki, których ekranizacje biły kinowe rekordy. To oznacza, że nawet nie trzeba przestawać się wstydzić - łatwo samego siebie przekonać, że się je zna.

Wybuch popularności disco polo również pokazuje, że strategie zawstydzania przestały działać. Przez lata ta subkultura funkcjonowała z łatką „Polski bardzo B”. Potem nieśmiało i trochę ironicznie zaczęła wchodzić do telewizyjnego i internetowego prime time’u.

„Ona tańczy dla mnie” biła rekordy na YouTubie, Wojskowa Akademia Techniczna w 2008 r. zorganizowała koncert zespołów Akcent, Boys i Topless podczas juwenaliów, a wielka gala z okazji 25-lecia disco polo na Stadionie Narodowym wyprzedała się na pniu. W TVP zaczęli brylować ignorowani przez lata muzycy.

Zauważają to Monika Borys w książce „Polski bajer” oraz Judyta Sierakowska w zbiorze reportaży „Nikt nie słucha”. Obie świeżo wydane i obie właśnie o fenomenie boomu na disco polo. Pierwsza jest analizą kultury remizy, druga opowiada historie poszczególnych wykonawców. Jednak wspólnym mianownikiem bohaterów obu książek jest wstyd przyklejony do disco polo przez elity przywiązane do własnego inteligenckiego – wówczas jeszcze – etosu i do aspiracyjnej wizji kulturalnego Zachodu.

– Ale otworzyły się granice i nagle w przyspieszonym tempie odkryliśmy, że ten wyidealizowany Zachód wcale aż tak bardzo nie różni się od nas, wcale nie jest tak świetnie wykształcony i wysublimowany – zauważa Hinz.

Porno i "Praga-Połódnie"

W swoim badaniu antropolog nie bez powodu przywołuje literaturoznawcę prof. Przemysława Czaplińskiego: „Społeczna maszyneria wstydu była jedną z najsubtelniejszych i najważniejszych dla rozwoju nowoczesności. Aż do czasów polskiej transformacji odwoływanie się do poczucia wstydu było strategią oddziaływania na społeczeństwo”.

– Wstyd miał wskazywać odpowiednie kierunki działania, odpowiednie wypełnianie norm. A normą było dążenie do stania się zachodnim społeczeństwem. Przez lata więc biczowaliśmy się właśnie tym, że nie jesteśmy wystarczająco zachodni, nowocześni i postępowi – zauważa dr Helena Chmielewska-Szlajfer z Katedry Zarządzania w Społeczeństwie Sieciowym Akademii Leona Koźmińskiego.

Tej samej metody elity próbowały użyć, żeby zahamować spadek czytelnictwa. Ruszyła głośna akcja pod hasłem: „Nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka”. Za późno. Nie zadziałała.

I nie chodzi tylko o czytelnictwo. Patryk Jaki pomylił w klipie wyborczym warszawską Pragę z czeską, a zamiast „Praga-Południe” napisał na billboardach „Praga-Połódnie”. Polityczni przeciwnicy lansowali w mediach społecznościowych hasztag #JAKIwstyd. Co zrobił Jaki? Posłużył się nim, żeby poskarżyć się wyborcom, jak bardzo jest szykanowany przez elity. Nie czuł wstydu, podobnie jak jego wyborcy.

Nagość? „To waluta naszych czasów” - wyznaje bohaterka „Euforii”, głośnego serialu HBO o życiu intymnym i nie tylko nastolatków. Seks? Kim Kardashian zbudowała na nim całą karierę. Oglądanie porno to już żaden wstyd, przecież wszyscy to robią, a serwis PornHub prowadzi działalność charytatywną.

Wykorzystanie seksualne? Poważna sprawa i internauci – choć to pojęcie powinno przejść do lamusa, bo to już nie specyficzna grupa, tylko my wszyscy – natychmiast osądzą Romana Polańskiego czy Woody’ego Allena za przestępstwo sprzed lat. A jednocześnie czy ktoś jeszcze pamięta o zarzutach choćby wobec Wojciecha Fibaka? W 2013 r. to była głośna historia, ale trzeba przegrzebać czeluści Google’a, żeby sobie o niej przypomnieć. Oburzamy się, ale tylko na chwilę. Piętnujemy tak długo, aż pojawi się kolejny winny, którego przewinienie przykryje – w czasach nadmiaru informacji i szybkiej utraty uwagi właściwie unieważni – poprzedni występek.

Płaskoziemcy, antyszczepionkowcy...

Niepoprawne politycznie naigrawanie się z mniejszości seksualnych, innych ras, kobiet, niepełnosprawnych, chorych? Nie wypada, ale jest tego pełno. I nie tylko na marszach nacjonalistów, ale też w studiach telewizyjnych, w wykonaniu takich ulubieńców publiczności jak Filip Chajzer, który udaje na żywo, na wizji, w żenujący sposób atak paniki, jeśli nie całuje w programie przypadkowych kobiet bez ich zgody. A jeśli całuje, to potem przeprasza, ale wstydu po nim nie widać. Bo taka konwencja.

Obciachowy gust? Dwie pierwsze książki z bardziej żenującej niż erotycznej trylogii Blanki Lipińskiej rozeszły się w nakładzie przekraczającym 500 tys. egzemplarzy.

Niewiedza? Tysiące osób na kanale „Matura to bzdura” mają problem z pytaniami w rodzaju „gdzie leży Szczecin”, a na prośbę o wytłumaczenie, co oznacza „podaż”, odpowiadają ze śmiechem „podasz mi łapę”. Nikt ich nie złapał w ukrytej kamerze. Wiedzą, że zobaczą ich setki tysięcy ludzi – a jednak nie wyglądają na szczególnie zawstydzonych.

– Może te 10 lat temu, jak startowaliśmy, ludzie byli zaskakiwani formułą. Ale dziś już każdy wie, o co chodzi. Z każdym podpisujemy umowę, w której zgadza się na wykorzystanie swojego wizerunku – opowiada Adam Drzewicki, twórca tego niezwykle popularnego kanału na YouTubie. – Zaledwie kilka razy zdarzyło się, że ktoś żałował i chciał skasowania filmiku. Nawet osoby publiczne, które się zbłaźniły, tego nie robią. Niedawno znany raper Bedeos nie potrafił odpowiedzieć na pytanie, ile jest sześć razy sześć. Internety go wyśmiały, a on przełknął to bez większego problemu.

Rosną rzesze antyszczepionkowców, płaskoziemców, a ostatnio przeciwników sieci 5G walczących z promieniowaniem. Robert Majka, poseł na Sejm RP, najzupełniej poważnie pisze interpelację z zapytaniem, czy polski rząd, zgadzając się na budowę sieci internetowych, wie, że doprowadzi to do depopulacji, bo promieniowanie zabija ludzi. Młoda, popularna – i wykształcona – aktorka Jessica Biel ramię w ramię z Robertem F. Kennedym Juniorem wspiera amerykańskie organizacje antyszczepionkowe.

Celebryci i szarzy Nowakowie/Smithowie/Mullerowie bez zażenowania podważają badania naukowe i głosy autorytetów. Hasło „samodzielne myślenie” uzasadnia dziś ignorancję.

Zmienił się sposób komunikowania. Każdy – nie tylko profesor, gwiazda, polityk, publicysta lub skandalista – ma dostęp do mediów. Może publicznie oraz głośno wyrażać swoje zdanie i jeżeli tylko potrafi się przebić, to zmienia społeczne wzorce i normy tak samo jak osoba publiczna – bo sam nią jest. – Więc wstyd też musiał się zmienić. Przestajemy się wstydzić łamania tych zasad, które kiedyś były uniwersalne. Dziś już nie obowiązują tak ściśle – tłumaczy dr Chmielewska-Szlajfer.

#WstydźSię!

Chris Hughes, jeden ze współzałożycieli Facebooka, kilka miesięcy temu w CNN jasno stwierdził, że teraz to media społecznościowe wyznaczają nowe wzorce. Jednym z nich jest nabieranie odporności na wstyd.

Pytam bliskich, kiedy się ostatnio wstydzili i co ich zawstydza. Młodszy brat, który mieszka i pracuje w Wielkiej Brytanii. – Wiesz, chyba już niewiele. Porno? Disco polo? A co to kogo interesuje? Twoja sprawa, co cię kręci. Ale wiesz, Brytyjczycy nadal się wstydzą. Tylko czego innego. Tu nie wypada okazywać najmniejszego przejawu rasizmu czy dyskryminacji. Nawet dresy sobie na takie zachowanie nie pozwalają – opowiada. Po chwili zastanowienia dodaje: – Co prawda to reguluje prawo, i to prawo bardzo restrykcyjnie stosowane choćby w pracy.

Przyjaciółka, matka nastoletniej córki: – Ja się jeszcze wstydzę, ale gdy widzę, jakim językiem posługują się nastolatki, te grzeczne dziewczynki z dobrych rodzin, jak przerzucają się w wiadomościach naprawdę ostrymi wulgaryzmami, to widzę, że ich to nie rusza. One dorastają w świecie, w którym internet usunął wszelkie tradycyjne grzecznościowe formy. Nie czują wstydu, że łamią jakieś stare zasady, bo one dla nich nie istnieją.

A może to dobrze? Bo, myślisz sobie, z jednej strony upada kwestia smaku, ale z drugiej - to ostateczny krach systemu sterowania społeczeństwem za pomocą wstydu? Błąd.

We współczesnym zawstydzaniu łatwo na przemian zostać ofiarą i sprawcąWe współczesnym zawstydzaniu łatwo na przemian zostać ofiarą i sprawcą Fot. Getty Images

„#WstydźSię!” – to polski tytuł książki Jona Ronsona, dziennikarza „Guardiana”. Ronson spędził trzy lata, jeżdżąc po całym świecie i słuchając historii ludzi, którzy zostali publicznie napiętnowani. Poznał też historie ukaranych za pomocą zawstydzania, czyli „shamingowanych”. Z jego książki wyłania się smutny obraz, bo nie wiadomo właściwie, komu współczuć bardziej: zawstydzanym czy zawstydzającym.

Dwóch programistów podczas konferencji żartem mówiło o „wielkich donglach” i „forkowaniu”, a potem twierdzili, że to tylko programistyczny żargon. Młoda programistka to usłyszała, poczuła się urażona i zatweetowała o seksistowskich kolegach, dołączając ich zdjęcie.

Historia szybko stała się publiczna, a mężczyźni – jeden jest ojcem trójki dzieci – stracili pracę. Szybko zdobyli nową i nie powstrzymali się przed opisaniem całej historii na jednym z programistycznych forów. Stamtąd sprawa trafiła na 4chan, forum trolli, którzy postanowili stanąć w obronie mężczyzn. Obroną był coraz mocniejszy hejt wokół kobiety – łącznie z życzeniami gwałtu – oraz atak DDoS (zmasowane wejścia na stronę tysięcy komputerów, które powodują zawieszanie się systemu) na jej firmę. W końcu i ona straciła pracę za sprowadzenie na pracodawcę tych kłopotów.

Kto jest faktyczną ofiarą? A może wszyscy?

Żądny krwi tłum najpierw uznał za winnych potencjalnie seksistowskich mężczyzn. Potem inny tłum ocenił, że jednak wstydzić powinna się kobieta, przez którą pracę stracił ojciec utrzymujący rodzinę. Jako sędzia i policjant w jednym tłum wymierzył kary, m.in. wstydem.

We współczesnym zawstydzaniu łatwo na przemian zostać ofiarą i sprawcą.

– Media społecznościowe z zawstydzania zrobiły specyficzny sport, a „shaming” stał się już częścią współczesnej kultury – zauważa Chmielewska-Szlajfer. – Zamiast ciągać winnego na miejski rynek i zakuwać go w dyby albo obtaczać w smole i pierzu, wystarczy odpowiedni hasztag i tłum w sieci.

Ten mechanizm wykorzystują nie tylko potępiający i broniący Polańskiego albo świeżo upieczonej posłanki Klaudii Jachiry, która wsławiła się happeningami nawiązującymi do katastrofy smoleńskiej. Również „gramatyczni naziści”, którzy ochoczo atakują za błędy językowe, albo fani odnawiania mebli, wśród których zawstydza się na przykład tych, co pokazują meble pomalowane na biało, bo moda na takie malowanie już się skończyła. Powód do cyfrowego zawstydzenia zawsze się znajdzie.

– Tylko czy faktycznie o wstyd tu chodzi? O to, że złamana została jakaś społeczna norma? Czy raczej o możliwość poczucia się lepszym – zastanawia się Chmielewska-Szlajfer.

Jedną z historii w książce Ronsona jest głośna kilka lat temu sprawa Justine Sacco. 30-letnia pracownica PR leciała na wakacje. Wsiadając do samolotu, zatweetowała: „Jadę do Afryki. Mam nadzieję, że nie złapię AIDS. Żartowałam. Jestem biała”.

Zanim wylądowała, wokół nieprzemyślanego tweeta rozpętała się taka awantura, że kobieta straciła pracę. Przez ponad rok nie mogła znaleźć nowej.

Ronson spotkał się z nią po latach i opisał, jak bardzo przeżywała całą sytuację. Przyznaje, że nie zainteresował się jej sprawą dlatego, że się z nią identyfikował. Widział się raczej po stronie tych, którzy zmieszali ją z błotem.

Dopiero to go zawstydziło.