Oglądał Grześ tysiące godzin nagrań, w tym nagrań samego siebie – imprezy towarzyskie, których w ogóle już nie pamiętał, archiwa miejskie, eventy w pracy, cudze życiorysy wideo z Facebooka – patrzył na siebie, siebie w ciele Grzesia 1.0, i próbował się wczuć w tamtą człowieczość. Jak w ogóle miałby ją dziś wyemotować? I co z niej przepadło nieodwracalnie gdzieś pomiędzy uczuciem i emotą?

– Co za absurdalne pytanie! – nadymał się Jarlinka. – Nie ma żadnego „pomiędzy”. Niby gdzie? My się emotami gniewamy i radujemy, płaczemy tymi emotami i emotami kochamy – emoty są naszymi uczuciami.

Ale Grześ pamiętał z Tokio, z 1K PostApo, wszystkie te przeraźliwie smutne teatry człowieczeństwa odgrywane przez transformery zaklęte w toporne mechy, te pokraczne symulacje pijaństwa w barze Ch?? Akach?chin, rozdzierające serce parodie czułości przeliczonej na tony metalu i megadżule serwomotorów, rytuały biologicznego kumpelstwa kultywowane w figurach kanciastych maszyn – jak się stukali kieliszkami z alkoholem, którego nie wypiją, jak się gapili na porno, które nie obudzi w nich najsłabszej żądzy, jak podkręcali głośniki, żeby podgrzać atmosferę rozmowy – pamiętał doskonale, bo sobie nagrał.

A teraz, teraz, 10K PostApo, już nawet nie próbują symulować symulacji, nie starają się udawać udawania. Gdy nie muszą, gdy nikt nie patrzy.

Co robią, kiedy nie pracują i nie oglądają filmów z Raju?

Nic.

Posągi zimnego metalu. Roboty bez roboty.

– Chodzi o to – próbował się Grześ wytłumaczyć Jarlince, a display rzygał mu sieczką stroboskopowych skojarzeń – że już za parę lat oni zaczną się sami rozmnażać i wychowywać własne dzieci, oni, pierwszy-drugi miot, i to się nieuchronnie przekopiuje na wszystkie pokolenia w przód. Jak w pierwszej sekundzie po Big Bangu mikroskopijna nierówność kwantowa ustawia kształt galaktyk i gromad galaktyk, tak teraz te kilka lat ich dzieciństwa – zabawy, kołysanki, piastunki, bajki, kary i nagrody – ustawi kształt całej nowej ludzkości.

Na co Jarlinka emotował swoim Burgiem wzruszenie tysiąca ramion.

– No to idź, baw się z nimi.

Alicja ma pięć lat i rozpoznaje Grzesia po podświadomych subtelnościach jego zachowań, obojętnie w jakim mechu by się akurat zjawił. Czasami nic jeszcze Grześ nie emotnie, nic nie powie, a ona już biegnie do niego, włazi na poharatane płyty stalowe, maże mu pisakiem po głowie i displayu.

– Będziemy robić hura!

– Będziemy robić hurra.

'Starość aksolotla', Jacek Dukaj'Starość aksolotla', Jacek Dukaj fot. Marcin Panasiuk, Platige Image

Grześ zjawił się w municypalnym Taurusie, który zamiast prawej łapy ma wielką dyszę-dmuchawę. Wyszli na Vassar Street, na zachodnie kwartały kampusu, za zarośniętymi i podmokłymi boiskami baseballu, przykrytymi już jesiennym płaszczem liści z pierwszych drzew 2.0, które Cho siał zapamiętale w czasach początkowych testów. W Cambridgeport rosną teraz klonopodobne gatunki o korze nieznanej przyrodzie Raju. Są tu też dąbki samokarlejące niczym bonsai i przypominające wyrzygane peruki krzewy-chwasty, żałosne pomyłki neoflory, których nigdy się już nie wypleni.

Grześ zionął z prawicy paszczatej wąskim huraganem, podnosząc barwne chmury liści i spychając je metodycznie w róg dziedzińca Westgate, na dawny parking. Alicja zaś brykała w tych chmurach szeleszczących, wymachując rączkami jak wiatrakami, a jej irigochi – Chwała Jesieni i chyba nałożony na Chwałę Cyrk Pcheł – ścigały się wokół za wirującymi liśćmi niczym disneyowskie szczenięta, szczebiocąc przy tym poezję zeszłowiecznych dżingli reklamowych.

U stóp kruszejącego wieżowca Grześ spotkał się z Dagenskyollem.

– Czy to twoje pudło łowi ultradźwięki?

– Nie bój się, mała nic nie usłyszy, zagłuszasz wszystko swoją pięścią ryczącą.

– Ona nie usłyszy, zresztą nie zrozumie, ale irigochi coraz ściślej spinają się z Matternetem, Cho ma tu wszędzie uszy.

– Teraz to ty wpadasz w paranoję.

– Poczekaj, aż naprawdę – i tutaj Grześ faktycznie przeszedł na ultradźwięki – dam ci powody dla tej paranoi.

– Nie mogą nas wydymać bardziej, niż już nas wydymali – zaburczał Dagenskyoll, emotując fakofa na Bysie, krasnoludy i cały Projekt Genesis.

– Ale co? Położycie się brzuchem do góry i będziecie czekać na potop?

– Ha! W Dużym Zamku kreślą teraz plany orbitalne. Trzeba, uważasz, zawiesić nowe satelity, odtworzyć łączność globalną, a potem handlować tym monopolem.

– Już to widzę. Jak wyciągają nagle z rękawa zastępy inżynierów kosmicznych. Kto z transformerów był w Raju specjalistą od paliwa rakiet nośnych? Wolne żarty. Nie, nie, ja mam na myśli coś innego.

– Co?

– Żebyście mimo wszystko wypichcili to nowe życie w oceanach.

– Jak?

– Swoimi Cho, Jarlinkami i Lagirami.

Dagenskyoll emotnął wielki blank.

– Mów, mów.

– Wiesz, co oni mi zrobili?

– Spowolnili cię uralowo na całą wojnę, już mi się wypłakiwałeś w kable.

– Więcej. Mają moje backupy. – Grześ emotował gorycz żrącą jak krew alienów. – Zabezpieczyli się, żeby nie zostać bez złotej rączki od hardware’u. Jeśli zechcę odejść, uruchomią mnie tu z zapasowego serwera. Po czym sprawdzą, czy ten dubel także chce odejść, i tak na coraz to nowych warunkach, aż któryś ja pozostanie tu z nimi ze szczerego przekonania i będzie bez końca szuflował nawóz dla doktora Cho.

Dagenskyoll znieruchomiał w połowie tyrady Grzesia.

– Chcesz do nas odejść. – Tyle z tej tyrady usłyszał.

Grześ westchnął dyszą na dziesięć metrów, a Alicja i irigochi pogonili za jego westchnieniem aż do skrzyżowania alejek.

– Mówiłem ci: sam nic dobrego dla was nie zrobię, jestem cieć od hardware’u, nie znam się na życiu dwa zero. Ani też na życiu jeden zero. Znam się na maszynach.

– Więc?

– Jestem cieć od hardware’u, mam wszystkie klucze i wytrychy, to ja przedmuchuję im płyty główne i pucuję pamięci optyczne. Rory mogła się powłamywać do neurosoftu, ale ja – ja wchodzę do piwnic serwerowni, wyjmuję te kieszenie pamięci, rozpinam RAID-y.

– Mówisz o kradzieży fizycznej.

– A jak! Nie muszę łamać zabezpieczeń softu i odgrywać informatyka – którym nie jestem – żeby odkręcić śrubki i rozpiąć thunderbolty. A potem koziołki Royal Alliance’u na pewno wgryzą się w to na swoich kompach w Japonii metodą brute force i otworzycie tam własnych Cho i Carterów i Jarlinki, cały zespół Projektu Genesis.

– Głosowali przeciwko nam, a teraz mieliby chcieć tam dla nas pracować?

– Pomyśl chwilę. Zrobicie dokładnie to, czym Rory mnie zaszachowała: będziecie uruchamiać tego Cho raz za razem, w kółko, do skutku, aż któraś wersja sama z siebie zapragnie u was powtórzyć stworzenie świata. Mogę się nawet założyć, jaka będzie jej motywacja: och, tamten Cho to nie jestem ja, ja jestem Cho inny, lepszy, najlepszy, i dopiero pokażę staremu Vincentowi, jak się robi życie!

– I co, wtedy będą dwa projekty Genesis 2.0, dwie przyrody, dwie ludzkości.

– Co najmniej dwie.

Chwała Jesieni ogarnęła tymczasem większą część osieciowionej materii nad Charles River. Tuziny irigochi krzątały się pod stalowymi nogami Grzesia i Dagenskyolla, układając z liści i gałązek fraktalowo piękne mandale niczym tybetańskie mantry piasku, Grześ zaraz zdmuchiwał je w kierunku zbiorczego śmietnika, ale to nie deprymowało melancholijnego wektora Matternetu/irigochi, zaczynał od nowa, graffitując przy tym symetryczne wzory na maternicowych powierzchniach budynków i dróżek. Kilka dni temu Grześ obserwował z dachu Media Labu, jak po maternicy MIT-u przepływają wektory irigochi wielkie na pięć, dziesięć kilometrów kwadratowych; potem w nocy tak błyskały ocalałe światła wieżowców Bostonu.

– A ty? – Dagenskyoll zazgrzytał metalem o metal Grzesia, brutalne echo kumpelskiej zażyłości ciała. – Co w tym masz dla siebie? Poza zemstą.

– Ja chcę niemożliwego, rzecz jasna. Czyli tego samego co wszyscy: powrotu do Raju. – Wyłączył dmuchawę, podsadził sobie na bark rozchichotaną Alicję. – Jak już zabierzecie się od nowa za Homo sapiens, chcę go wychować po swojemu. Od epigenezy do bajek na dobranoc. Nie tak jak tutaj. Tutaj, tutaj to był eksperyment i wolnoamerykanka, sami nie wiedzieli, co robią.

– Za pierwszym razem tym bardziej nikt nie wiedział.

– Za pierwszym…?

– Noo, w Raju. Ewolucja. Od ameby. Historia naturalna człowieka. Wolnoamerykanka, nie?

Grześ przeciągnął w milczeniu znaczącą pauzę (brak emoty to też emota).

– Wiesz, co to są w slangu Projektu „minusy”? Pokazałbym ci, gdybyśmy mieli czas, Jarlinka trzyma je w formalinie obok swoich komiksów. Niektóre nawet tak wyglądają: jak wyjęte prosto z Marvela. Miot numer jeden traktują tu jak narodziny Chrystusa – dopiero lata potem zaczęli od niego taktować cały Projekt, rekombinacja po rekombinacji. Przedtem zaś zaliczyli kilkanaście kompletnie wykolejonych prób epigenezy. Niby DNA cacy, a rodzi się maszkara. Albo w ogóle się nie rodzi, kiśnie w macicy inkubatora. I to są właśnie te „minusy”: mioty minus jeden, minus dwa, minus pięć, minus piętnaście.

– Kurwa. To my, my z Raju, licząc te miliardy lat wstecz, my wszyscy byliśmy – co? cywilizacja minusów?

– Ha! Życie minus.

Doszli do kopca liści i Alicja zeskoczyła z głowy Grzesia wprost na grzbiety i łapy irigochi.

– Hura mi tu! Hura ich, hura!

Grześ dał w dmuchawę pełną moc i, przyklęknąwszy, ustawił dyszę pod kątem od ziemi, tak że nadbiegające ku niemu i Alicji irigochi wpadały wprost w rwący wyziew powietrza i uniesione gwałtownie, szybowały po łuku dobre kilka metrów, wywijając rączkami, nóżkami, ogonami, czułkami, skrzydłami – zanim klapnęły z piskiem w poduchowy stos liści.

Cyrk Pcheł objął na tę chwilę wszystek Matternet wzdłuż Amherst Alley, nawet lampy alejkowe i światła w oknach MIT-u migotały do rytmu Grzesiowych huraganów.

– I tyle z całego twojego sprzątania.

Grześ emotnął Dagenskyollowi najszerszy z uśmiechów Shreka.

– Ale zabawę, zabawę mają przednią!

– Hura! Hura! Hura!

– I naprawdę jesteś na to gotów? Zostawić tutaj ją, ich wszystkich? – Dagenskyoll wskazał wiązką podczerwieni Alicję tarzającą się w liściach i pokrzykującą na nadlatujące maskotki. – Nigdy więcej ich już nie zobaczysz, nie dopuszczą cię do nich.

– Wiem.

– To twoja rodzina.

– Rodzina?

Grześ próbował sobie przypomnieć adekwatne sekwencje nagrań z Raju.

Rodzina? Jak emotnąć to uczucie?

(W czym tkwi różnica? Czy różnica w ogóle istnieje?).

Wyświetlił Dagenskyollowi przepływ wektorów nałożony na topografię MIT.

– Co to jest? – Dag zapytajnikował w paśmie widzialnym.

– Patrz tu, na ten wektor na Matternecie, i patrz na Alicję.

Przez chwilę przypatrywali się w milczeniu kampusowi migoczącemu w cieniach zmierzchu oraz rozrumienionej z ekscytacji dziewczynce pośród ubrudzonych i ochochołowanych zabawek.

– Widzisz?

– Co?

– To nie jest tak, że wektory odbijają się w irigochi i w Matternecie, zdjęte z zachowania naszych dzieciaków. Jest raczej tak, że dzieci są tymi wektorami, częścią wektorów – dokładnie tak samo jak irigochi.

Dagenskyoll dał zoom na dziewczynkę, aż mu soczewki wyszły z oczu.

– Nie wszczepialiście im jakichś neuroczipów? Grześ parsknął szyderczo.

– Jakich neuroczipów? Nie, one po prostu się w tym wychowały, wrosły w to od niemowlęctwa. Więc za kim będę tęsknił – za Alicją, czy za tym fenotypem wektorów? Gdzie się kończy Chwała Jesieni, a zaczyna Alicja?

– Mówiłem ci, mamy jeszcze w Japonii własne irigochi.

– Ale nie pozwolę wychowywać im moich dzieci.

Dagenskyoll emotnął coś niejasno, kłąb rozbieżnych intuicji.

– Anyway. Im dłużej o tym rozmawiamy, tym większe prawdopodobieństwo wpadki.

– Ostrzegałem cię, że kupisz moje paranoje.

– Mam na myśli równoległy procesunek tych twoich backupów. Jeśli Rory uruchomiła ci kopię kontrolną, ta kopia też pomyślała, żeby zwiać z powrotem do RA.

– Piłka jest po twojej stronie, Dag. Macie fizyczny transport przez ocean – tylko dlatego może się nam udać. Idę do serwerowni CSAIL, wymontowuję mirrory, przesiadam się na iguarte, pakuję się z tobą do drony – i do widzenia. Jeden warunek żelazny dla Zjadacza Dusz: siedzę tam u was na zewnętrznych maszynach, pod własnym krypto.

– Jakie tu macie iguarte?

– Do prac w odciętych środowiskach. Takie pacynkowe czołgi dwutonowe, przeróbki wojskowych Cerberów. Uniesiesz?

Szalonego Ernesto Iguarte („idźcie i samorozmnażajcie się”) wypchnięto już ze wszystkich serwerów; wedle ostatnich wieści poruszał się w stadzie skradzionych mechów, przekopiowany w całości na ich skromne pamięci i procesory. Niektórzy heavymetalowcy przyjęli następnie taki model bytowania za ideał. Przed Zagładą pobudowano jednak niewiele robotów wyposażonych w superkomputery zdolne w pełni samodzielnie procesować transformery, bez konieczności utrzymywania łączności z serwerem-matką, a krasnoludy długo jeszcze nie będą w stanie postawić takiej linii produkcyjnej.

Dagenskyoll myślał, liczył, a pewnie i dialogował z pozostałymi członkami japońskiej delegacji. Alicja tymczasem zmęczyła się i wróciła do Grzesia. Ten wziął ją na ramiona Taurusa, potem ułożył w półkołysce lewego łokcia. Zasnęła w drodze powrotnej.

Noc zapadła nad Nową Anglią i przez kampus MIT-u płynęła Nieznośna Lekkość Bytu.

– Okay. – Dagenskyoll wyświetlił dzwon bijący. – Kwadrans przed północą, odlot z Logan.

– Będę.

Alicja tylko zamlaskała przez sen, gdy ją Grześ zostawił w jej sypialni w budynku Małego Gniazda, w dawnym zapleczu centrum sportu Zesigerów. Trzy mechy babysitterskie Phillipsa-Disneya, całe obazgrane przez dzieci mazakami i sprayami, nachylały się nad jej łóżeczkiem niczym greckie hory, czułe boginie plonu i płodu.

Taki kadr pożegnalny Alicji wrzucił sobie Grześ do najgłębszych archiwów, taką tapetę ustawi na ekranie pamięci.

Następnie przesiadł się na seryjnego Burga, od razu też zakolejkowawszy Cerbera. Nie spotkał nikogo w drodze do CSAIL.

Stata Center już w projekcie architekta wyglądało jak skład pogruchotanych zabawek; po trzydziestu latach samowolki żywiołów i transformerów zmieniło się w prawdziwą świątynię mechanicznego chaosu. Budynek trwał pod cichymi wektorami maternicy, wygaszone światła nie rozpalały się dla Grzesia. Musiał przejść na podczerwień, a nadal trudno mu było się do niej przyzwyczaić. Tak naprawdę dotąd nie przyzwyczaił się przecież do cielska metalowego i do pikselozy w oczach.

W Gates Tower w korytarzu pod piętrem serwerów dedykowanych dla transformerów bił zza uchylonych drzwi zimny blask jarzeniówek. Grześ podciągnął czułość mikrofonów i usłyszał oddech człowieka.

Fragment głośnej cyfrowej powieści „Starość aksolotla” Jacka Dukaja, która właśnie – nakładem Wydawnictwa Literackiego – ukazała się po raz pierwszy na nośniku fizycznym, czyli w formie papierowej książki. 

Jacek Dukaj (ur. w 1974 r.) - pisarz, który przesuwa granice literatury s.f., autor m.in. "Innych pieśni", "Perfekcyjnej niedoskonałości", "Lodu", "Wrońca", laureat m.in. Nagrody Kościelskich, Europejskiej Nagrody Literackiej, nominowany do Nike

<<Reklama>> Książka dostępna jest w formie e-booka w Publio.pl >>

Jacek Dukaj 'Starość aksolotla'Jacek Dukaj 'Starość aksolotla' fot. Wydawnictwo Literackie