Wrzesień 2016 roku, Europejskie Forum Nowych Idei w Sopocie. Namiot przed pięciogwiazdkowym hotelem Sheraton, tuż przy plaży, wypełniają biel, fioletowa poświata i śmietanka liberałów – przedsiębiorcy, lobbyści i politycy.

Na scenę wchodzi prof. Guy Standing, brytyjski ekonomista, teoretyk prekariatu. – Kto z państwa jest za wprowadzeniem bezwarunkowego dochodu podstawowego? – pyta. Widać odosobnione ręce. Trzy kwadranse później ponawia pytanie. Ręce podnosi cała sala. W tym czasie 700 km dalej na północ, w Helsinkach, trwają ostatnie przygotowania do jednego z największych eksperymentów społecznych w powojennej historii – wprowadzenia dochodu podstawowego. Na czele programu staje profesor Olli Kangas.

Samokrytyka profesora

Październik 2019 r., Londyn. Fiński eksperyment dobiegł końca. Kangas spogląda na mnie sceptycznie, gładzi łysinę, poprawia okulary.

– Trudno wykrzesać z pana entuzjazm – zauważam.

Profesor się śmieje. – Nie żałuję, jeśli o to pani pyta. Popełniliśmy błędy, ale to pierwsze podejście.

prof. Olli Kangasprof. Olli Kangas fot. DG EMPL/ Flickr

Dwa tysiące losowo wybranych bezrobotnych Finów i Finek zaczęło otrzymywać bezwarunkowy dochód podstawowy (BDP): 560 euro miesięcznie. Świat wstrzymał oddech. Czy rozważana od dekad idea sprawdzi się w praktyce? Wbrew pozorom jest prosta: każdy obywatel i obywatelka ma dostawać co miesiąc stałą kwotę. Bez wyjątku i niezależnie od tego, czy pracuje. Znikają za to wszystkie zasiłki i dodatki. Teoretycznie zyskują wszyscy.

Państwo, bo ma mniej papierkowej roboty.

Obywatele i obywatelki, bo mają poduszkę, na której mogą miękko wylądować w przypadku kłopotów. A kłopoty mogą się pojawić w niedalekiej przyszłości, kiedy kolejne zawody i prace będą znikać zastępowane przez roboty. Uniwersalne świadczenie ma zapobiec rosnącemu skrajnemu ubóstwu.

Przedsiębiorcy, bo pozbawione pracy i dochodów miliony ludzi wciąż będą w stanie kupować ich produkty.

BDP ma sprawić, że ludzie będą chętniej podejmować się mniej nieopłacalnych zajęć, np. w opiece, oraz chętniej ryzykować. A jednak w Finlandii nie poszło tak gładko.

Kangas: – Nie zmieniłem zdania, dochód podstawowy to przyszłość. Ale spodziewałem się, że więcej ludzi podejmie pracę.

Uczestniczący w eksperymencie czuli się bardziej szczęśliwi i mniej zestresowani. Wiemy o tym, bo badacze kontrolowali nawet to, jakie leki przyjmują i jakich odwiedzają lekarzy. Zatrudnienie jednak ani drgnęło.

Kangas: – Nie można powiedzieć, że BDP rozleniwia. Podnosi jakość życia, poczucie kontroli i zaufanie społeczne. Tylko proszę się nie spodziewać, że wyniki tak przeprowadzonego eksperymentu będą rozstrzygające.

Eksperyment zlecił centroprawicowy rząd Juhy Sipili, ale na przeszkodzie stanęła właśnie polityka. – Mniej się zajmowałem eksperymentem, a bardziej lawirowaniem. W tym czasie rządziły trzy partie i każdy minister miał inne zdanie.

Początkowo 10 tys. osób miało otrzymywać po 1 tys. euro miesięcznie. Ostatecznie Kangas dostał 20 mln euro, co wystarczyło na 2 tys. osób, i 560 euro – równowartość podstawowego zasiłku dla bezrobotnych. Politycy zablokowali nawet ograniczenie biurokracji: rodziny wciąż musiały składać wnioski o dodatek na dziecko.

– W Finlandii potrzeba jakieś 1,5 tys. euro miesięcznie, żeby zaspokoić najbardziej podstawowe potrzeby. Gdybyśmy mieli 10 tys. osób i cztery lata, wyniki byłyby wiarygodne. Ale lepszy taki eksperyment niż żaden – podsumowuje Kangas. Jest trochę rozbawiony własną krytyką projektu, który prowadził. I trochę rozczarowany.

Bizneswoman, kasjerka, tancerka

Anni Lassila, reporterka z dziennika „Helsingin Sanomat”: – Od początku krytycy mówili, że są pilniejsze potrzeby: zdrowie, edukacja, infrastruktura. Łączny koszt jest ogromny, tymczasem 560 euro to bardzo mało. Kawalerka w Helsinkach kosztuje 700. Być może udałoby się utrzymać za tę kwotę gdzieś w lesie, bez kredytu, w domku, który da się ogrzać drewnem – bo rachunki za ogrzewanie w Finlandii stanowią ogromną część wydatków – uprawiając ogródek, polując i łowiąc. W Finlandii niektórzy żyją w ten sposób.

Dom w FinlandiiDom w Finlandii fot. Janne Ranta/ Flickr

Po uruchomieniu eksperymentu „Helsingin Sanomat” opublikował na pierwszej stronie ogłoszenie, w którym prosił odbiorców BDP, żeby zgłaszali się do redakcji i opowiadali swoje historie.

Jedna z kobiet pracowała w doradztwie. Straciła pracę, postanowiła otworzyć restaurację, więc zabrano jej zasiłki. Dochód podstawowy pomógł jej rozkręcić biznes.

Mieszkanka Paltamo, biednego regionu na północy, straciła pracę na kasie. Imała się dorywczych zajęć. Raz miała dochód, raz nie, wciąż musiała składać papiery o zasiłki. Krytycy podawali ją jako dowód na to, że eksperyment wspiera osoby, które nie zamierzają podjąć stałej pracy. Nie zważali, że miała syna z aspergerem. Po tekstach w „Helsingin Sanomat” kobieta została wybrana do rady miasta.

Zgłosiła się też pracująca dorywczo tancerka. Podobnie jak przedstawiciele innych wolnych zawodów (artyści, doradcy, dziennikarze etc.) korzystała z BDP w największym stopniu. Dla tej kategorii to rozwiązanie zapewnia jakikolwiek dochód w przerwach między zleceniami.

Zasiłki, w tym dochód podstawowy, w powszechnym odbiorze rozleniwiają. Wypada być krystalicznym, żeby zasłużyć na publiczne wsparcie. – Przekonanie ludzi, że BDP nie będzie wspierać lenistwa, to drugie najpoważniejsze wyzwanie zaraz po finansowaniu dochodu podstawowego. Nasz eksperyment nie potwierdza tego obiegowego stereotypu, większość podobnych także nie – mówi Kangas.

Samodzielne życie

Maciej Szlinder, doktor filozofii, autor książki o dochodzie podstawowym, prezes Polskiej Sieci Dochodu Podstawowego i członek zarządu krajowego Partii Razem, przypomina, że dziesiątki eksperymentów dowodzą, że biedni nie przepijają świadczeń. – 500+ było ważnym dla Polski pierwszym krokiem, bo dobitnie pokazało, że znakomita większość rodzin wydaje pieniądze na dzieci. Jeśli 2,7 mln rodzin pobiera świadczenie, a 1 tys. z nich je przepija, co lepiej zrobić? Odebrać 500+ wszystkim czy też pracować nad tym tysiącem? – pyta.

Losy fińskich królików doświadczalnych śledziło też BBC. Tanji, młodej dziewczynie bez doświadczenia zawodowego, i Tuomasowi, doświadczonemu dziennikarzowi bez pracy od 2013 r., towarzyszyła przez cały czas.

Tanja marzyła o niezależności – chciała móc kupować jedzenie sama, zamiast żywić się u mamy. Dodatkowe pieniądze dodały jej wiary w siebie – podjęła pierwszą pracę w telemarketingu. Mogła ją rozpocząć, bo choć oferowano bardzo niską płacę, ta wraz z dochodem podstawowym pozwoliła jej rozpocząć samodzielne życie.

W ostatnim miesiącu zaczęła się obawiać, że bez dodatkowych 560 euro sobie nie poradzi. Złożyła więc wniosek o awans i zdecydowała, że jeśli go nie dostanie, natychmiast zmieni pracę. „Nie chcę już być bezrobotna nawet przez jeden dzień”.

List o zakończeniu eksperymentu podłamał Tuomasa. Do końca nie znalazł stałej pracy, jako freelancer pisał pojedyncze teksty na zlecenie. Póki eksperyment trwał, pisał je w spokoju. Kiedy się skończył, znalazł się w punkcie wyjścia. Dochód podstawowy dodał skrzydeł Tanji, w jego sytuacji nic nie zmienił.

5 centów na obywatela

Bazylea, kawiarnia. Historyczna była siedziba Ludowego Banku Szwajcarii (LBS) przekształcona w miejsce spotkań i wymiany myśli. Gość nie musi niczego zamawiać. Największa w Szwajcarii kawiarnia ma być miejscem wolnym, nieskrępowanym żadnymi finansowymi ograniczeniami.

Daniel Häni, szef, chciałby, żeby podobna zasada zapanowała w całym kraju. O dochodzie podstawowym usłyszał w 1990 r. Pomysł go porwał. 16 lat później, już jako ustatkowany przedsiębiorca, zakłada Inicjatywę Dochód Podstawowy (Initiative Grundeinkommen). W 2013 r. udaje się zebrać 126 tys. podpisów pod wnioskiem o referendum. Pytanie brzmi: „Czy każdy obywatel i obywatelka powinien otrzymywać co miesiąc bezwarunkowe 2,5 tys. franków?”. W dniu złożenia wniosku w kancelarii premiera przed urząd podjeżdża ciężarówka i wysypuje 15 ton monet o nominale 5 centów. Inicjatywa Dochód Podstawowy bierze na ten performance kredyt w wysokości 400 tys. franków, które wymienia na 8 mln monet, po jednej dla każdego Szwajcara i Szwajcarki. Negocjacje z bankiem w tej sprawie trwały wiele tygodni.

77 proc. Szwajcarów głosuje przeciw. Jednak Häni twierdzi, że nie był rozczarowany, bo przez kraj przetoczyła się debata, a większość ludzi wcześniej nie miała pojęcia o tym, czym jest dochód podstawowy.

53-letni Häni nie przypomina lewicowego działacza. Brązowa, skórzana kurtka i aura twórcy start-upów sugerują, że mam do czynienia z rzutkim liberałem. – To bzdura, że dochód podstawowy jest pomysłem socjalnym. Jest na wskroś liberalny, bo daje wolność, a tylko z wolności biorą się odwaga i wielkie idee – tłumaczy.

Motto Inicjatywy: „Po referendum jest przed referendum”. Häni już zapowiada kolejne.

Wprowadzić i już

W 2013 r. Ryszard Kalisz stwierdził, że „każdy obywatel ma przyrodzoną godność”, i zaproponował wprowadzenie dochodu podstawowego w wysokości od 1 do 2 tys. zł. Wzmianki o BDP mają w programach Zieloni i Partia Razem. I tyle polskiej debaty o dochodzie podstawowym.

– Czy gdyby Razem doszło do władzy, mielibyśmy BDP? – pytam.

– W pierwszej kadencji nie. Mamy za to pierwszy krok: świadczenie dla młodych, czyli przedłużenie i podwojenie 500+ dla osób w wieku 18-25 lat. Umożliwiłoby to usamodzielnienie się wielu młodym ludziom albo studiowanie tym, których na to nie stać – odpowiada Maciej Szlinder.

Do fińskiego eksperymentu ma podobne zastrzeżenia jak Kangas. Zbyt mała próba rozsiana po całej Finlandii, dlatego nie dowiedzieliśmy się, czy i jak BDP zmienia interakcje. Do eksperymentu w Indiach wybrano całe wioski i widać było, że dzięki BDP mieszkańcy zrzucali się np. na maszyny do szycia i zakładali spółdzielnię. Albo zarybiali staw i czerpali z tego wspólne zyski. Aktywność ekonomiczna rosła przede wszystkim dzięki współpracy.

Zdaniem Szlindera nawet dobrze zaprojektowane eksperymenty mają niewielką wartość. – Choćby próba była bardzo duża, nie wpłynie to w skali kraju na poziom konsumpcji, zatrudnienia czy inwestycji. Nie dowiemy się, jak tak naprawdę działa BDP, dopóki ktoś go po prostu nie wprowadzi.

Eksperymenty w Indiach i Ugandzie są tradycyjnie wymieniane przez badaczy jako najbardziej interesujące. W Ugandzie rozkwitła drobna przedsiębiorczość, w Indiach wzrosła aktywność zawodowa kobiet. Pojawiła się hipoteza, że dochód podstawowy to doskonałe narzędzie dla krajów rozwijających się, ale niekoniecznie dla rozwiniętych. W tych pierwszych prawie każda pomoc finansowa umożliwia wyrwanie się ze skrajnej biedy, w tych drugich 560 euro nie robi większej różnicy.

Kangas oponuje: – Tak, w krajach, w których opieka społeczna niemal nie istnieje, dochód podstawowy zawsze będzie szokową terapią pozytywną. W krajach rozwiniętych korzyści będą mniej zauważalne, ale to nie jest dobry argument przeciwko.

Jednak zastrzeżeń do BDP jest więcej.

Ile to kosztuje

Po pierwsze: turystyka zasiłkowa, która miałaby miejsce, gdyby któryś kraj wprowadził BDP. – Nie wyobrażam sobie, żeby tylko jedno państwo unijne wprowadziło BDP. Wprowadzenie nawet częściowego dochodu podstawowego na stałe byłoby kuszące np. dla Estończyków, którzy za fińskie pieniądze mogą żyć u siebie na wysokim poziomie. Wielu już dziś dojeżdża do Helsinek do pracy – mówi Kangas. Więc BDP trzeba wprowadzić na poziomie unijnym albo wcale.

Po drugie: wprowadzenie BDP mogłoby się odbić na stanie usług publicznych, np. ochronie zdrowia czy edukacji. Wydając miliardy, państwo musiałoby ciąć inne wydatki. Efekt? Gorsza opieka zdrowotna, odpływ pacjentów do prywatnych klinik, ostatecznie – prywatyzacja usług publicznych. Wspomagając obywateli, dochód podstawowy zasiliłby jednocześnie kieszenie właścicieli prywatnych szkół i przychodni.

Kangas uważa, że częściowy BDP nie pogorszy jakości usług publicznych. Pełny – na pewno. Szlinder zwraca uwagę na rynek mieszkaniowy. – W Polsce mogłoby dojść do podwyżek cen najmu, korzyści zostałyby skonsumowane przez właścicieli nieruchomości. Nie można więc wprowadzić BDP bez zmiany polityki mieszkaniowej, m.in. budowy nowych mieszkań.

Po trzecie: finansowanie. Gdyby Szwajcarzy zagłosowali „za”, potrzeba byłoby ponad 200 mld franków rocznie, jedną trzecią ich PKB. W USA koszt wyniósłby 3,8 bln dol. I to zakładając, że każdy obywatel otrzymywałby 1 tys. dol. miesięcznie.

Te liczby to jednak wyniki prostych działań matematycznych: pomnożenia liczby obywateli i obywatelek przez kwotę, którą mają otrzymywać. Elizaveta Fouksman z Uniwersytetu w Oksfordzie wyjaśniała, że bogatsi i tak zwrócą BDP w podatkach, a zatem po co wypłacać 1 tys. dol. Billowi Gatesowi? – A jeśli pewnego dnia, choć trudno to sobie wyobrazić, powinie mu się noga w biznesie, po prostu będzie mógł skorzystać z BDP – tłumaczy Fouksman.

BDP na kryzys?

Żeby wprowadzić świadczenie, trzeba będzie podnieść podatki. Tylko które?

Amerykańscy liberałowie czy niemiecki miliarder Götz Werner, właściciel sieci drogerii DM, chcieliby sfinansowania BDP z VAT. To najbardziej uderzyłoby w biednych, którzy przeznaczają na bieżącą konsumpcję znacznie większą część dochodów niż bogaci. – Nigdy bym się na to nie zgodził. Biedni finansowaliby BDP dla siebie i bogatych – komentuje Szlinder.

Guy Standing bierze na celownik „miliardy dolarów trafiających do kieszeni firm w postaci ulg podatkowych”. Mark Zuckerberg – i tu zaskoczenie – uważa, że „BDP powinny sfinansować takie osoby jak on”. Häni sądzi, że pieniądze na BDP należy wziąć z podwyższenia akcyzy. Słychać propozycje wprowadzenia nowych podatków: np. od emisji dwutlenku węgla czy od robotów.

Szlinder: – Mówi się, że w najbliższych latach dotknie nas kryzys gospodarczy. To moment na pobudzanie popytu. Zamiast pompować przez Europejski Bank Centralny miliardy do sektora finansowego, te pieniądze można na poziomie europejskim przekazać obywatelom i obywatelkom. Ale do tego potrzeba mądrych polityków.

Wędka dla ludzi

W październiku ukazał się raport wstępny dla eksperymentu szkockiego – BDP zamierzają przetestować Edynburg i Glasgow. Dobiega końca próba w Utrechcie w Holandii, wciąż trwa w jednej z wiosek w Kenii, której mieszkańcy aż do 2028 roku będą otrzymywać po 22 dol. miesięcznie.

O BDP mówią także ci, których głos jest znacznie bardziej słyszalny niż ekspertów polityki społecznej: Elon Musk („To będzie konieczność”), Bill Gates („Z czasem państwa będą na tyle bogate, że będą sobie mogły na to pozwolić”) czy Andrew Young, demokratyczny kandydat na prezydenta USA, który z dochodu podstawowego uczynił jedną z głównych obietnic.

Z badań instytutu Dalia Research wynika, że 68 proc. obywateli i obywatelek krajów UE „prawdopodobnie zagłosowałoby za jakąś formą BDP”. Poważnie rozważamy to, co jeszcze kilka lat temu wydawało się kompletnym szaleństwem. Nie wiadomo, czy fińskie władze ponowią swój eksperyment. Na razie zamierzają przetestować alternatywę BDP, czyli negatywny podatek dochodowy.

– Wierzy pan w to, że BDP w ogóle wejdzie? Gdziekolwiek? Kiedykolwiek? – pytam Kangasa.

– 200 lat temu trudno było sobie wyobrazić zniesienie niewolnictwa, 100 lat temu prawo do głosowania dla kobiet było wyśmiewaną fikcją, a powszechną edukację mamy od niedawna – kwituje profesor.

Gdy zadaję to pytanie w Bazylei, Daniel Häni z optymistycznego wizjonera zamienia się we właściciela kawiarni. – Najgorsze, co się może nam przytrafić, to upowszechnienie wiary w to, że BDP rozwiąże wszystkie problemy społeczne. Wtedy zawód będzie duży, bo nie rozwiąże żadnych. To tylko narzędzie dla ludzi, żeby sobie łatwiej z nimi radzili.