Dzielnica Oporów we Wrocławiu, jedna ze stref ekonomicznych. Wchodzę do hali z prefabrykatów. To siedziba firmy Fanuc, która produkuje roboty przemysłowe. Na tyle skutecznie, że – jak ujął to dziennikarz Bloomberga – „zarabia nawet wtedy, gdy jej konkurenci z branży sprzedają więcej”.

Wszędzie maszyny w żółtym kolorze, kilku operatorów. W kącie dostrzegam RoboDrilla, jedną z legend branży, którą wypada znać miłośnikom Apple’a, bo wykonał obudowy iPhone’a 4.

– Stworzyliśmy robota, który potrafi pisać. Jedna z cukierni wykorzystuje go do dedykacji na tortach. Ale nasi klienci to głównie przemysł motoryzacyjny, metalurgiczny, spożywczy – wymienia Jędrzej Kowalczyk, prezes Fanuc Polska.

Fanuc PolskaFanuc Polska MARTA LASEK

Według niego nie ma dziś branż, które nie mogłyby skorzystać z robotów. Ale wygląda na to, że branże o tym nie wiedzą.

W fabryce Lego w Billund jeden robot myje kontenery na klocki, suszy je i układa w sterty, co daje pracownikom więcej czasu m.in. na kontrolę jakości. Od czasu do czasu w hali pojawia się szafa na kółkach, czyli robot-transporter, który zabiera umyte pudła do magazynu.

W zakładach Fanuc maszyny pracują w rzędach – z jednej strony mechaniczne ramiona, a z drugiej potężne urządzenia, które wyglądają jak szafy z przesuwanymi drzwiami. Pierwsze mogą spawać czy lakierować. W szafach zamknięte są tzw. wtryskarki, z których wyjeżdżają m.in. plastikowe pojemniki.

W 1978 r., gdy Fanuc zyskał autonomię, dziesiątka największych producentów robotów znajdowała się w USA. Dekadę później Fanuc odpowiadał już za połowę globalnego rynku. Dziś ma na koncie ponad 4 mln sprzedanych sterowników oraz 550 tys. robotów na całym świecie.

Fanuc powstał w Japonii w 1955 r. Dr Seiuemon Inaba, młody pracownik firmy Fujitsu, zaczął prace nad koncepcją cyfrowych elementów sterujących, czyli fundamentem dzisiejszej automatyzacji. Zaprojektował silnik elektryczny, zaprogramował obsługujące go sterowniki, a całość umieścił w fabrycznej obrabiarce. Tak powstawały programowalne wersje tokarek, pras i frezarek. Trzy lata później 500-osobowy zespół dr. Inaby przedstawił Fujitsu pierwszą działającą maszynę. To był wynalazek wart ogromnych pieniędzy.

Na siedzibę Japończycy wybrali niewielkie Oshino u stóp góry Fuji, niedaleko malowniczego jeziora Yamnaka. Nie dojeżdżają tu pociągi, nie ma autostrady. Kompleks 22 hal pozbawionych okien znajduje się w gęstym lesie. Legenda głosi, że zalesienie zlecił sam Inaba, żeby schować skarby przed konkurentami. Magazyn „Fortune” porównał centralę Fanuc w 1987 r. do siedziby złoczyńców z filmów o Bondzie. Ci, którzy mieli okazję tam zajrzeć, dowiadują się m.in., że za produkcję robotów w 80 proc. odpowiadają… roboty.

Japonia, szczyt Fudżi.Japonia, szczyt Fudżi. Fot. jiratto / shutterstock.com

Choć wrocławski ośrodek jest o 8,6 tys. km dalej, to czuć w nim japońskie podejście do klienta, pracy i produktu.

Jako dziecko rozkręcał i skręcał komputery, potem zainteresował się robotami. W liceum zdecydował, że będzie zdawał na automatykę i robotykę. Udało się, ale na pierwszy kontakt z robotem musiał poczekać kolejne cztery lata.

Pod koniec studiów dowiedział się, że w Polsce otwiera się Fanuc. Złożył papiery.

– Obrona magisterki była w piątek i już zacząłem świętować. W sobotę zadzwonił telefon: jest praca, i to od poniedziałku – wspomina. Polski oddział Fanuc dopiero powstawał, a Jędrzej Kowalczyk zaczynał od pompki ze smarem. Jako serwisant dbał o to, by maszyna była dobrze naoliwiona.

Jedyna osoba z doświadczeniem po trzech miesiącach odeszła z pracy. – Musiałem się uczyć na własną rękę, najczęściej po pracy. Po roku czułem się już pewniej, a robota trzeba znać od podszewki, żeby rozpoznać problem przy serwisowaniu.

Jędrzej KowalczykJędrzej Kowalczyk fot. Fanuc

Oprócz tego, że oliwił, musiał się poznać na mechanice, elektryce, elektronice i oprogramowaniu. Zrozumieć łańcuch dostaw i nauczyć się fakturowania. Następnym przystankiem były sprzedaż i rozmowy z klientami.

Te rozmowy potrafią być trudne, szczególnie jeśli firma oferuje dożywotnią gwarancję. Jeden z klientów przez 40 lat pracował z jednym robotem-frezerem. Pewnego dnia zepsuł się ekran zamontowany na maszynie. Stary kineskopowy monitor z czarnym ekranem wyświetlał zielone cyferki. Fanuc już od lat używał wyłącznie ekranów LCD. Jednak operator maszyny był wyjątkowo przywiązany do starego ekranu i Polacy postanowili wyjść naprzeciw jego oczekiwaniom. Napisali program, który przy pomocy kolorystyki i czcionek symulował pracę starych monitorów. Dzieło zwieńczyli szybą, która udawała stary kineskop.

W 2014 r., kiedy we wrocławskim Fanucu pracowało 18 osób, usłyszał pierwszą propozycję awansu. Rok później Kowalczyk został prezesem. Firma zatrudniała już 30 osób. – Staram się utrzymać ducha pracy z czasów, kiedy firma liczyła trzy osoby. Wtedy jeden słyszał, o czym drugi rozmawiał przez telefon, więc z przepływem informacji nie było problemu – opowiada.

Nie próbuje na siłę wdrażać japońskiego ducha. – Myślę, że jesteśmy firmą w 80-90 proc. polską czy nawet europejską. Tam, gdzie mamy bezpośredni kontakt z klientem, menedżerowie pochodzą z regionów. To daje lepszy ogląd rynku.

Dla polskiej robotyki ubiegły rok był rekordowy. Sprzedaż robotów skoczyła o 40 proc., co daje 2,6 tys. jednostek w całym kraju. Według Międzynarodowej Federacji Robotyki (IFR) tzw. gęstość robotyzacji nad Wisłą wynosi 42 roboty na 10 tys. pracowników. To trzykrotnie mniej niż średnia europejska. Na Słowacji na 10 tys. pracowników przypada 150 maszyn.

Rok temu liczba maszyn przemysłowych na świecie wyniosła 422 tys. sztuk. Najchętniej wykorzystują je firmy w Azji: Chiny, Japonia i Korea Południowa. Do podium zbliżają się USA, za nimi Niemcy – i to tam widać największe wzrosty. Pierwsza piątka w 2018 r. odpowiadała za 74 proc. całej robotyki przemysłowej na świecie. Roboty najczęściej wykorzystywane są w motoryzacji, produkcji elektryki i elektroniki oraz w branży metalowej przy budowie maszyn.

Światowe Forum Ekonomiczne szacuje, że do 2022 r. w wyniku automatyzacji i rozpowszechnienia sztucznej inteligencji z rynku zniknie 75 mln miejsc pracy. Jednocześnie powstaną 133 mln nowych. Takich, które będą skutkiem podziału pracy na linii człowiek – maszyna.

Dziś środowiskiem robotów są linie montażowe czy magazyny. Po oddaniu tych miejsc ludzie muszą podnosić kompetencje, a zmiana zawodu zwykle przychodzi z trudem. Tymczasem roboty stawiają pierwsze kroki w branżach usługowych.

Kowalczyk: – W latach 70. mówiło się, że komputery zabiorą ludziom pracę. Dziś wiemy, że dzięki nim powstały zupełnie nowe zawody, zatrudnienie wzrosło. Robot jest dla przemysłu tym, czym komputer jest dla dziennikarza, czyli narzędziem pracy.

Kusząca wizja, ale pamiętam magazyny, gdzie pracowało po kilkaset osób, a dziś zatrudnionych jest zaledwie paru operatorów.

– Wydaje mi się, że ludzie z takich miejsc i tak odchodzą, bo tam z ludzi robi się roboty. Analogiczną sytuację widzę u rolników. Dawniej na polu pracowała setka osób, teraz większość pracy wykonują maszyny. W samej Polsce brakuje 120 tys. osób obsługujących maszyny – twierdzi prezes Fanuc Polska.

Z raportu ADP „Workforce View in Europe 2019” wynika, że 74 proc. polskich pracowników sądzi, że zastąpią ich maszyny. A ponad połowa zgodziła się, że automatyzacja odegra kluczową rolę na rynku pracy. – Mówi się dużo o przemyśle 4.0, a tak naprawdę nie jesteśmy jeszcze na etapie 3.0. Automatyka, robotyka, komputery przemysłowe – to wszystko technologie z lat 70. i 80. – mówi Kowalczyk. – Ktoś sobie myśli: „Kupię sześć robotów i będę miał przemysł 4.0”. To tak nie działa.