- Wiedzieliśmy, że chcemy ze sobą być, odkąd tylko się poznaliśmy. Victor mieszkał na Ukrainie, ja - w Poznaniu. Wsiadał w pociąg z Przemyśla, który jechał przez całą Polskę, i regularnie do mnie przyjeżdżał - opowiada Karo. Jest niedowidząca, ale i tak czyta z gestów męża. Podsuwa mu widelec, talerz z sałatką, kieliszek.

- Wiedzieliśmy też, że chcemy podróżować. Wszędzie, dokąd tylko się da. Pracowaliśmy w Wietnamie, Kambodży, Tajlandii i na Filipinach. W Dubaju byliśmy niecałe dwa miesiące po 11 września, nie było wielu chętnych, za to tanie bilety - dodaje Victor. Jest całkowicie niewidomy, ale gdy swobodnie porusza się po domu, łatwo można o tym zapomnieć. - Wiedzieliśmy też, że chcemy pracować nad tym, by osoby niewidome nie czuły się wykluczone choćby przez nowe technologie, które powinny być dla wszystkich.

Karo jest Polką, Victor - Ukraińcem. Od ponad czterech lat pracują w centrali Google'a w Mountain View. Ona jako accessibility program manager, on jako technical program manager odpowiedzialny też za accessibility, czyli dostępność usług. Opracowują nowe rozwiązania dla sprzętu, oprogramowania i usług z myślą o użytkownikach niewidzących lub z poważnymi wadami wzroku. 

Słowo na a

Spokojne uliczki, eleganckie domy wyglądające, jakby były klasy średniej, ale w rzeczywistości najdroższe w całych Stanach Zjednoczonych, małe kawiarnie, sklepy spożywcze z lokalną ekologiczną żywnością. Palo Alto tylko na pierwszy rzut oka wygląda jak senne przedmieście San Francisco. W istocie to sam środek Doliny Krzemowej, a spokojna zamożność miasteczka jest możliwa dzięki temu, że całą okolicę zajmują centrale największych gigantów technologii. Na obrzeżach Palo Alto jest siedziba główna Facebooka, kompleks biur Google'a znajduje się zaledwie 7 km dalej.

Właśnie w Palo Alto, w kolorowym domu z niebieskimi i różowymi ścianami mieszka od kilku lat małżeństwo Caran/Tsaran.

- Mamy to samo nazwisko, tylko angielska transkrypcja z cyrylicy trochę przerosła Amerykanów i niespodziewanie okazało się, że inaczej je zapisano. Właściwie to symboliczne, bo całe nasze zawodowe życie pomagamy w odpowiedniej transkrypcji - śmieje się Victor Tsaran.

- Zna ich całe Palo Alto, bo każdy ich widzi i chce im pomóc, kiedy niepewnym krokiem chodzą ulicami - zauważa Zbigniew Leo Stańczyk mieszkający w Dolinie od lat 80., twórca pierwszego prywatnego Klubu Polsko-Amerykańskiego Biznesu w Kalifornii. - Kiedy ich pierwszy raz spotkałem, też obudził się we mnie instynkt opiekuńczy. Tymczasem okazało się, że oni świetnie sobie radzą.

Karo i Victor nie potrzebują pomocy. Sami zawodowo zajmują się pomaganiem innym.

Słowo klucz to "accessibility". Legendarny specjalista z dziedziny użyteczności Jakob Nielsen zapytany w 1997 r., jak użytkownicy czytają strony internetowe, odpowiedział krótko: "Nie czytają".

Nie czytamy, lecz „skanujemy” strony w poszukiwaniu interesujących nas informacji. I pod takim kątem coraz lepiej są projektowane strony i usługi internetowe. Ma być przejrzyściej i logiczniej. Ale im bardziej zaawansowane stawały się prace, tym bardziej projektanci zaczynali sobie zdawać sprawę, że “dostępność” nie dla wszystkich oznacza to samo.

Obecnie na całym świecie jest 36 mln niewidomych, 200 mln ludzi ma mniej lub bardziej poważne uszkodzenia wzroku. WHO przewiduje, że do połowy XXI wieku  liczba osób niewidomych ma się zwiększyć do 115 mln, a niedowidzących i z chorobami oczu aż do 550 mln. - To, że ja nie widzę, a Karo ma tak poważną wadę wzroku, powoduje, że od lat na własnej skórze odczuwaliśmy braki, złe rozwiązania, niedoróbki ograniczające nam swobodne poruszanie się w cyfrowym świecie - opowiada Victor. Na co dzień pracuje nad rozwiązaniem Talkback w Androidzie, czyli funkcją, która czyta, co jest na ekranie smartfonu.

To jeden z wielu projektów Google'a skierowanych do niewidzących użytkowników. Najgłośniejszym – nad nim Victor nie pracuje - choć wciąż dostępnym tylko w USA, jest Lookout. To aplikacja, której zadaniem jest identyfikowanie przedmiotów. Program wykorzystuje w tym celu  sztuczną inteligencję oraz aparat smartfonowy. Gdy tylko Lookout będzie włączony, a telefon np. zawiesimy na szyi, będzie nas on informował o różnych obiektach w pobliżu.

Karo też działa na tym polu jako program manager w Google Play, czyli sklepie z aplikacjami do urządzeń z systemem operacyjnym Android. - Nie skończyłam studiów związanych z komputerami ani z zarządzaniem. Ale przydaje mi się tutaj doktorat z edukacji, bo często uczę projektantów interfejsów, product managerów i programistów, jak ważna jest dostępność dla ludzi z różnymi wadami, np. wzroku, słuchu, dysleksją - opowiada.

Doktorat przez telefon

Poznali się w USA w latach 90. na specjalnym rocznym międzynarodowym kursie edukacyjnym dla osób niewidomych i niedowidzących. Zanim rozpoczęli tam studia, musieli wrócić do domów, ale Victor i tak co miesiąc przyjeżdżał do Polski, do Karo. 

- Zdecydowaliśmy się na studia w Stanach, bo oczywiście chcieliśmy być razem, ale też dlatego, że dawały nam ogromne szanse rozwoju. Już wcześniej w Polsce na uniwersytecie uczyłam się chińskiego. Niestety, pani profesor zapowiedziała mi z góry, że nie ma czasu na uczenie mnie pisowni chińskich znaków - wspomina Karo i opowiada, że uczelnia zaproponowała jej tylko naukę chińskiej wymowy. - A  przecież nauka języka bez uwzględnienia pisowni to trochę tak jakby zakończyć edukację w szkole podstawowej.

W Stanach okazało się, że nauczyciele mają inne podejście. Dostała też specjalne urządzenie, które powiększało tekst na duży ekran, i indywidualnego nauczyciela. Karolina zafascynowana Wschodem skończyła studia azjatyckie. Victor, który już skończył filozofię na Uniwersytecie Lwowskim, grał jazz, w latach 90. nawet wygrał ukraiński festiwal Czerwona Ruta w kategorii akustycznej, studia w Stanach wykorzystał do zrobienia fakultetu z informatyki. Początkowo Karo chciała zostać tłumaczką literatury chińskiej i to z Azją wiązali swoją przyszłość. Tyle że kilkanaście lat temu po recesji trudno tam było o stałe zatrudnienie. Kiedy więc Victorowi zaproponowało pracę w Yahoo! w Kalifornii, zdecydowali się na przeprowadzkę. - Traktowaliśmy to jako swego rodzaju eksperyment: ciekawa praca, nowe otoczenie, czemu nie? - wspominają.

Dziewczyna, która w poznańskiej bibliotece musiała czytać za pomocą wielkich lup, była właśnie w trakcie robienia doktoratu na George Mason University. - Zostawiłam profesorom telefon komórkowy, który był przenoszony z wykładu na wykład, i w ten sposób brałam udział w zajęciach.

W Kalifornii musieli zaczynać od zera. Co nie było łatwe, bo jak to w Stanach, sklepy czy restauracje w centrum miasta, gdzie można łatwo się dostać, są niezwykle drogie. Victor pracował najpierw w Yahoo!, potem w PayPalu. W obu firmach zajął się właśnie kwestiami dostępności usług. W tym czasie Karo, antropolożka, no cóż - nie była rozrywanym pracownikiem. Zajęła się tłumaczeniem literatury, tyle że nie - jak marzyła - chińskiej, tylko polskiej i ukraińskiej na angielski. Zaczęła też pisać i publikować własne wiersze.

W pewnym momencie stwierdziła jednak, że skoro mieszkają w Dolinie Krzemowej, to przynajmniej powinna spróbować znaleźć pracę właśnie w firmie technologicznej. I tak oboje niemal w tym samym czasie trafili do Google'a. Victor od razu na stanowisko technical project managera, Karo początkowo tylko pracownika kontraktowego. Po dwóch latach i ona dostała etat.

Rozmawiamy, gdy są w drodze do Korei i Japonii. W tamtejszych oddziałach firmy mają przeprowadzić szkolenia. - Traktujemy Google'a jako przygodę. Dopóki mamy tutaj możliwość samorozwoju, to z niej korzystamy. Jeśli w którymś momencie to się zmieni, wtedy skoncentrujemy się na czymś innym, może na drugim końcu świata. Nie chcemy być niewolnikami ani pracy, ani kraju czy danego społeczeństwa - zapewniają.